Zamknij
Michał Bąkowski

Antyliberalne <i>credo</i>

21 września 2018 |Michał Bąkowski, Peerelowska logika
Źródło: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2018/09/21/antyliberalne-credo/

Jakiś czas temu, wywiązała się na naszej witrynie poważna dysputa na temat liberalizmu.  Z oczywistych względów, dyskusja musiała dotknąć wolności, a nawet zahaczyła o pojęcie demokracji.  Zostawię ten ostatni worek niekonsekwencji na boku, bo pozostałe dwa terminy są wystarczająco głęboko pogrążone w sprzecznościach.

Liberalizm jest wyrazem haniebnie nadużywanym i na ogół źle zrozumianym, więc próba definicji jest równie jałowa, co zbędna.  Jeżeli angielskie słowo liberal znaczy w Ameryce tyle, co popierający państwowe ubezpieczenia społeczne (czyli coś przeciwnego niż w Anglii), to nie ma sensu szukać jakiegokolwiek wspólnego mianownika tego terminu.  Ale nawet gdyby odrzucić absurdalny amerykański usus (w sensie „socjalizm”), to liberalizm nadal ma zbyt wiele znaczeń, by próbować go ująć w karby sensownej definicji.

Dla przykładu, jestem przeciwnikiem wszelkich przejawów koncentracji władzy i w tym zatem znaczeniu jestem liberałem, choć wielu zaprzysięgłych konserwatystów przede mną występowało przeciw Lewiatanowi władzy państwowej.  Osobiście jestem fanatykiem wolności słowa i wolności myśli – choć obawiam się wolnomyślicielstwa i uznaję zasadność cenzury w pewnych warunkach – jestem zatem liberałem i w tym także sensie, ale dzielę ów pogląd z wieloma nieliberalnymi myślicielami.  Jestem zwolennikiem wolności poruszania się po świecie i osiedlania, gdzie komu wygodnie, co określałoby mnie jako liberała, gdyby nie to, że jestem także za ostrą kontrolą masowej emigracji i uważam wręcz, że przyjazd ponad miliona Polaków do Wielkiej Brytanii w stosunkowo krótkim czasie, był wielką pomyłką ze strony Brytyjczyków; błędem, któremu należało zapobiec.  Jestem zaciętym wrogiem „tyranii większości”, co znowu w teorii stawiałoby mnie po liberalnej stronie debaty, ale tyrania większości jest bête noire każdego reakcjonisty.  Stanowisko, że gospodarka powinna się rozwijać przy minimalnym udziale władz państwowych jest tradycyjnie nazywane liberalizmem ekonomicznym.  Ale tak się składa, że od wieków działalność gospodarcza odbywała się poza zasięgiem państwa.  Władze nakładały podatki, ale nie ingerowały w to, kto, co i kiedy miał produkować, jak zarabiać na życie.  A zatem ów głośny liberalizm ekonomiczny jest punktem wyjścia dla myśli konserwatywnej, jest kardynalnym założeniem każdej racjonalnej reakcji na niemiłościwie nam panujący etatyzm.  Wierzę w tak zwaną „merytokrację”, czyli jestem przekonany, że najlepsi ludzie powinni zajmować najwyższe stanowiska w społeczeństwie, niezależnie od ich pochodzenia narodowego, klasowego, rasowego, niezależnie od płci, wieku, wyznania czy fortuny.  Z jakiegoś powodu, stanowisko takie uznawane jest za liberalne.  Tylko że w wielu historycznych państwach, dalekich od liberalizmu, możliwy był „awans społeczny” (jak to zwykli nazywać komuniści) ponad najśmielsze marzenia świata dzisiejszego.  Jak inaczej mogłaby Marta Skowrońska, polska chłopka z Inflantów, zostać carycą Katarzyną I?  Jak inaczej mógł Johann Fichte, nadzwyczajnie uzdolniony syn łużyckiego chłopa, prowadzić w dworku w Krokowej filozoficzne dysputy z samym Immanuelem Kantem, i stać się jednym z najważniejszych filozofów niemieckich?  Jestem zwolennikiem rządów prawa, co z przyczyn owianych dla mnie tajemnicą, jest uważane za postawę liberalną.  Ale już Arystoteles był zdania, że lepiej być rządzonym przez prawo niż przez ludzi, a Cyceron twierdził nawet, że jesteśmy niewolnikami prawa, byśmy mogli być wolni.  Carska Rosja w ostatnich kilkudziesięciu latach swego istnienia była państwem praworządnym, ale podobnie jak Arystoteles czy Cyceron, nie miała wiele wspólnego z liberalizmem.

A z drugiej strony (bo każdy medal ma dwie strony), socjaliści wszelkich odmian, domagają się równości w imię wolności, np. wolności od wpływów bogaczy, i uważają takie dążenie za cel wolnościowy, nazywając to szumnie „wyzwoleniem społecznym”.  Czy socjalistyczna idea wyzwolenia społecznego, to jest liberalizm czy nadużycie?  Z mojego punktu widzenia, jest to urąganie zdrowemu rozsądkowi, a nie wyzwolenie.  Ale czy zachodzi formalna różnica między takim wołaniem, a dążeniem wielu odmian konserwatyzmu do uwolnienia społeczeństwa od zgubnych wpływów zorganizowanej mniejszości, np. w postaci związków zawodowych?  Jeżeli socjaliści nadużywają terminu „wyzwolenie”, to czy ja także go nadużywam, wołając o wyzwolenie ludzi ze szponów związków zawodowych?  Czy obrona jednostki przed związkowymi jaczejkami to już liberalizm czy tylko nadużycie?

Wiara, że jednostka ludzka ma prawo NIE brać udziału w życiu politycznym, odrzucana jest z oburzeniem przez socjalistów i nacjonalistów, przez demokratów (od Ateńczyków począwszy) i przez republikanów (od czasów Rzymian), przez to co się dziś nazywa (jakże nietrafnie!) „lewicą i prawicą”.  „Reakcyjne prawo do bycia człowiekiem prywatnym”, jak to określał Józef Mackiewicz, czy jest to aż postawa liberalna?  Dla starożytnych wolność polityczna oznaczała udział w rządzie własnego miasta-państwa, własnej res publica.  To dlatego właśnie Grecy uważali poddanych perskiego Szachinszacha za zwykłych niewolników, pomimo że żyło się w Persji lepiej niż w Atenach czy Sparcie.  W moim nieskromnym mniemaniu, idea wolności od polityki zawiera w sobie wiele dobrego i jest niezwykle pociągająca.

Czy jestem liberałem, gdy twierdzę – wbrew jakobinom i ich krwią zbroczonemu, potwornemu potomstwu – że równość i wolność są sprzecznymi celami?  By zrównać nierównych, trzeba im odebrać wolność, a zezwalając na wolne doskonalenie jednostki, karmimy nierówność, i tę nierówność ludzkich indywiduów trzeba chronić przed walcem współczesności.  Ale jednocześnie wszyscy równi jesteśmy wobec Stwórcy i odbiciem tej równości w naszej ziemskiej egzystencji, jest równość wobec prawa.

Wobec powyższej litanii, wydaje mi się udowodnione, że można wyznawać poglądy powszechnie uznane za „liberalne” i nie dość, że nie być wcale liberałem, ale odrzucać liberalizm jako fałszywe credo.  Oderwijmy się na chwilę od najrozmaitszych wcieleń wolności i korespondujących z nimi – choć nie zawsze analogicznych – wersji liberalizmu.  Czym różni się liberał od konserwatysty?  Co sprawia, że jednego myśliciela nazwalibyśmy liberalnym, a innemu przypisalibyśmy zaledwie liberalną pozycję w konkretnym aspekcie myśli?  Kiedy, dla przykładu, konserwatywny myśliciel na miarę Mariana Zdziechowskiego, mówi o sobie: „Z innego jestem pokolenia, z innego świata: wyznaję wzgardzony dziś i ośmieszony przez obydwie strony, przez chrześcijan i satanistów – liberalizm”, to czy rzeczywiście podpisuje się tym samym pod klasycznym liberalizmem Johna Stuarta Milla?  W moim głębokim przekonaniu, Zdziechowski pozostawał klasycznym konserwatystą, wypowiadając powyższe słowa i nie miał nic wspólnego z żadnym rozumieniem liberalizmu, zachodzi tu więc istotne semantyczne zamieszanie.

W każdym powyżej opisanym wypadku mamy do czynienia z jakimś rozumieniem wolności.  Ale nie rozumienie wolności czyni liberała.  Konserwatywni myśliciele nie próbowali „pogodzić wolności z wartościami”, jak to się niekiedy przedstawia.  Waga i ważność wolności była dla nich oczywista i niezbywalna.  To co wyróżnia liberalizm, czynnik, który odróżnia go w każdym wcieleniu od klasycznej myśli konserwatywnej, to prymat wolności.  Klasyczni liberałowie byli dalecy od absolutyzacji wolności, z jaką mamy do czynienia od dwóch stuleci, ale popełnili pierwszy krok na drodze do piekła: postawili wolność na pierwszym miejscu i dlatego nazywamy ich liberałami.  Ani Zdziechowski, ani Józef Mackiewicz nigdy nie popełnili tego zasadniczego błędu, żeby stawiać wolność na piedestale.  Byli co najwyżej liberalnymi konserwatystami, ale nigdy konserwatywnymi liberałami.  Daruję czytelnikom naszej witryny czysto teoretyczne uzasadnienia, dlaczego nadanie pojęciu wolności pierwszego miejsca w dowolnym systemie myślowym, ma tak fatalne konsekwencje.  Pisałem o tym wielokrotnie tutaj, w felietonowym tonie, a cały rozdział książki „Votum separatum” poświęcony jest szczegółowej i do pewnego stopnia teoretycznej analizie problemu.  Ograniczę się tym razem do ogólników.

Wolność nie jest – nie może być, z samej natury rzeczy – treścią, ani przedmiotem ludzkich działań.  Jest w zamian warunkiem.  Co mamy na myśli, mówiąc, że wolność jest warunkiem działania?  To mianowicie, że tylko wolny ludzki akt podlegać może ocenie moralnej, tylko za wolny czyn ponosić można odpowiedzialność, tylko działając w sposób wolny jesteśmy podmiotami.  Wyłącznie w wolnym działaniu spełnić możemy naszą powinność.  Wolność jest więc warunkiem moralności.  Ale sama wolność nie jest ani przedmiotem czynu, ani treścią obowiązku, nie jest ani wartością, ani powinnością, nie należy do porządku aksjologicznego ani do deontologicznego (czyli normatywnego).

Prymat wolności, tak typowy dla naszej współczesności, niweczy wszelką powinność, bo jeżeli wolność ma być moim obowiązkiem, to obojętne co robię, bylebym postępował w sposób wolny.  Pierwszeństwo wolności obraca w nicość każdą hierarchię wartości, z tych samych powodów.  Każda autentyczna wartość strącona zostaje niemal automatycznie na podrzędne miejsce w spłaszczonej hierarchii, w której niepodzielnie króluje wolność.

W rzeczywistości ludzkiej, w praktyce międzyludzkich relacji, moja wolność nie jest wcale ograniczona interesem drugiego – wedle nieśmiertelnego powiedzonka przypisywanego (błędnie) Millowi: „twoja wolność do wymachiwania pięścią kończy się tam, gdzie zaczyna się mój nos” – ale jest uprzednio, apriorycznie ograniczona przez prawo moralne.  Współczesny nam świat odrzuca to aprioryczne ograniczenie, zapoznaje wartości, odmawia rozpoznania w świecie Bożego Ładu, jako warunku wstępnego dla określenia zakresu ludzkiej wolności.  Odrzuca wszelkie ograniczenia w imię wolności właśnie.

Pochodne pojęcia, wolności społecznej, politycznej, gospodarczej, czy tak mylące jak „wolność od” i „wolność do”, wywodzą się aż z Grecji, a zwłaszcza z Rzymu.  Obywatel rzymskiej republiki miał prawo np. przekazać spadek przy pomocy testamentu lub ożenić się, był wolny do głosowania w zebraniu ludu na Forum.  Miał także prawo NIE być poddanym torturom, był wolny od kaźni ukrzyżowania.  W praktyce oczywiście nie było tak dobrze, ale takie były prawa obywatelskie.  Takie właśnie uprawnienia były punktem wyjścia raczej niemądrych marksistowskich rozróżnień.  Rzymska libertas, tj. wolność obywatelska, związana była zarówno z niezależnością republiki od innych państw, jak i z obowiązkami obywatela wobec republiki.  Powinność obrony państwa równoznaczna była z obowiązkiem obrony wolności, była więc jednocześnie prawem, obowiązkiem i przywilejem obywatela.  Dla Rzymian, inaczej niż dla greckich mieszkańców polis, obowiązek ten nie wypływał ze wspólnych interesów, nie był więc pra-utylitarną gloryfikacją zasady, że jeśli ty poskrobiesz mnie po plecach, to ja poskrobię ciebie po plecach.  Był w zamian imperatywem honoru.  Warto pamiętać przecież, że to co jest pożyteczne, nie zawsze jest chwalebne, a postępowanie zgodne z honorem nie zawsze przynosi nam pożytek.  Rzymska libertas była tylko odwrotną stroną tych obywatelskich obowiązków i nic nie miała wspólnego z utylitarną kalkulacją, tak typową dla demokratycznych Aten.

Czym więc jest wolność, skoro nie jest wartością i nie może być celem?  Człowiek należy do świata materialnej konieczności.  Jesteśmy poddani prawom naturalnym poprzez naszą zwierzęcą naturę, przez naszą cielesność.  Jesteśmy cząstką żelaznego łańcucha przyczyn i skutków.  Ale człowiek jest bytem granicznym.  Nie jest tylko zwierzęciem.  Zwierzę nie potrafi działać wbrew swej naturze.  Głodny lew zabija, by jeść; syty lew ignoruje skaczące wokół antylopy.  My tymczasem potrafimy oprzeć się silniejszemu bodźcowi.  Człowiek potrafi odmówić sobie jedzenia wśród obfitości, ale także zabijać bez żadnej potrzeby.  Wyłuskuje nas z naturalnego otoczenia – wolność.  Poza naturalnymi determinantami jest jeszcze przyczynowość wolna.  Ludzka trzcina może być złamana przez materialne okoliczności, ale wie, że jest łamana.  Świadomość jest cechą ludzkiego ducha, i to właśnie sprawia, że jesteśmy czymś ponad naturę, że w człowieku obok materialnej konieczności, istnieje jeszcze pierwiastek duchowy.  Zubożają ludzką osobę ci, którzy widzą w niej tylko duchowość, ale ci, co redukują ją do zwierzęcej natury są winni zbrodni przeciwko ludzkości.  Dla człowieka pozbawionego duszy, nie ma żadnej wolności ponad marksowską „uświadomioną konieczność”, toteż dla Marksa i Lenina najważniejsza była walka o sprowadzenie człowieka do poziomu mrówki, do rzekomego zracjonalizowania społeczeństwa na poziomie mrowiska, do odrzucenia wszelkich indywidualnych odruchów wolności.  I stąd także bierze się błąd absolutyzowania wolności w odpowiedzi na totalistyczne zagrożenie.

Ludzka wolność jest czymś nadzwyczajnym, pięknym i niezrównanym.  Człowiek potrafi podnieść się z upadku, wznieść się na szczyty po bolesnej porażce, paść ofiarą zbrodni i wybaczyć, ale potrafi także zejść w najciemniejsze odmęty zbrodni i występku.  Nasza wolność jest tak straszna i tak absolutna, że potrafimy sprzeciwić się nawet samemu wszechmocnemu Stwórcy, zamknąć się na Jego Głos, którym obdarza nasze sumienia, odwrócić się od wszelkiego Dobra, Piękna i Prawdy, odrzucić nawet Bożą Łaskę.  W swym nieskończonym miłosierdziu, Wszechmogący szanuje naszą indywidualną wolność.

I tu właśnie dochodzimy do kluczowego punktu, który sprawia, że liberalizm – w każdym swym wcieleniu, nawet w tym uroczym i szlachetnym ujęciu tradycyjnym – jest zdradą i zaprzaństwem.  Stawiając bowiem na prymat wolności, liberalizm zachwiewa Boży Ład.  Czyniąc z wolności wartość, rujnuje każdą hierarchię wartości.  Wpatrzony nabożnie w swobodę, zapomina o obowiązku, o godności, o ludzkiej przyzwoitości, a w zamian pragnie zanurzyć się w stan, „gdy ostatecznie przestają człowieka krępować wszystkie wymagania honoru i można bez reszty korzystać z nieograniczonych niczym stron dodatnich hańby”, jak sobie myśli młody Hans Castorp.

Uzbrojeni w najlepsze intencje, w miłość do ludzkości, w humanizm i uwielbienie wolności, liberałowie torują drogę do piekła.  Szepcząc słodkie słówka o wolności, zagłuszają Głos Boży i wodzą ludzkość na pokuszenie.

Źródło:
Adres artykułu: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2018/09/21/antyliberalne-credo/
Kategorie: Michał Bąkowski, Peerelowska logika
Zamknij
 |  https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2018/09/21/antyliberalne-credo/