Szanowny Panie
Niektórzy mówią, że jest Pan równie zaciętym i wytrwałym polemistą jak śp. Robert Larkowski – choć oczywiście prowadzi Pan polemikę w zupełnie innym stylu.
Słusznie zwraca Pan uwagę na hermetyzm szeroko pojętych środowisk konserwatywnych, w tym hermetyzm Pańskiego środowiska. Ów hermetyzm przejawia się choćby w tym, że komentarze pod tekstami autorów Wydawnictwa Podziemnego zostawiają tylko inni autorzy Wydawnictwa Podziemnego utwierdzając się w nawzajem w przekonaniu, że są nieskazitelnymi konserwatystami i antykomunistami masakrującymi swoimi tekstami „polrealistów” i wszelaką fałszywą prawicę. Państwa idee nie przebijają się jednak na zewnątrz a jak się już przebiją, to są tak poobijane, że nie są brane na poważnie. Mogą się Państwo pocieszać, że nie traktowano też poważnie dyplomatów gen. Denikina, którzy podczas dramatycznej ewakuacji Noworosyjska grozili Polsce „poważnymi konsekwencjami” za zburzenie pompatycznego prawosławnego Soboru na Placu Saskim w Warszawie. Ale czy naprawdę warto być w takim towarzystwie?
Żywi Pan niemal kabalistyczną wiarę w magiczne znaczenie słów i toczy Pan tytaniczne boje o ich znaczenie. Pisze Pan: „Rosja nie istnieje, a sowiety mają się dobrze.” Argumentuje Pan, że Rosja została zniszczona w 1917 r. przez bolszewików i nigdy się nie odrodziła. Rzeczywiście współczesna Federacja Rosyjska nie jest tym samym krajem, co Imperium Rosyjskie czy Księstwo Moskiewskie, ale też to przecież nie w 100 proc. Związek Sowiecki. Tak samo można mówić, że współczesne Niemcy to żadne Niemcy, tylko Trzecia Rzesza lub Republika Weimarska, które zastąpiły kaizerowską Drugą Rzeszę. RFN, III Rzesza, Republika Weimarska i II Rzesza różnią się zaś od I Rzeszy i państwa Ludwika Niemieckiego, ale o tych wszystkich tworach państwowych mówimy „Niemcy”. „Rosja” tak jak i „Niemcy” to nie tylko nazwy krajów, ale też twory kulturowe i geopolityczne. Współczesna Rosja jest oczywiście spadkobiercą ZSRR, tak jak RFN spadkobiercą III Rzeszy i tak jak Turcja Osmańska uważała się za sukcesora Bizancjum i Rzymu. Co Federacja Rosyjska odziedziczyła po ZSRR? Na pewno nie całe terytorium i ustrój, ale kadry, symbolikę i tradycje. Elitę polityczną nowej Rosji stworzyli głównie ludzie służb specjalnych, którzy dokonując odgórnej transformacji ustrojowej odrzucili oficjalną ideologię komunistyczną „jak niepotrzebną szmatę” i przyjęli w jej miejsce inny rodzaj materializmu. Sowiecką symbolikę oraz narrację historyczną połączyli z symboliką i narracją carską oraz emigracyjną. Możemy ich nazywać Sowietami – sam często to robię – ale moim zdaniem równie uprawnione jest nazywanie tego tworu „Rosją”.
Pisze Pan, że sowieccy przywódcy posługiwali się rosyjskim nacjonalizmem do umocnienia władzy. Owszem, ale ten „manewr” trwał nieprzerwanie od 1943 r. i przejawiał się również w działaniach wewnątrz imperium – kolonialnym podporządkowaniem krajów Europy Środkowo-Wschodniej i eliminowaniem niewygodnych przedstawicieli lokalnych kadr komunistycznych takich jak np. Edward Gierek, gdy tylko zbytnio chcieli się uniezależnić od Moskwy. Eliminowano również tych komunistycznych oficjeli, którzy przeciwstawiali się rusyfikacji republik ZSRR. Samo zaprowadzenie komunizmu w Rosji odbyło się zaś przy dużym poparciu samych Rosjan. Dwory same się nie spaliły. Opór przeciwko bolszewikom był najsilniejszy na obrzeżach dawnego imperium carów – na terenach etnicznie nie rosyjskich. Armii Czerwonej doradzali jak zgnieść Białych tacy carscy generałowie jak Brusiłow. Zresztą to carskie służby często hodowały sobie bolszewickich bandytów takich jak Stalin. Choć Józef Mackiewicz idealizował carską Rosję, to w sowietyzmie jest całkiem sporo rosyjskości, tak jak w nazizmie było całkiem sporo z niemieckiego ducha narodowego. Już Zygmunt Krasiński przewidywał w połowie XIX w., że komunizm sprzymierzy się z rosyjskim duchem narodowym.
Czym w zasadzie jest komunizm? To nie kraj, ani grupa społeczna, ani jednolita, zdyscyplinowana organizacja. To idea, to ustrój i to wreszcie (jak zauważał Leopold Tyrmand) forma cywilizacji. Mamy cywilizację liberalnego zachodu, mamy cywilizację islamską, mamy wreszcie cywilizację komunizmu. Historia komunizmu jest historią walk wewnętrznych. Walczyły ze sobą frakcje w partii i w bezpiece, walczył Stalin z Trockim, Tito ze Stalinem, Puławianie z Natolińczykami, Czerwoni Khmerzy z Wietnamem… Często te podziały szły wzdłuż granic etnicznych – tak było również w PRL.
Komunizm nie był też tworem, który wziął się znikąd. Zaistniał, został zainstalowany w Rosji, rozlał się po świecie, przetrwał kilkadziesiąt lat i zmutował się w postkomunizm dzięki olbrzymiej pomocy Zachodu. Wystarczy sięgnąć do książek Anthony’ego Suttona czy Pierre’a de Villemaresta, by poznać skalę tego wsparcia. Najlepszymi stronnikami komunizmu byli zawsze liberalni potentaci finansowi. Realizowali oni opisaną przez płka Anatolija Golicyna strategię rozwartych nożyc: jedno ostrze stanowił sowiecki komunizm, drugie zachodni globalizm. Komunizm nie był chorobą. Komunizm był objawem choroby: globalistycznego raka. Sowiecka Rosja musiała istnieć jako wielki straszak i narzędzie kreatywnej destrukcji. Nigdy nie pozwolono by jej wygrać starcia z Zachodem, bo od tego Zachodu była cały czas zależna.
I tu dochodzimy do kwestii zeszłorocznych wyborów prezydenckich w USA. Przekonuje Pan, że Rosji, Sowietom (czy jak tam nazwiemy tych yetisynów…) zależało na zwycięstwie Donalda Trumpa. Buduje Pan na tym swoje niezwykle karkołomne teorie dotyczące roli amerykańskie prezydenta w moskiewskiej strategii. Problem w tym, że opiera Pan je głównie na dezinformacjach, w których wyprodukowaniu wzięła udział Moskwa. Pański znajomy niesłychanie rozpisał się na temat tego, jak to rosyjscy hakerzy wykradli maile Narodowego Komitetu Demokratów (DNC). Tymczasem nowe dowody wskazują, że maile te nie zostały zhakowane, tylko zrzucone na pendrive’a przez kogoś mającego bezpośredni dostęp do serwera pocztowego.
Prawdopodobnie był to pracownik DNC Seth Rich, którego wiele źródeł wskazywało jako osobę, która przekazała maile DNC portalowi WikiLeaks. Rich później „popełnił samobójstwo”. W trakcie tego „samobójstwa” rzekomo strzelił do siebie dwukrotnie. Atak hakerski został sfingowany, zapewne za pomocą bazy informacji o sygnaturach hakerskich prowadzonej przez CIA.
Jedyny jak dotąd udowodniony przykład rosyjskiej ingerencji w amerykańską kampanię wyborczą – afera z Natalią Weselnicką – to prowokacja wymierzona w Trumpa. Prowokacja zmontowana wspólnie przez rosyjskie służby oraz powiązaną z Demokratami firmę Fusion GPS. To obamowski Departament Sprawiedliwości pozwolił Weselnickiej na prowadzenie lobbingu w USA na rzecz powiązanych z Kremlem mafiozów. Spotkanie z Weselnicką zostało wykorzystane jako pretekst do inwigilowania kampanii Trumpa przez obamowskie tajne służby.
Po co Rosja miałaby pomagać Trumpowi a szkodzić Hillary Clinton? Hillary była dla Putina wymarzoną kandydatką. Jej rola w katastrofalnym resecie z Rosją, arabskich rewolucjach, aferze Uranium One oraz w Chinagate oraz jej program mający prowadzić do przyspieszenia rozkładu USA, przemawiały za tym, by na nią stawiać. Protrumpowskie wypowiedzi kremlowskich oficjeli były częścią programu dezinformacji mającego przekonać niezdecydowanych wyborców, że Trump to „kandydat Kremla”. Trump zręcznie wziął udział w tej grze. Jak wyjaśnił mi pewien dobrze poinformowany Amerykanin: amerykańskie społeczeństwo było zmęczono bushowsko-obamowską polityką zagraniczną. Trump dla celów kampanii wyborczej odcinał się więc od tej polityki. A gdy obóz Hillary przedstawiał w ramach wyborczej szopki Rosję jako zło, zwykli Amerykanie zastanawiali się, czy Putin rzeczywiście jest taki zły jak go malują. Trump po prostu wykorzystał izolacjonistyczne nastroje, by dostać się do Białego Domu. A jak się w nim znalazł zaczął prowadzić politykę, która Kremlowi się nie może podobać. Otoczył się generałami o „jastrzębich” poglądach, dał wolną rękę Pentagonowi, uderza w energetyczne interesy Rosji, wzmacnia wojskową obecność USA w naszym regionie, zaostrza kurs wobec Korei Płn. i twardo negocjuje z Chinami, sięga po marginalizowanych przez Obamę sojuszników takich jak Izrael, Arabia Saudyjska czy Polska. W kraju ostro się zabrał za nielegalną imigrację i gangi. Owszem, Partia Republikańska w Kongresie i Głębokie Państwo sabotują jego politykę. Ale skoro sabotują, skoro go nienawidzą, to znaczy, że jest skuteczny i groźny. Do udzielenia poparcia Trumpowi przekonali mnie dobrzy amerykańscy antykomuniści zaczytujący się w tekstach Jeffa Nyquista, Anatolija Golicyna i Iona Mihaia Pacepy. Oni od dawna byli przekonani, że Trump zaatakuje oszukańczy system, który przez dziesięciolecia hodował sowietyzm.
Zarzuca Pan Trumpowi, że to dziwkarz i fałszywy konserwatysta. Może i tak, ale takie same zarzuty można by postawić również Ronaldowi Reaganowi, który przecież nie był ascetą w Hollywood a w latach 30-tych chciał wstąpić do Komunistycznej Partii USA. Życie seksualne Trumpa i jego biznesy mają niewielkie znacznie w porównaniu z zagrożeniem jakie stworzył dla systemu. Jest groźny, bo może przekreślić całą „golicynowską” strategię globalistycznych elit: wyłamać jedno z ostrz „rozwartych nożyc”. On chce, by USA znów była niezależną siłą a nie częścią liberalnej, globalistycznej rozgrywki. Trump nie działa tu oczywiście sam. On reprezentuje frondę w amerykańskim establishmencie. To tylko część imperialnej frakcji w USA, której znudziło się granie w grę wymyśloną sto kilkadziesiąt lat temu na nowojorskich i londyńskich salonach. Powinniśmy się cieszyć, że do takiego konfliktu doszło i w naszym interesie jest żeby ta rebelia mu się udała.
Make America Great Again!
Make Poland Great Again!
Foxmulder