Scaramouche, Scaramouche, will you do the fandango?
Is this the real life? Is this just fantasy?
Caught in a landslide, no escape from reality
Open your eyes, look up to the skies and see
I’m just a poor boy, I need no sympathy
Because I’m easy come, easy go, little high, little low
Anyway the wind blows – doesn’t really matter to me
Odpowiedź Foxmuldera na mój list otwarty bardzo mnie ubawiła i jednocześnie ciut zasmuciła. Smętek wziął się z potwierdzenia powszechnej niechęci do jakiejkolwiek dyskusji. Wszyscy moi bliscy i znajomi pukali się w czoło na wieść o tym, że podjąłem dyskusję z Foxmulderem. Podobnie komentatorzy na jego stronie żądali, by nie podejmować wymiany z „trollem” (czyli ze mną), litowali się nad biednym niedojdą, ponieważ nie wiem co to „kuc”, wznosili modły i lamenty, a jeden nawet chciał mnie nauczyć pisać (ciekawe po jakiemu, bo na pewno nie po polsku). Już pierwsze zdanie w replice mego oponenta jest znamienne. Wskazał na „niektórych” (na przykład kto?!), porównujących rzekomo moją nieskromną osobę do jakiegoś oszalałego endeka, o którym w życiu nie słyszałem, jak gdyby polemika była równie rzadka, co krokodyle w prlowskich zalewach. (Pomijam już, że na pewno brak mi cnoty wytrwałości śp. Larkowskiego, a zacięcie zdarza mi się tylko przy goleniu.) Dyskusja, debata, ścieranie się poglądów, to jest treść życia duchowego, krwioobieg myśli, rozrywka wolnych ludzi i powinność intelektualisty. Nic dziwnego, że sztuka polemiki jest w pohańbieniu, a „intelektualista” stał się niewybrednym epitetem, gdy sama propozycja podjęcia dyskusji spotyka się z drwiną i ogólnym chichotem.
Dyskusja nie jest okopywaniem się na z góry upatrzonych pozycjach, ale zastanowieniem nad innym punktem widzenia. Polemika, to nie pole dla sofistycznych popisów, to nie metoda zwycięstwa w debacie, ale sztuka dochodzenia prawdy. Można dojść prawdy w procesie polemiki tylko wówczas, jeżeli z góry przyjmie się możliwość, że racja leży po innej stronie. Polska kultura była niegdyś sławna z takiego podejścia do dyskusji. Mieliśmy „nocne Polaków rozmowy” i wielu ludzi pamiętało na całe życie takie debaty, z których wyszło się ze zmienioną opinią. „Przekonał mnie ten Józef!” wykrzyknął po całonocnej kłótni z Mackiewiczem, Andrzej Bobkowski. Ale do tego potrzeba niezawisłego ducha, suwerennej myśli i szlachetnego usposobienia.
Przykro mi zatem, że nie będzie żadnej dyskusji. W zamian będzie tylko przebijanie piłeczek. Takich piłeczek i szpileczek jest w tekście Foxmuldera co niemiara i to jest być może najbardziej urocza i lekka strona jego artykułu. Wyśmiewa Foxmulder „nieskazitelność konserwatystów, masakrujących swymi tekstami polrealizm” na naszej witrynie; natrząsa się z idej „poobijanych w przebijaniu się” i ja się śmieję wraz z nim. Idee bowiem, o ile pamiętam, są z definicji niematerialne, więc trudno im się obijać. Owszem, całe pokolenia próbują tłuc idee pałkami, wdeptać je w błoto, dręczyć je w lochach, posyłać na Kołymę, albo choćby zamilczeć na śmierć, ale idealnymi będąc, idee się nie dają i za nic sobie mają te wszystkie zniewagi. I dlatego tak mi smutno, że Foxmulder znalazł się po stronie pałkarzy i prześmiewców. Osobiście wolę być po stronie tych stetryczałych niezłomnych, którym zadawniony reumatyzm nie pozwala padać na kolana przed każdą nową, olśniewającą odmianą rzeczywistości, by całować ją soczyście w dupę.
Ale dalej, po tym wstępnym smuteczku, jest weselej, a właściwie, to prawdziwy karnawał: Scaramouche rozpoczyna swoje fandango. Mam oto „kabalistyczną wiarę w magiczne znaczenie słów” i toczę „tytaniczne boje o ich znaczenie”. O „znaczenie znaczenia”?? To już prawdziwa uczta semantyczna. Powinienem teraz rozważyć znaczenie kabały, wiary, magii, znaku, znaczenia, tytanicznych bojów i tak dalej, ale semantyka dadaizmu jakoś mnie nie pociąga. Trudno dopatrywać się znaczeń tam, gdzie się ich programowo unika. Is this the real life?
Tymczasem fandango postępuje dalej: sowieciarze posługują się rzekomo rosyjskim nacjonalizmem od roku 1943. W pierwszej chwili wydało mi się to genialnie komiczne, bo zdawałoby się każde dziecko wie, że już w roku 1920 Lenin wykorzystał hasło „walki z odwiecznym wrogiem”, tak jak to zrobił Stalin w 1941. Ale zaledwie kilka linijek dalej Foxmulder wspomina Brusiłowa, więc wiedział o rosyjskim nacjonalizmie w służbie bolszewików podczas wojny polsko-bolszewickiej, słyszał o smienowiechowcach, tylko wygodniej mu było o tym zapomnieć. O ile pamiętam przedstawienia commedia dell’arte, to Scaramouche ma rzeczywiście bardzo słabą pamięć, ale bywa też infantylny.
A zatem twierdzenie, że „Rosja nie istnieje” jest pozbawione sensu w oczach Foxmuldera, bo „tak samo można mówić, że współczesne Niemcy to żadne Niemcy, tylko Trzecia Rzesza lub Republika Weimarska”. Nie. Nie można tak mówić i na pewno nie „tak samo”, bo to byłby infantylizm. W polskiej historiozofii rzeczywiście mówi się o wszelkich germańskich tworach państwowych „Niemcy”, ale to nie znaczy, żeby to było słuszne, bądź historycznie uzasadnione, nawet jeżeli tak uważa żona mego przyjaciela. Do czasów Bismarcka nie było oczywiście nigdy żadnych „Niemiec”, to jest ahistoryczny nonsens. Podobnie jak do czasów Risorgimento nie było żadnych Włoch itd. Wszystkie nowożytne państwa tzw. „narodowe”, są sztucznymi tworami. Jednym z niewielu organizmów państwowych w Europie, który opierał się postępom nacjonalistycznego modernizmu, była Najjaśniejsza Rzeczpospolita. Ale zostawmy historię, wróćmy do fandanga, bo oto Foxmulder mówi, że „RFN jest spadkobiercą III Rzeszy” a „Turcja Osmańska uważała się za sukcesora Bizancjum i Rzymu”, co jest uroczą niedorzecznością. Niewiele państw w historii ludzkości odcięło się tak zupełnie i dramatycznie od swego poprzednika, jak to uczyniły zachodnie Niemcy. Innym przykładem takiego zerwania ciągłości państwowej jest, rzecz jasna, związek sowiecki. Lenin powiedział „pluję na Rosję”. Celem bolszewików było zniszczenie wszystkiego co rosyjskie; nawet mówienie ładnie po rosyjsku było niebezpieczne w czasach czerwonego terroru. Rosja była krajem bogoiskatielstwa, głębokiej prawosławnej pobożności – sowiety są odwróceniem rosyjskości w każdym jej przejawie. Ciągłość państwowa Rosji została zerwana przez październikowy pucz brutalnie i nieodwołalnie, ale całkowicie zachowana w latach 1989-92 we wszystkich demoludach z sowietami na czele. Putin odmawia nawet pogrzebania truchła Lenina i każdy bolszewik ze Stalinem na czele jest fetowany w „Rosji”, podczas gdy, dla porównania, w dzisiejszych Niemczech 96 letni były księgowy obozu koncentracyjnego będzie niedługo posłany do więzienia, co prawdę mówiąc, jest skandaliczną niesprawiedliwością. A Turcja spadkobiercą Rzymu? Dobry Boże!…
Ale Imperium Rzymskie jest tu akurat przykładem do rzeczy. Bo czyż nazwałby Foxmulder państwo Gotów powstałe na ruinach imperium – Rzymem? Barbarzyńcy zniszczyli Rosję i na jej gruzach zbudowali coś innego. To coś nazywam sowietami. Nazywanie tego „Rosją” pogarsza tylko konfuzję semantyczną, w której żyjemy.
Foxmulder wskazuje na „ducha narodowego” jako wyróżnik nazizmu i bolszewizmu. Będę musiał go prosić o oświecenie, bo na duchach się nie znam, ale spirytyzm jest na miejscu w jarmarcznej budzie obok Arlekina i Scaramouche’a. Zapytam więc z całą pokorą: czy Bach, Goethe i Beethoven wyszli z tego samego ducha co Goebbels i Himmler? Czy ten sam duch narodowy zrodził Puszkina i Putina? Ale brnijmy dalej w tym fandango: czy szumowina taka jak Lech Wałęsa zrodziła się z tego samego ducha co Juliusz Słowacki? Is this just fantasy?
Figury fandanga przeradzają się powoli w korowód śmierci pod piórem Foxmuldera, bo komunizm okazuje się „formą cywilizacji” i „nie wziął się znikąd”. Już miałem nadzieję, że Arlekin przybędzie i skończy to fandango, ale nic z tego. Gierek nie uwalniał się od Moskwy nawet w swoich własnych marzeniach, tym bardziej więc jest komiczne, że uwalniał się w marzeniach Foxmuldera. Caught in a landslide, no escape from reality.
Wydawałoby się, że wystarczy zajrzeć do Golicyna, żeby nie pleść takich dyrdymałków o „uniezależnieniu od Moskwy”, ale Foxmulder sam powołuje się na Golicyna. Czy byłoby nie na miejscu z mojej strony, zważywszy karnawałowy charakter tekstu mego oponenta, gdybym poprosił o wskazanie miejsca, gdzie Golicyn pisze o rozwartych nożycach, w których jedno ostrze stanowi komunizm, a drugie „zachodni globalizm”? Czytałem Golicyna wielokrotnie i w głowę zachodzę, gdzie też mógł wspomnieć o tym globalizmie. Co rzekłszy, wedle wyznawanych przeze mnie zasad, bardzo byłoby mi miło, gdyby Foxmulder zechciał mi wykazać, że się mylę i jeżeli Golicyn pisał o „zachodnim globalizmie” w New Lies for Old, to wydrukuję przeprosiny wielkim literami. I’m just a poor boy and I do need some sympathy…
A Trump? Jak to jest możliwe, żeby tyle słów wypowiedziano na temat takiego zera? The Donald jest politycznym dzieckiem we mgle, które nie potrafi odróżnić swojej własnej dupy od lampy na biurku sekretarza stanu. Jest pozbawionym wszelkiego wstydu ignorantem. Jest półgłówkiem tak szalonym, że przy nim komiczny Scaramouche z commedii dell’arte wychodzi na intelektualistę. Scaramouche jest chytrym kłamcą i pyszałkowatym samochwałą, ale wobec Trumpa wygląda jak wcielenie wszelkich cnót. Open your eyes, look up to the skies and see!
Porównanie takiej fajtłapy do Reagana jest obraźliwe. Wskazywanie na rzekomo „golicynowską” proweniencję jego polityki należy bez reszty do surrealizmu politycznego. Trump nie ma żadnej strategii, bo nie wychodzi myślą poza czubek własnego nosa. Ten zadufany w sobie buc ogłosił niedawno objawienie, że jako prezydent Stanów Zjednoczonych może sam siebie ułaskawić, co upodobnia go bardziej do Pulicinelli (skoro już tkwimy po uszy w satyrze menippejskiej), niż do Scaramouche’a. Nie wątpię także, że wyciągnie się sam za włosy z bagna, w które prowadzi cały świat. Because I’m easy come, easy go, little high, little low.
Foxmulder powołuje się także na Nyquista. Bóg mi świadkiem, że są poważne różnice między stanowiskiem Wydawnictwa Podziemnego, a pozycją zajętą przez Jeffa Nyquista w sporze z nami przed wielu laty, ale fakt, że się z nim fundamentalnie nie zgadzam, nie oznacza, żebym nie dostrzegał, że jest inteligentnym i myślącym człowiekiem. Jakim cudem więc, przywołuje Foxmulder Nyquista (obok Golicyna i Pacepy) jako tych, którzy „od dawna byli przekonani, że Trump zaatakuje oszukańczy system, który przez dziesięciolecia hodował sowietyzm”? Czyżby nie czytał Jeffa Nyquista na temat Trumpa?
Watching the Trump Administration is more and more like watching a funeral procession. The Republic is dead and there follows a parade of fifty hearses for fifty states. So many obituaries, so many political death notices. “Dearly beloved, we are gathered here together to honour the memory of President Donald Trump, who was…. Well, what was he?” We are not sure. But now, of course, he is a political corpse (like the country itself).
There is so much chaos. Those who cling to hope, who believe in the billionaire hero, who believe he is politically yet alive, refuse to see what is before their eyes.
http://www.jrnyquist.com/swallowed-by-the-swamp.html
Bardzo mnie rozbawiło fandango naszego Scaramouche’a i nawet nie zamierzam dotknąć kolejnej postaci rodem z włoskiej commedia dell’arte – nomen omen – Anthony’ego Scaramucci, którego zaledwie kilka dni temu Foxmulder wychwalał jak proroka, co to „dokona czystki”, wymiecie śmiecie establishmentu. Scaramucci raczej wziął na przeczyszczenie. Ale po całej tej menippejskiej, karnawałowej orgii, jak to zwykle bywa po wszelkiego rodzaju nadużyciach, ogarnia mnie znowu smutek.
Nie może być powodem do wesołości, kiedy ludzie z najlepszymi intencjami padają ofiarą tak nikczemnego widowiska, jak to które zafundował światu Trump; jak pisze Nyquist, nie chcą widzieć, co mają przed oczami.
Ale smutek mnie ogarnia z wielu powodów. Po pierwsze, ponieważ optymizm nie zastąpi nam Polski, a jest raczej drogą donikąd.
A po drugie, ponieważ nie lubię wznoszenia pustych haseł, a „make Poland great again” jest doskonałą próżnią w porównaniu z podobnym hasłem o Ameryce.
Anyway the wind blows – doesn’t really matter to me.