Zamknij
Michał Bąkowski

Boże, strzeż mnie od przyjaciół (z wrogami sam sobie poradzę)

19 lutego 2018 |Cham chamem, Michał Bąkowski
Źródło: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2018/02/19/boze-strzez-mnie-od-przyjaciol-z-wrogami-sam-sobie-poradze/

Głupi antykomunizm przynosi tyle samo strat,
co infiltracja komunistyczna.

Barbara Toporska

Kardynał Armand du Plessis de Richelieu ma złą prasę wśród demokratów i liberałów, choć swą złą sławę zawdzięcza raczej Aleksandrowi Dumas, który uczynił zeń przebiegłego oponenta dziarskiego d’Artagnana i trzech muszkieterów, niż rzetelnej historycznej analizie.  W dzisiejszych czasach widzi się w nim nie tylko podstępnego intryganta, ale także twardą ostoję absolutyzmu i okrutnego obrońcę autorytarnej kontroli nad społeczeństwem.  W swej niezwykłej mądrości, mylił się wszakże roztropny kardynał, gdy sądził, że sam sobie poradzi z wrogami.  Powinien był wiedzieć, że bez Bożej pomocy, nic nie jest możliwe.  A jednak jego bon mot przeszedł do historii ze względu na pierwszą część: Cave me, Domine, ab amico.  Chroń mnie, Boże, od przyjaciół…

Wielki francuski mąż stanu przyszedł mi na myśl, gdy czytałem artykuł Stanisława Michalkiewicza, ponoć wielkiej gwiazdy prlowskiej „prawicy”.  (Nie, sam autor nie jest w niczym podobny do „Szkarłatnej Eminencji”.)  Jego artykuł wprawił mnie w długotrwałe zdumienie.  Tekst pt. „’Mackiewiczówka’ w Czarnym Borze” ukazał się w czasopismie Najwyższy Czas!, nr 49-50, w grudniu ubiegłego roku.  Już na wstępie autor zadziwił mnie twierdzeniem, że Józef Mackiewicz był jednym z największych pisarzy polskich XX wieku.  Zdawałoby się, cóż w tym dziwnego?  I ja jestem tego zdania!  Jakąż kontrowersję można znaleźć w takiej wypowiedzi.  Ale Michalkiewicz zdołał to osiągnąć, pisząc:

Gdyby nie to, że w wieku XX żył jeszcze Henryk Sienkiewicz, to Józef Mackiewicz mógłby ubiegać się nawet o palmę pierwszeństwa, ale i tak umieszczam go w pierwszej trójce albo czwórce – obok Stefana Żeromskiego, Juliusza Kadena-Bandrowskiego i Stanisława Rembeka.

A Sienkiewicz?  Gdyby nie Sienkiewicz, to Mackiewicz byłby pierwszy na tej przedszkolnej liście p. Michalkiewicza, a bez Sienkiewicza jest w pierwszej trójce obok trzech innych?  Takich dwóch, jak ich trzech, to nie ma ani jednego.  Ale taka to jest logika (i arytmetyka) prlowskich antykomunistów.

Michalkiewicz poucza następnie, „po czym poznać wielkiego pisarza?”  Może po tym, że Wielki Michalkiewicz zaliczył go do pięciu z najlepszych trzech?  Okazuje się, że nie.  Wielkim pisarzem jest ten, kto „potrafi bezbłędnie wprowadzić czytelnika w nastrój”.  W rzeczywistości jednak, nastroje – a może nawet „nas troje z pierwszej piątki, gdzie pierwszy jest drugi w pierwszej czwórce” – nie są przedmiotem sztuki, nie mają doprawdy nic ze sztuką wspólnego.  Wiele dzieł sztuki bez wątpienia może wprowadzać odbiorców w jakiś nastrój, ale nie powinno to być nigdy ich celem i z pewnością nie przyświecało jako cel Józefowi Mackiewiczowi.  Jeżeli Michalkiewicz tak bardzo potrzebuje wprowadzenia w nastrój, to niech sobie wynajmie masażystkę, albo słucha muzyki lekkiej, łatwej i głęboko nieprzyjemnej, ale przy czym tu Mackiewicz?  Lektura Mackiewicza może go wprawić w nastrój posępny, bo oto stanie przed nim pytanie, które pisarz ponawiał wielokrotnie: jak to się stało?  Jak doszło do tego, że system tak groteskowy w swej potworności, jak komunizm, panuje nad ogromnymi połaciami świata?  W jaki sposób wolni ludzie przemieniają się w niewolników, jak gdyby za dotknięciem magicznej bolszewickiej różdżki?  Natomiast „wprowadzanie czytelnika w nastrój”, to nie jest znamię wielkości pisarskiej, a raczej przykład jak uprawiać krytykę literacką przy pomocy sierpa i młota.

Nie, nie o nastroje szło Mackiewiczowi, ale o intelektualną postawę, o postawę oporu wobec zwycięskiego bolszewizmu.  I tu właśnie nasunęła mi się przytoczona powyżej sentencja Barbary Toporskiej: „Głupi antykomunizm przynosi tyle samo strat, co infiltracja komunistyczna.”

„Głupi antykomunizm”, to nie jest w ogóle antykomunizm, to jest zaledwie pseudo-antykomunizm; zjawisko równie stare jak sama bolszewia, które polega na utożsamianiu czegoś innego z groźbą komunizmu, a tym samym na pomniejszaniu prawdziwego zagrożenia.  Już podczas nawały bolszewickiej w 1920 roku, polska propaganda mówiła o „wojnie z odwiecznym wrogiem”, gdy sowdepia powstała ledwie dwa lata wcześniej.  Innym przykładem mogą służyć ekscesy tzw. makkartyzmu, kiedy z najlepszymi intencjami zniszczono dobre imię krucjaty antykomunistycznej.  Najbardziej klasycznym przykładem „głupiego antykomunizmu” jest werbalny wyłącznie antykomunizm Hitlera (sam Fuehrer był w istocie bliższy leninowskiej ortodoksji, niż byłoby mu wygodnie przyznać) oraz centralne dla nazistowskiej ideologii pojęcie „żydokomuny”.  I tak powracamy do artykuliku Michalkiewicza, który w długich i zawiłych wywodach oskarża „żydowską gazetę dla Polaków, kierowaną przez Adama Michnika, potomka takiej stalinowskiej dynastii” o to, że przed laty nazwała Mackiewicza „antykomunistą zoologicznym”:

Najwyraźniej żydokomuna w kolejnych pokoleniach dziedziczy nienawiść do Polaków, którzy nie zapisali się do któregoś z ichnich chederów.  Bo Józef Mackiewicz pytany o narodowość odpowiadał, że jest „antykomunistą”, a to dla „lewicy laickiej”, czyli dawnych (?) stalinowców, co to nawet po przepoczwarzeniu się na demokrację serca mają po lewej stronie, uchodzi za największą zbrodnię.

Wolałbym raczyć się koktejlem „Łza komsomołki” albo wręcz szamponem „Sadko-bogaty kupiec”, niż czytać takie kawałki, ale też mamy tu na tacy podany przykład pseudo-antykomunizmu.  W moim przekonaniu, Józef Mackiewicz szczerze by się uśmiał z michnikowego epitetu, ale to marginalny drobiazg.  Bo z jednej strony, Michalkiewicz ma przecież rację, gdy mówi o bolszewickich dynastiach (nie używałbym tu określenia „stalinowskie”, bo jest mylące i nieścisłe, gdyż sugeruje, że takich dynastii nie było przed i po Stalinie) i o ich kurczowym (a skutecznym) trzymaniu się władzy w prlu.  Miałby w zupełności rację, gdyby wyśmiewał wybiórczą gazetkę jako organ komunistów, ale on woli nazwać ją „żydowską gazetą dla Polaków”.

Co gorsza, Michalkiewicz nie dostrzega sprzeczności własnej pozycji, gdyż przecież Mackiewicz podając w ankiecie swą narodowość jako „antykomunista”, wyrzekał się niniejszym narodowości polskiej, stawiając ją niejako na drugim miejscu wobec swego politycznego stanowiska.  Całość tej ankiety brzmiała przecież tak: „Zawód – pisarz.  Narodowość – antykomunista.  Przekonania – kontrrewolucjonista.  Kraj pochodzenia – Europa Wschodnia.”  Michalkiewicz pisze dalej o rękach komunistów „unurzanych we krwi polskich patriotów po łokcie”, co jest znowu jednoznacznie słuszne, ale w oczach Mackiewicza polskie ofiary komunizmu nie były w żadnym wypadku ważniejsze od milionów Rosjan i Kozaków, Ukraińców czy Litwinów, którzy padli ofiarami najgorszych zbrodniarzy, jakich ziemia nosiła.  Jego dewizą była walka z komunistami, niezależnie od tego, czy się ich nazywa stalinistami czy trockistami, dysydentami czy maoistami, lewicą laicką czy prawicą nieświeżą, a także niezależenie od ich narodowości, toteż takim samym wrogiem był mu Polak Dzierżyński, co Gruzin Stalin, jego powinowaty Romuś Pilar co Żyd Trocki.  Uznając Europę Wschodnią za swój kraj pochodzenia, Mackiewicz poczuwał się do wspólnoty z milionami Żydów, zamieszkujących naszą nieszczęsną część kontynentu, na równi z Polakami.

Michalkiewicz mówi w zamian o „rozjeżdżającym się po świecie potomstwie semickich czekistów”, czym całkowicie się kompromituje, gdyż rzecz jasna wynika z jego stwierdzenia, że nie miałby nic przeciwko aryjskim potomkom czekistów, którzy by obdarowywali się „nawzajem rozmaitymi tytułami i orderami, poubierani w garnitury, mówiący językami [sic! a jak niby mają mówić!?]” rozjeżdżaliby się po świecie.

Nie będę raz jeszcze przytaczał cytowanego tu wielokrotnie Tima Snydera, który przeanalizował perfidię użycia pojęcia „żydokomuny” w Europie Wschodniej (wraz z całą koncepcją judeo-bolszewizmu), dość powiedzieć, że utożsamienie wszystkich Żydów z komunizmem i wszystkich komunistów z żydostwem, usprawiedliwia nas…  Nas wszystkich, uwikłanych w komunizm.  Tak jak usprawiedliwiało wszystkie narody podbite najpierw przez sowiety, a potem przez Niemcy, z uprzedniej współpracy z bolszewikami.  Każdy Litwin i Rumun niechybnie zawikłany w komunizm, czuł się z nadejściem Niemców uwolniony od winy dzięki formule „każdy Żyd to komunista, wszyscy komuniści to Żydzi”.  Każdy mieszkaniec Europy Wschodniej, który nie był Żydem, a wyzwolony został z okupacji sowieckiej przez Wehrmacht, mógł zrzucić swą winę na drobną mniejszość – na Żydów-komunistów.  Nie wezwę na pomoc Snydera, powołam się tym razem na kogoś innego, na wielkiego polskiego pisarza, choć zdaje mi się, zupełnie obcego Michalkiewiczowi.  Pisarz ten jest niestety równie mu nieznany, jak zapoznanym pozostanie on czytelnikom i wydawcom wybiórczych gazetek.  Powołam się bowiem na Józefa Mackiewicza.

Już w swych wspomnieniach z Katynia, opublikowanych pierwotnie w styczniu 1947 roku w Orle Białym, a następnie włączonych do dwóch opracowanych przez niego książek katyńskich (Zbrodnia katyńska w świetle dokumentów oraz Sprawa mordu katyńskiego), zastanawiał się nad trudnością, jaką prezentowała dla Niemców wielka ilość nazwisk żydowskich wśród ofiar katyńskich.  Goebbelsowska propaganda jednoznacznie przypisywała winę za zbrodnię „żydowsko-bolszewickim katom”.  Spośród 50 nazwisk morderców z mińskiego nkwd, którzy dokonywali zabójstw, Niemcy wyłowili trzy o żydowskim brzmieniu i im przypisali czołową rolę w prowadzeniu egzekucji.  Na co Mackiewicz odpowiadał z ironią, wymieniając rozliczne nazwiska i imiona o typowo żydowskim brzmieniu wśród zamordowanych polskich oficerów, po czym konkludował:

Ci więc mieli paść ofiarą „wyłącznie” żydowskich katów?

Mackiewicz miał jasno określony pogląd na fałszywe i mylące pojęcie „żydokomuny”:

Kto poznał z bliska zaślepioną, wściekłą, można by ją określić jako z pianą na ustach antysemicką propagandę hitlerowską, która z absolutnym, nie dopuszczającym żadnego zastrzeżenia uporem, identyfikowała bolszewizm z żydostwem, ten dopiero wyobrazić sobie może, jak trudno było tejże hitlerowskiej propagandzie publikować dziesiątki nazwisk z imienia i nazwiska żydowskich, na liście właśnie ofiar katyńskich!

Pomimo całego swego zaślepienia i zacietrzewienia, Goebbels był jednak w stanie dostrzec, że w tym jednym wypadku poddać należało ideologiczne skrzywienie jego propagandy – wymogom prawdy.  Nie dlatego, żeby uznał nagle prawdę za jakąkolwiek wartość, ale wyłącznie z powodu utylitarnej korzyści, jaką mu w tej sytuacji prawda przynosiła.  Niektórzy polscy publicyści nie są zdolni nawet do takich ustępstw ze swego ideologicznego skrzywienia.

I takie głodne kawałki wyszły spod pióra „wielbiciela Józefa Mackiewicza”, sekretarza „kapituły Nagrody Literackiej im. Józefa Mackiewicza”, Stanisława Michalkiewicza.  Trudno doprawdy oprzeć się wrażeniu, że p. Michalkiewicz Józefa Mackiewicza nigdy nie czytał.

Dobry Boże!  Broń Józefa Mackiewicza przed takimi przyjaciółmi.

Źródło:
Adres artykułu: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2018/02/19/boze-strzez-mnie-od-przyjaciol-z-wrogami-sam-sobie-poradze/
Kategorie: Cham chamem, Michał Bąkowski
Zamknij
 |  https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2018/02/19/boze-strzez-mnie-od-przyjaciol-z-wrogami-sam-sobie-poradze/