Zamknij
Dariusz Rohnka

Gdy podaż kształtuje popyt

31 sierpnia 2017 |Dariusz Rohnka, Piaskownica, Polemiki i wątki
Źródło: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2017/08/31/gdy-podaz-ksztaltuje-popyt/

Ostatnio, w rozmowie, ktoś przypomniał mi zabawę w przedsklepową kolejkę, podbolszewicką dziecięcą rozrywkę, którą świetnie opisał swojego czasu Józef Mackiewicz. W przeciwieństwie do wielu innych zabaw, kolejka jest odbiciem dorosłej rzeczywistości. Dzieci stoją jedno za drugim grzecznie, oczekując każde na swoją… kolejkę, jest milicjant z pałką pilnujący porządku, albo i nieporządku. Niby nic takiego. Nie bardzo skomplikowana zabawa, a jednak mówiąca sporo, choćby o tym, jak świat dziecięcy postrzega świat dorosłych. Z jakiegoś powodu te obserwacje na ogół nie wypadają dobrze.

W realnym świecie kolejka jest zwykle wynikiem ograniczonej podaży: brakuje chleba, masła, kawy, mydła; ludzie grymaszą, albo i nie grymaszą – stoją. Niekiedy z życiowej konieczności, gdy wokół głód i wojna; czasami dla kaprysu, po upragniony bilet na koncert, po nowy model telefonu, w oczekiwaniu na miejsce w restauracji. Bywają kolejki szczególnie charakterystycznym znakiem czasów, jak w peerelu, dobre trzy, cztery dziesiątki lat temu. Zaczęło się od cukru, już w roku 1976. Dlaczego w kraju buraka cukrowego miało akurat brakować cukru, na to pytanie ani myślę odpowiadać. Z całą pewnością znajdą się liczni specjaliści, którzy wyłożą czarno na białym, że wegetacja rośliny nie nadążała za jej konsumentem. O wiele istotniejszy wydaje się inny aspekt – dolegliwości tego akurat braku. peerel, eksperymentalne poletko bolszewizmu, przygotowywany był na nowe, doniosłe doświadczenie, a cukier okazał się wyśmienitym katalizatorem niezbędnych przemian. Brak, drugie imię socjalizmu, osiągnął był na danym etapie dziejowym szczyty perfekcjonizmu, kolejka stała się najcharakterystyczniejszym znakiem antycywilizacji. Przyszedł moment, gdy obywatel ustawiał się w ogonku, nie wiedząc nawet, co akurat będzie/nie będzie przedmiotem socjalistycznej podaży; czy, dajmy na to, dystrybuowane buty pasują/nie pasują na jego osobistą nogę; czy w ręce wpadnie mu lodówka, a może jednak pralka.

Mimochodem dokonano epokowego odkrycia, po raz kolejny stawiając biednego Marksa na głowie – to nie byt, ale podaż kształtuje świadomość. Obmyślono nowy model pierekowki, oparty nie na strachu, a na luksusie pospolitego popędu. Rygorystyczny warunek postawiono jeden – darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby.

Przyszedł wreszcie moment, kiedy nowy model trzeba było poddać próbie. Należało sprzedać światu fantasmagorię „upadku komunizmu”. Niełatwe zadanie. Po pierwsze, nie było na świecie człowieka, który spodziewałby się takiego zdarzenia w dających się ogarnąć ramach czasu. Po drugie, istniał (wbrew panującej obecnie legendzie) niemal całkowity brak społecznego zapotrzebowania, absolutny brak popytu na tego rodzaju „epokowe” wydarzenie. Nie tylko szary obywatel nie oczekiwał upadku od komunizmu, także dysydenckie „elity”, przepojone duchem socjalizmu, względnie ustrojowego rewizjonizmu, na nic podobnego liczyć po prostu nie chciały. Mówiąc obrazowo, jeśli nawet duch kapitalizmu panoszył się w mózgach obywateli zasiadłych przy okrągłym stole, z całą pewnością nie były to umysły opozycyjne.

Cóż począć, skoro to jednak podaż kształtuje świadomość? Choć bano się nieco, czy aby władza nie szykuje jakiej nowej a drastycznej niespodzianki, rzezi opozycyjnych aktywistów na przykład (dociekliwym polecam ówczesną lękliwość towarzysza Mazowieckiego), wyboru nie było, leżącą na ulicy władzę brać było trzeba. Rychło okazała się nie taka znów ciążąca. Ledwie po kilku miesiącach przywyknięto do nowego. Owo nowe nie było nawiasem nadto drastycznie inne – poza kurtuazyjną zamianą szyldów, ubraniem orła w koronę (bezwstyd nie zna granic!), gmachy kluczowych instytucji pozostały przecie w niezmienionym kształcie. Do zrobienia pozostał jeden drobny szczegół – wyeliminować ostatnich wątpiących.

Patrząc na zagadnienie od kuchni, jak ją dzisiaj pamiętam, przebieg zdarzeń nie przestaje zdumiewać. Organizacje jak LDP„N” czy Solidarność Walcząca, od początku, zapewne mniej więcej od lata 1987 roku, wiedziały z niechybną pewnością, że na arenę wkracza kolejna, zwycięska (jak to ona) prowokacja. Pozostając w zgodzie z tak rozpoznanym stanem rzeczy, obie organizacje (a także liczne inne literki) zgodnie wezwały do zbojkotowania pseudowyborów z czerwca 1989. A jednak – podaż prowokacji okazała się bezlitosna. Ledwie kilka miesięcy później przedstawiciel LDP„N” w Paryżu, Józef Darski (Jerzy Targalski), ten sam Darski, który jako pierwszy streścił i przełożył na polski prognozy Golicynowskiego „New lies for old” (prognozy, które akurat spełniały się jedna za drugą), zasugerował w liście do kolegów radykalną zmianę, realnie rzecz biorąc – wsparcie pierestrojki. Pisał bodaj czy nie tak: wiemy, że to prowokacja, ale jeśli teraz nie wyjdziemy z podziemia, nie weźmiemy w całym tym przedsięwzięciu [w komunistycznej prowokacji] udziału, zostaniemy zmarginalizowani, przestaniemy liczyć się jako organizacja polityczna.

Dziś, choć trudne to do uwierzenia, Targalski mówi jakby to samo – wszak, powiada, komunizm upadł. (Czy pamięta jeszcze, że to była prowokacja, tego nie chce mi się dociekać.) Co właściwie ma na myśli? Gdzie szukać klarownej odpowiedzi, rozwiązania niewątpliwej zagadki? Może u kolegów z Solidarności Walczącej, którzy niemal dokładnie w tym samym czasie, skłaniali się w stronę… identycznie motywowanej decyzji?

W niewielkiej broszurce zatytułowanej „Uwolnić Kornela Morawieckiego!”, wydanej przez wrocławskie wydawnictwo „Lena” (to samo wydawnictwo, które swojego czasu wydało absurdy Eberhardta), natknąłem się na zdumiewającą wypowiedź głównego bohatera tejże opowieści. Morawiecki, legendarny (bo czy nie legendarny?) szef SW pisze tak:

Rozpadło się „w proch i pył”, coś, co większości – w tym wytrawnym ekspertom i znawcom – zdawało się nienaruszalne: złowrogie sowieckie imperium, upadł światowy blok komunistyczny. My, członkowie Solidarności Walczącej, nie należeliśmy do tej pesymistycznej większości. Praktycznie wbrew wszystkim jako jedyni głosiliśmy nadejście tych zmian. Wielu tylko dlatego określało nas mianem oszołomów. Ba, część tych mało przenikliwych ludzi do dziś skłonna jest tak nas oceniać. A przecież to nam właśnie historia przyznała rację, nie im.

Cóż Legenda próbuje nam powiedzieć? Czy nie jest to aby przekaz triumfu? Morawiecki mówi: racja jest po naszej stronie, po stronie rzekomych oszołomów. Deklaracja zwycięstwa? Jeśli tak jest w istocie, kiedy, gdzie nastąpiło to zwycięstwo? W jakich to okolicznościach komunistyczny kolos runął pod naporem Solidarności Walczącej? A może jest całkiem inaczej, może zwycięstwo przyszło mimochodem? Niby ślepej kurze ziarno. Przez kogo sprokurowane?

I owszem, Solidarność Walcząca miała swój udział w „upadku komunizmu”. W styczniu 1990 roku (gdy kluczowe decyzje dawno już zapadły), SW w koalicji z KPN-em przeprowadziła bezkrwawe ataki na lokalne komitety pzpr. W górę poleciały partyjne papiery, aparatczycy spotnieli ze strachu. Ledwie po paru dniach, może tygodniach, pzpr przestała istnieć. Czy za sprawą aktywności SW i Morawieckiego? Czy może szumne ataki były jedynie zgrabnym płaszczykiem, przykrywającym istotę przemiany – zamiany komunistów w demokratów, w jednej dziejowej minucie? Czy podaż prowokacji okazała się nieodparta?

SW z Morawieckim opierała się bodaj czy nie najdłużej. W 1990 roku, na miejsce podziemnej SW powstała Partia Wolności (a jakże), sam Morawiecki wystartował w „wyborach prezydenckich”, uzyskując marny wynik. Fakt pozbawiony jakiegokolwiek znaczenia, niemal. Bo warto jednak przypomnieć, że Morawiecki nie był zwyczajnym kandydatem, ale „symbolem” antykomunistycznego podziemia. Tytułowe zawołanie z broszury: uwolnić Kornela Morawieckiego! przez wiele miesięcy nie schodziło z łamów podziemnych pism, płotów, murów budynków. O jego uwolnienie zabiegały dziesiątki, jeśli nie setki organizacji na całym świecie. Uwolnić Kornela! było hasłem roku 1987, i pewnie też następnego. I wówczas, w rozkwicie wszechświatowego krzyku w obronie antykomunisty, bolszewicy zdecydowali się na krok szczególny. Wyekspediowali Morawieckiego, wraz z aresztowanym nieco później Andrzejem Kołodziejem, do Włoch – bez prawa powrotu. Przywódca SW stał się banitą. Czyżby bano się go aż tak bardzo? Czy wynik jaki osiągnął, przystępując do prowokacji w roku 1990 nie podpowiada, że mylono się (i to bardzo)?

Upadł komunizm – tak mówi stare pokolenie antykomunistycznych wyjadaczy, tak mówią młodsi, jak choćby ludzie skupieni swojego czasu w krakowskim Klubie im. Józefa Mackiewicza. Czy wolno ich podejrzewać o złe zamiary? Absolutnie nie. Odnieść za to można wrażenie, że to ich wszystkich przekonanie o upadku komunizmu nie ma charakteru stałego, nie jest linią prostą, z punktu A do punktu B, a czymś w rodzaju sinusoidy. Gdy „nasz” akurat przy korytku, Olszewski jakiś czy Kaczyński, wówczas, i owszem, upadł był komunizm, przyznają jakby bardziej ochoczo; gdy do „głosu” dojdzie jakaś wraża frakcja, sld na przykład, oj! to larum, gwałt na demokracji, dekomunizować psubratów! Prowadzi to wszystko do kolejnego z podażowych zjawisk – podaży niepewności. Ten ich bowiem upadły komunizm zbudowany jest jakby trochę na fundamencie z piasku. Wiedzą o tym, widzą, partycypują przecież nieustannie. Wydawnictwo Podziemne nie ma wyłączności na realistyczny obraz tutejszości.

Proszę się nie obawiać, nie będę tu i teraz obrazu peerelu, jakim go widzę niezmiennie, roztaczać ponownie. W zamian chciałbym zaproponować podjęcie nużącej refleksji nad zjawiskiem, które nasi adwersarze nazywają upadkiem komunizmu. To zaś prowadzi nieuchronnie do kolejnej próby… zdefiniowania problemu.

A zatem, „upadł komunizm, bo…”, zarówno peerel, jak też i inne kraje bloku sowieckiego, zatraciły swój pierwotny charakter ustrojowy – przewodnia rola partii zakończyła swoją dziejową misję, upadł socjalizm, nastał kapitalizm. Czy wystarczająco ściśle przedstawiam zdanie odmienne (od mojego)?

Pomijam, jako marginalną, kwestię kapitalizmu, który jakoś nie bardzo zgadza się z moim własnym, o kapitalizmie, wyobrażeniem. Są w tej definicji kwestie do omówienia ważniejsze, właściwie jedna kwestia – ustrojowa. Od 1917 roku począwszy, od powstania pierwszego na świecie „państwa proletariatu”, komunizm, jako forma bytu politycznego, łączony był nieodzownie z dwiema podstawowymi cechami: społeczną formą własności środków produkcji oraz kierowniczą rolą partii proletariatu, w skrócie „proletariacką dyktaturą”. Czy to się zgadza?

I otóż, pomijając pierwsze, po-przewrotowe lata, gdy w młodej bolszewii dopuszczano tu i ówdzie jakieś formy spontanicznej dyskusji, oba te zasadnicze filary komunistycznego ustroju, nigdy (nie tylko w realnym świecie, ale nawet w formie otwartej debaty) w praktyce nie funkcjonowały. Nigdy, na przestrzeni kolejnych stu lat, ani jedna z tych żelaznych reguł nie miała racji bytu, co (rzecz całkiem oczywista) jest wręcz beznadziejnym komunałem. Władza i wszystko co poza nią, materialne, zawsze należała do jednego, kilku lub kilkunastu bolszewików. Jeśli zatem, argumentem ludzi mówiących o upadłym komunizmie miałaby być przemiana ustrojowa, o niczym podobnym mowy być nie może – ustrój zwany socjalistycznym, z którym przyszło nam obcować przez kolejnych kilkadziesiąt lat, nigdy nie stanowił celu samego w sobie. Był jedynie nonsensowną ideologiczną fasadą ponurej bolszewickiej metody. „Stanowisko partii”, jak ze swadą przekonywał swojego czasu towarzysz Gomułka, nigdy nie było „zgodne z wolą narodu”. Po pierwsze dlatego, że partia jako wielomilionowa zbiorowość wylęknionych aktywistów, jako całość, nie posiadała podmiotowości politycznej, nie mogła zatem zająć stanowiska w jakiejkolwiek kwestii (mogła co najwyżej wyrażać aplauz, a i sam ten aplauz podlegał ścisłej regulacji). Po drugie tzw. wola narodu, nieważne czy w roku 1968, czy współcześnie, była, i jest nieodmiennie, rodzajem ideologicznego szachrajstwa, propagandową lipą.

A jednak była to praktyka realnego socjalizmu, powiedzą adwersarze, widoczna dla każdego gołym okiem. Realna była dyktatura partii, ścisła kontrola niemal każdej sfery życia społecznego, politycznego, gospodarczego. Wszystko było w komunistycznych rękach. A dzisiaj – czy nie rozkwita nam różnorodność? Czy sama władza nie przechodzi z rąk do rąk, choćby najpaskudniejszych? I rzeczywiście, argument wyborny, bo czyż rotacja w tej przestrzeni nie jest faktem bezspornym? Spójrzmy jak było w ciągu lat ostatnich, bez mała trzydziestu, w telegraficznym skrócie, w samym tylko peerelu: zaczęło się od Mazowieckiego, starego towarzysza (czy wychwalać walory jego ideowych predylekcji?); następni byli Bielecki i Olszewski (z gabinetami naszpikowanymi agenturą niczym wielkanocna baba rodzynkami); po nich Pawlak, reprezentant polskiego stronnictwa ludowego (całkiem jak niegdyś był Mikołajczyk); dalej Suchocka, działaczka stronnictwa demokratycznego – jednego z dwóch koalicjantów pezetpeeru; znowu Pawlak (już jakby mniej nieco wystraszony), dawny (choć jakiż jeszcze wtedy młody) towarzysz ludowy; i dalej… Oleksy, Cimoszewicz, Buzek, Miller, Belka… czy nie imponująca karuzela? Czy nie dość na tym? Czy pisać jeszcze więcej, znowu o instytucjach (i ich niewzruszonej, od siedemdziesięciu lat, konstrukcji); albo o „nowych” ustrojowo gospodarczych stosunkach?

Czy wziąwszy to wszystko pod rozwagę, będąc, dodatkowo, osobiście ubabranym aż po szyję w błocie tutejszości, pisanie, że komunizm upadł nie jest szczytem zakłamania? Czy taka postawa przystoi komuś, kto niegdyś mienił się antykomunistą? Czy nie warto by o to zapytać p. Morawieckiego?

Za moment, ledwie, minie sto lat od najgorszego dnia w dziejach świata – październikowego przewrotu. Bolszewizm krzepnie i upowszechnia się jak nigdy dotąd, przybierając wszelkie możliwe maski, formy, pseudoidee. Jeśli nie dziś, to jutro obejmie, być tak może, bezgraniczną władzę. Jeśli cokolwiek go powstrzymuje, to chyba tylko obawa przed realizacją ostatniego z celów – „końca historii”, jak to niegdyś sprytnie wykoncypował i zgrabnie ujął pewien amerykański politolog (choć w całkowicie odmiennym kontekście).

Nigdy w historii podaż bolszewizmu nie była tak wielka.

Źródło:
Adres artykułu: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2017/08/31/gdy-podaz-ksztaltuje-popyt/
Kategorie: Dariusz Rohnka, Piaskownica, Polemiki i wątki
Zamknij
 |  https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2017/08/31/gdy-podaz-ksztaltuje-popyt/