Zamknij
Dariusz Rohnka

Niech biega sobie w kukurydzę… III

15 lipca 2018 |Dariusz Rohnka, Niech biega w kukukrydzę...
Źródło: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2018/07/15/niech-biega-sobie-w-kukurydze-iii/

– Co się panu nie podoba? – zapytała mnie szeptem młoda Czeszka, gdy niezgrabnie skrzypnąłem krzesłem.

– Nie wierzę w „dobry komunizm”. Urodziłem się pesymistą.

– Pewnie dawno.

Poczułem się dotknięty.

– Tssss!… – zasyczał obok łysy Belg, słuchający odczytu z dłonią przy uchu.

Rozczarowanie także bywa pogodne. Takim nastrojem można by chyba scharakteryzować Tom 24 Dzieł Józefa Mackiewicza „Wielkie tabu i drobne fałszerstwa”*. Pogoda ducha mimo jakże dramatycznej oceny stanu spraw na świecie. Niepokój i smutek, i przy tym najgłębsze przekonanie, że zło nie jest nieodwracalne.

Nie mam najmniejszego zamiaru popełniać wiwisekcji nastrojów Mackiewicza. Zacytowany na wstępie krótki dialog z międzynarodowego kongresu w Lucernie, dialog prawdziwy czy tylko wyimaginowany, jest, tak myślę, rękojmią intelektualnej przygody. Tom obejmuje ostatnie kilkanaście lat pisarskiej aktywności Mackiewicza, najróżnorodniejsze tematy, które wówczas poruszał. Jedno dla wszystkich tekstów wydaje się wspólne: przekonanie, że mamy do czynienia ze schyłkiem dawnego świata, agonią epoki.

Około roku 1978 Mackiewicz deklarował napisanie książki, niestety w trybie dalece przypuszczającym, w formule smutnego żartu. Miała się rozpoczynać od politycznej kontrowersji, a raczej od „wyobrażalnego zestawienia”, bo tak to określił sam Mackiewicz. Wyobraźmy sobie – proponował – że „faszyzm-hitleryzm” trwa sobie nadal w pełnym ustrojowym rozkwicie. I oto do świata nieogarniętego jeszcze jego władaniem poczynają przedostawać się rozczarowani do tego systemu hitlerowcy; zadamawiają się i od razu zdobywają opiekę wolnego świata. Świata, który do tej pory, w realnym celu niedrażnienia groźnego totalitarnego sąsiada-kolosa, ani myślał wysłuchiwać jego zaprzysięgłych wrogów. Nowo-przybyli traktowani są w sposób specjalny; nie tylko nikt nie zatrzaskuje im drzwi przed nosem, ale odwrotnie – cieszą się wielkim zainteresowaniem: polityków, mediów, intelektualistów. Obowiązuje jedna zasada, ustalająca rangę owych rozczarowanych, w wielu przypadkach nie byłych, a wciąż praktykujących nazistów: im który z nich był w hitlerowskiej rzeczywistości wyżej postawiony i więcej przysłużył się systemowi, i w dodatku im później jego rozczarowanie nastąpiło, tym większe jest jego znaczenie w wolnym świecie.

Naszkicowany obraz nie był wytworem osobliwej imaginacji. Wystarczyła drobna zamiana słów: hitleryzm na bolszewizm, a opis jaki przedstawił Mackiewicz stawał się rzeczywisty. Świat kłonił głowę przed ulepszaczami bolszewizmu, szczerze uwierzył w istnienie dobrego komunizmu. Nie byłoby w tym paradoksie historii nic nieznanego, gdyby nie rozmach tego nowo-starego zjawiska. Mackiewicz dochodził do wniosku, że to co nadchodzi przerasta swoim zasięgiem wszystko, co znamy z przeszłości.

Świat, jego warstwy mniej lub bardziej oświecone, zawsze zdawał się mieć naturalne ciągoty w kierunku komunizmu, a przynajmniej chęć wyzbycia się uprzedzeń. Już Bertrand Russell wojażujący po Rosji sowieckiej w 1920 roku z sympatią przyglądał się komunistycznym poczynaniom, podziwiał rozmach, odwagę, dalekosiężność stawianych celów:

By far the most important aspect of the Russian Revolution is as an attempt to realize Communism. I believe that Communism is necessary to the world, and I believe that the heroism of Russia has fired men’s hopes in a way which was essential to the realization of Communism in the future. Regarded as a splendid attempt, without which ultimate success would have been very improbable, Bolshevism deserves the gratitude and admiration of all the progressive part of mankind.

Ale nawet i ten entuzjasta miał wątpliwości, czy chciałby podobny eksperyment oglądać u siebie, w domu:

For these reasons, while admitting the necessity and even utility of Bolshevism in Russia, I do not wish to see it spread, or to encourage the adoption of its philosophy by advanced parties in the Western nations.

I otóż: dlaczego wahał się intelektualnie wyzwolony Russell przed instalacją jakże wspaniałego systemu u siebie w domu? Nie chodziło o pryncypia, a o sposób ich realizacji. Rosyjski bolszewizm nacechowany był nietolerancją i brakiem wolności (naleciałość carskich obyczajów – tak domniemywał Russell). W cywilizowanej politycznie Anglii powinno to wyglądać inaczej:

If a Communist Party were to acquire power in England, it would probably be met by a less irresponsible opposition, and would be able to show itself far more tolerant…

Był przekonany, że:

the West is capable of adopting less painful and more certain methods of reaching Socialism than those that have seemed necessary in Russia.**

Jakiż może mieć to związek z sytuacją świata, którą w latach 70. szkicował nam Mackiewicz? Otóż bardzo bliski. W tym dokładnie czasie postarano się definitywnie rozwiać wszystkie możliwe rozterki, wątpliwości, zawahania, które by mogły odstręczać od bolszewickiego wzoru. Kluczem do sukcesu była nowa formuła dobrego komunizmu: komunizmu bez mordów, tortur; komunizmu demokratycznego, dbającego o wszelkie możliwe wolności, przejętego losem świata; gotowego walczyć z każdym przejawem dyskryminacji, militaryzmu, niesprawiedliwości. Ten nie całkiem nowy koncept opakowano gustownie w oryginalną formą eurokomunizmu i sowieckiej dysydencji.

Ósma dekada XX wieku stała się czasem zauroczenia, wiary w możliwość budowy lepszego, doskonalszego świata. Miliony wolnych Europejczyków, Amerykanów obu kontynentów, Azjatów, Afrykańczyków zapatrzonych było w społeczny eksperyment niesłusznie nazywany wschodnim. Lux et oriente – tak myślano. Coś podpowiadało Mackiewiczowi, że zbliża się moment wielkiej przemiany.

W Tomie 24, w innych tekstach pisanych w tym okresie, w książkach poświęconych polityce Watykanu dostrzeżemy obraz tego zapatrzenia, obraz szkicowany piórem Mackiewicza, dzieło malarza zaskoczonego efektem swojej pracy. Rozprzestrzenianie się zarazy nabrało niebywałego wcześniej rozmachu, a dotyczyło niemal wszystkich sfer: intelektualistów, młodzieży (której podano komunizm na tacy niczym nieograniczonej wolności), rządzących, duchownych.

Z tekstów wychodzących w tym czasie spod jego pióra wyłania się nowa jakość rzeczywistości. W obliczu zagrożenia, oblężenia, widma niemal nieuchronnej zagłady, Zachód sam postanowił otworzyć bramy miasta, gotowy do bezwarunkowej kapitulacji.

Znajdziemy tam także opis poczynań wroga. Pomysłów i działań, które przez cały omawiany okres wprawiały Mackiewicza w notoryczne zdziwienie. Znawca komunizmu, najwybitniejszy badacz tego zjawiska w historii ostatnich 100 lat, co i rusz przystawał w swoich rozważaniach, zatrzymywał pióro, powściągał myśli przed wysuwaniem pochopnych wniosków – zastanawiał się; czasem znajdywał odpowiedź z nienaganną pewnością, niekiedy rzucał jedynie cień przypuszczenia, zdarzało się, że stawiał nieśmiałe hipotezy. Dlatego teksty zawarte w Tomie 24 Dzieł Józefa Mackiewicza to wyśmienity pokaz obiektywnego myślenia, bez skazy z góry powziętej tendencji.

Poprzez kolejne dekady XX wieku komunizm triumfował jako wizja, mniej jako rzeczywistość. Mimo masy gorliwych wyznawców, licznych sukcesów na wielu kontynentach, wciąż daleko mu było do zapanowania nad światem. Wciąż bano się tej jego przaśności, intelektualnej sztywności, brzydoty… Eurokomunizm, rewizjonizm, unowocześnienie doktryny (aż, w konsekwencji, po tejże całkowitą przebudowę w kierunku „upadłego komunizmu‟) było dziejową koniecznością. Ale czy taka ideologiczna schizma nie była porażką, ślepą uliczką historii? Komunizm nie znosi wewnętrznej opozycji, wolno by powiedzieć za Mackiewiczem. Powiedzieć jak najbardziej trafnie. Jednocześnie, obserwując wydarzenia lat 70., można by dość do zaskakującej obserwacji, że ten nie znoszący żadnej dyskusji komunizm, stał się nagle jakby bardziej tolerancyjny, mniej opresyjny w stosunku do ludzi, którzy wyrażali opinie lub tworzyli utwory, pozostające w sprzeczności z oficjalną linią partii. Czyżby to była kolejna komunistyczna prowokacja?

Mackiewicz powstrzymywał się przed wyciąganiem pochopnych wniosków. Tak było w przypadku Sołżenicyna i jego „Archipelagu GUŁag”:

Ta ostatnia książka jest celnie wymierzonym, sumarycznym uderzeniem w zęby bolszewizmu, sowietyzmu, komunizmu, socjalizmu w ogóle. Wszelki więc rodzaj manipulowanego pobłażania (’popustitielstwa’) okazałby się w tej płaszczyźnie co najmniej przeciąganiem struny. Znaczyłoby, że się 'planiści’ przeliczyli (’prosczitalis’!) w efekcie. Możemy tylko rejestrować fakty, w nadziei, że przyszłość rozwiąże te zagadki.

Sołżenicynowi poświęcił Mackiewicz szczególnie wiele uwagi. Jego historia, historia jego książek i ich treść zaskakiwały. Już pierwsza publikacja „Jeden dzień Iwana Denisowicza”, antystalinowska w wymowie, napisana (jak trafnie dowodził Mackiewicz) na partyjne zamówienie, była ewenementem – tak nie pisano dotąd w raju krat. O ile jednak tamta publikacja, i kolejne, mieściły się w wyobrażalnych granicach krytyki pewnego etapu, o tyle „Archipelag‟ stwarzał w ocenie Mackiewicza nową jakość. Tu nie chodziło o Stalina i jego zbrodnie, o – mówiąc klasycznym językiem peerelu – błędy i wypaczenia. „Archipelag‟ to krytyka systemu: komunizmu, bolszewizmu, samego Lenina. Niewyobrażalna i zmuszająca do kolejnych pytań: dlaczego autor nie został przynajmniej aresztowany, dlaczego porusza się bez ograniczeń, utrzymuje swobodę kontaktów w swoim kraju (sowietach) jak i z przedstawicielami świata zachodniego? Jak to możliwe, że przy zainteresowaniu, jakim obdarzają go służby, może sobie pozwolić na kontakty z podziemnym Samizdatem, na szmuglowanie rękopisów na Zachód; jak to się dzieje, że gdy w końcu zapada na niego wyrok, nie jest to wyrok długoletniego więzienia, śmierci czy czegoś w tym rodzaju, ale ekspediuje się go na Zachód ze wszystkimi możliwymi wygodami, w towarzystwie nowej żony, teściowej; dosyła mu się następnie ulubione meble, samochód, archiwum? Cóż to za sprawiedliwość sowiecka? – Pytał Mackiewicz, a to ledwie wierzchołek góry lodowej wątpliwości.

Bo jeśli już przyjąć, że komuniści zwariowali, popełnili błąd, czy cokolwiek innego w tym guście, jakże zrozumieć reakcję Zachodu? Od momentu popełnienia pierwszych zbrodni bolszewizmu, napisano na ich temat setki, jeśli nie tysiące książek – żadna z nich nie osiągnęła tego rodzaju powodzenia, co utwory Sołżenicyna. Żaden autor pisujący antykomunistyczne książki nie może liczyć na masowego czytelnika, tymczasem nakłady książek Sołżenicyna sięgają setek tysięcy. Skąd to zainteresowanie Zachodu antykomunistycznym pisarzem?

Jak to się dzieje, że gdy już za swoje antykomunistyczne przekonania Sołżenicyn wyrzucony zostaje poza granice sowieckiego raju, swoich pierwszych kroków nie kieruje do jakiejś znanej antysowieckiej organizacji, ale do Heinricha Bölla, znanego z prokomunistycznych sympatii, do niedawna persona grata w Moskwie, obrońcy bandy Baader-Meinhof? Dlaczego jego pełnomocnikiem zostaje znany ze swoich prokomunistycznych afiliacji adwokat? Mackiewicz zadaje więcej podobnych pytań, znajdując w końcu na nie wszystkie jedną, możliwą, odpowiedź: bez znaczenia jest, co Sołżenicyn wypisuje o przeszłości, bez znaczenia jest jego zapewne szczery antykomunizm. Liczy się to, co ma do powiedzenia o współczesności, to stanowi o jego realnej wartości: krytyka upadającego moralnie Zachodu i zapowiedź moralnego odrodzenia na Wschodzie, i przede wszystkim najważniejszy punkt, zalecenie Sołżenicyna w stosunku do całego świata – pod żadnym pretekstem nie stosować siły w ideowym sporze z komunizmem. To istota przesłania Sołżenicyna i jego obecności w wolnym świecie.

Fenomen Sołżenicyna był tylko fragmentem nowego zjawiska. Na Zachód przybywali kolejni liderzy dysydencji. Wśród nich pisarz Władimir Maksimow, który podobnie jak Sołżenicyn, skupił na sobie uwagę prasy. Książki Maksimowa, stwierdzał z przekąsem Mackiewicz, jeszcze nie zostały przeczytane, ale są już znane. Podobnie jak jego wielkie plany wydawania pisma. Gromadzi tłumy na konferencjach prasowych:

Gdyby który z nas, emigrantów polskich, rosyjskich, litewskich, ukraińskich etc., bo ja wiem jakich, jugosłowiańskich, bułgarskich, czy rumuńskich oświadczył nagle: „panowie, wydaję pismo!” – żaden z mieszkańców Europy Zachodniej i obydwóch Ameryk nie zwróciłby na to większej uwagi niż na usłyszany zawczoraj klakson samochodowy. Śmiechu warte. Na oświadczenie Maksimowa natychmiast zbiegają się dziennikarze, fotografowie, PEN-Kluby, politycy nawet, by prosić go o wywiad, o wygłoszenie odczytu…

Czy zagadnienie może być równocześnie bardzo jasne i bardzo niejasne? Takie zjawisko jak – powiedzmy – niwelacja polityczna podziwianego przez cały świat Gorbaczowa na rzecz zdegenerowanego pijaństwem, prymitywnego Jelcyna, świadome utrącenie dokonane przez ówczesne bolszewickie kierownictwo? Stajemy oto przed murem oczywistych faktów, których ni jak nie potrafimy zestawić w logiczną całość. Pierestrojka zwyciężyła, pierestrojka z Gorbaczowem i jego wspólnym europejskim domem miała realne szanse stać się motorem napędowym nowej politycznej formuły, dlaczegoś jednak – jako możliwie prosta i rychła ścieżka do upragnionej konwergencji – została z niesmakiem odrzucona. Dlaczego? Konia z rzędem kto odpowie na to pytanie w trzech prostych zdaniach.

Mackiewicz stanął oko w oko z porównywalnym dylematem w połowie lat 70. i „nie odpuścił‟, nie powstrzymał dociekliwości, nie pozwolił sobie na pochopne wnioskowanie. Na wyjaśnienie tego przedziwnego zjawiska poświęcił lata pracy. W Tomie 24 znajduje się ledwie część tekstów poświęcona tej tematyce. Ale na pewno są to teksty o ogromnym znaczeniu.

Pośród artykułów nigdy wcześniej nie publikowanych, odrzuconych przez redakcje czasopism, także takich, z publikacji których rezygnował sam Józef Mackiewicz (ze względu na nie do poskromienia zapędy cenzorskie redaktorów) uwagę zwraca tekst opublikowany pod zaproponowanym przez Ninę Karsov tytułem „Zarazie powinna być wypowiedziana krucjata”. Z przypisu umieszczonego pod tekstem dowiadujemy się, że:

Maszynopis zatytułowany „Brulion” powstał pod koniec roku 1972 albo na początku 1973, czyli w tym samym czasie, co „Nie ma «polskiej drogi» do wyzwolenia” [Zob. „Droga Pani…‟, op. cit.]. Wydaje się być projektem manifestu napisanym w związku z dyskusją w kręgu kilkorga emigrantów (m. in. Stanisława Monseu i Barbary Szubskiej) o potrzebie zorganizowania „krucjaty antykomunistycznej”. Tekst jest drukowany po raz pierwszy. Wyd.

Tekst istotnie sprawia wrażenie „brulionu”, a raczej brudnopisu, dzięki czemu daje rzadką okazję spojrzenia na warsztat pisarza „od kuchni”. Jest tekstem konsekwentnego antykomunisty, który przez lata spędzone na emigracji nie porzucił aspiracji sformułowanych jeszcze w trakcie wojny:

…gdy wielka i potężna Ojczyzna nasza przywrócona będzie do życia, w dawnym, albo piękniejszym jeszcze blasku, po zdeptaniu największej zarazy świata, jaką jest bolszewizm – będzie zasługą tych, którzy do zwalczania największego z naszych wrogów zbrojną przyłożyli rękę. Mieczem, słowem i drukiem.

Rozpoczynał z genialną trafnością: „To nieprawda – pisał – że my jesteśmy oderwani od Polski. To Polska została oderwana od siebie… Opinia publiczna w kraju została zniszczona. Opinia publiczna, w jej szczątkowej postaci, zachowała się jedynie na emigracji.” Doskonale wyczuwał panującą od dawna na emigracji tendencję „wsłuchiwania się”, co ma do powiedzenia „Kraj”. Jako jeden z bardzo nielicznych dostrzegał paradoks tej sytuacji, w której emigracja dobrowolnie wyzbywa się politycznych wpływów. „To nie zniewolony kraj ma promieniować i 'postulować’ na emigrację, lecz odwrotnie: emigracja na kraj.”

Rzecz na pozór tylko oczywista. Od bardzo dawna, od pierwszych aktów kolaboracji z sowieciarzami z września 1939 roku, poprzez kolejne akty tej samej ponurej farsy, układ Sikorski-Majski i jego konsekwencje, wachlarze i burze, peeselowskie uznanie Jałty i jawną już współpracę z komunistycznym okupantem kraju; poprzez kolaborację hierarchii kościelnej, z Hlondem i Wyszyńskim; wielkie i niekłamane poparcie dla październikowego Gomułki i jego rzekomej walki o polską drogę – emigracja sama siebie traktowała przedmiotowo, kneblując usta tym, którzy chcieliby ten niezwykły proces ześlizgu powstrzymać.

Nie znam, niestety, szczegółów pomysłu, planu antykomunistycznej krucjaty. Najwyraźniej jednak Mackiewicz zamierzał wziąć w tym przedsięwzięciu czynny udział, w innym wypadku „brulion”, zarys koncepcji programowej, nie wyszedłby spod jego pióra. „Brulion‟ jest głosem zwróconym w stronę emigracji. Kraj utracił niezależność, jedynie emigracja ma jeszcze szansę zachować suwerenność w myśleniu i w działaniu. Już wkrótce wygra komunistyczna prowokacja.

Czy ktokolwiek w tym czasie próbował podjąć próbę debaty z Mackiewiczem? Wydane w 1962 roku „Zwycięstwo prowokacji‟, ku zaskoczeniu samego autora, doczekało się licznych głosów w dyskusji. Z upływem lat wszystko się zmieniło. O kwestiach zasadniczych, nadrzędnych nikt nie miał zamiaru z Mackiewiczem dyskutować. Jedyna bodaj próba tego typu wyszła spod pióra Stefanii Kossowskiej, ówczesnej redaktorki londyńskich „Wiadomości‟. Swój tekst napisała Kossowska jednak niejako pod przymusem, motywowana głosami czytelniczego sprzeciwu wobec niedrukowania tekstów Mackiewicza. Nie wyszło jej najlepiej. Czy miała świadomość, że sama płynie z prądem, a wbrew ideowym oczywistościom? (Temat na całkiem inny artykuł i inną okazję). Stanowisko Mackiewicza było zbyt trudne, niemożliwe do przyjęcia, a przy tym konsekwentne.

Sam Józef Mackiewicz wiedział to doskonale. Zdawał sobie sprawę z własnej izolacji, porażki idei, których nie miał zamiaru porzucać. Podczas VI polsko-niemieckiego sympozjonu w Lindenfels po raz pierwszy nie zabrał głosu w dyskusji, ponieważ – jak pisał – odeszła go ochota sięgać do podstaw problemu, do których nikt z obecnych nie miałby ochoty nawracać.

Być może z tych samych względów „Brulion‟ pozostał właśnie jedynie brulionem. Tekst jest zbiorem uwag, opisu zastanej sytuacji, także warunków niezbędnych dla sięgnięcia w przyszłości po upragniony cel. Mackiewicz wysuwa w tym tekście najważniejsze argumenty: po pierwsze, żadnego dialogu, żadnych rozmów z komunistami. Wolność można osiągnąć jedynie w wyniku wolnego ścierania się myśli, a tego pod komunizmem nie ma i nigdy nie będzie. Z tych samych względów (wolnej, nieskrępowanej dyskusji) należy zarzucić kultywację fałszywej narodowej zgody. Nie ma instytucji, tym bardziej pojedynczych osób, których działania miałyby być wyłączone spod krytyki (rządu RP nie wyłączając). Należy bezwarunkowo porzucić kultywowane uporczywie legendy, w tym najbardziej destrukcyjną o narodzie polskim, walczącym jakoby z komunizmem w kraju. I wreszcie najważniejszy z punktów – nie ma „polskiej drogi‟ do wyzwolenia:

Nie ma ściśle „polskiej drogi‟ do wyzwolenia spod komunizmu. Gdyż taka droga prowadzi zarówno przez Polskę, jak Litwę i Ukrainę… jak przez Wietnam, Cejlon, Algierię, Kubę, Chile, Meksyk, Brazylię… Przez Paryż, Berlin, uniwersytety amerykańskie, tokijskie, londyńskie… Przez ulice wszystkich miast i krajów, gdzie szerzy się – ZARAZA KOMUNISTYCZNA.

Tej Zarazie powinna być wypowiedziana KRUCJATA.

Krucjata wspólnie z innymi zagrożonymi narodami, pod każdą szerokością geograficzną.

Czy przyjdzie kiedyś czas, powstaną okoliczności, aby ten najbardziej nierealny program ponadnarodowej współpracy w walce z komunistyczną zarazą wprowadzić w życie, tego wiedzieć nie możemy. Historia, która uczy, która jakoby nikogo niczego jeszcze nie nauczyła, potrafi doskonale przynajmniej jedno – zaskakiwać; i bywa, niekiedy, czyni to nawet… miło. Zaskoczeniem w tym gatunku może być na przykład antykomunistyczna kontra:

W ów czerwcowy czwartek 1956 roku wołanie o chleb i wolność rozlegało się właśnie tu, na ulicach Poznania, dramatycznym krzykiem. Tym bardziej głośnym, że przyszło zań zapłacić jakże niejednokrotnie młodym życiem.

Nie chcemy dziś pisać o tych, którzy w tamtych dniach wiecowali, tworzyli delegacje, komitety, jeździli na rozmowy do Warszawy. Zwykle to właśnie im poświęca się najwięcej uwagi w historycznych opracowaniach. Zresztą oddajmy sprawiedliwość: chcieli dobrze, nie wiedzieli, że ta droga prowadzi donikąd.

Dziś swe głowy chcielibyśmy schylić przed tymi, którzy nie zawahali się chwycić za broń. Kim byli? Co myśleli? Ci, którzy szturmowali gmach UB na ul. Kochanowskiego, ci, którzy rozbrajali posterunki milicji w Kórniku, Swarzędzu, Kazimierzu… Kto dziś pamięta o tych studentach, którzy do ostatka bronili się w jednej z wieżyczek gmachu uniwersytetu na Pl. Mickiewicza (wówczas Stalina) póki nie zmiotła ich seria ciężkiego karabinu z czołgu? Kto dziś pamięta o tych, którzy samotnie walczyli, ostrzeliwując się ze strychów kamienic? Prawda, była ich garstka, ale to nie znaczy, że mamy pominąć ich milczeniem. Nikt nie wie ilu z nich zginęło. Ale o nich zwłaszcza pragniemy ocalić dziś pamięć. Uszanujmy ich śmierć. Są nam szczególnie bliscy, gdyż umierali nie z myślą o ludzkiej twarzy socjalizmu, lecz marzeniem o Wolnej i Niepodległej.

Tak niemal trzydzieści lat temu pisał zmarły przed kilku laty Sławek Oleś (Kuba Odtruwacz), jeden z redaktorów Głosu Poznańskich Liberałów. Spotkawszy go wówczas, powiedziałem z przekonaniem: „To najlepsze, co do tej pory napisałeś.‟ W odpowiedzi wzruszył ramionami. To był przecie tylko krótki okolicznościowy felietonik. Przyszło mi dziś do głowy, że warto ten bez-znaczenia-tekst oczyścić z kurzu przeszłości, przywołać pamięć tych, którzy strzelali w czerwcu 1956 roku w Poznaniu, którzy marzyli o walce o Wolną i Niepodległą w czerwcu roku 1989, powrócić do tej nęcącej myśli dzisiaj, gdy paradoksalnie strzałów boją się komuniści (i wszyscy ich akolici) bardziej niż kiedykolwiek.

Powie kto może: „Ależ to gadanie od rzeczy! Komu dziś w głowie podobne fantasmagorie? Dziś gonić wypada za sprawami innej kategorii, realnymi.‟ Zdaje mi się, że nie inaczej było czterdzieści lat temu, gdy w tekście dla nowojorskiego czasopisma Nowyj Żurnał Józef Mackiewicz pisał tak:

Na trzydzieści z czymś milionów moich rodaków Polaków, łącznie z emigracją, znam tylko jednego, który się ośmiela głośno powiedzieć: jestem kontrrewolucjonistą. To ja, sam jeden… Ale pytają mnie ludzie: Czyż „jeden w polu to wojownik‟? – Podobno nie. Ale a nuż! A nuż, wbrew porzekadłu, zdarzy się cud… Zwłaszcza, jeżeli z pomocą Boską.

_______________

*) Józefa Mackiewicza, Wielkie tabu i drobne fałszerstwa, Kontra, Londyn 2015.

**) http://www.gutenberg.org/ebooks/17350

Źródło:
Adres artykułu: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2018/07/15/niech-biega-sobie-w-kukurydze-iii/
Kategorie: Dariusz Rohnka, Niech biega w kukukrydzę...
Zamknij
 |  https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2018/07/15/niech-biega-sobie-w-kukurydze-iii/