Zamknij
Michał Bąkowski

Składany komunizm. Moskiewski pucz

19 sierpnia 2016 |Michał Bąkowski, Przybijanie kisielu do ściany
Źródło: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2016/08/19/skladany-komunizm-moskiewski-pucz/

volume-170816-1-1_small volume-170816-1-2_smallvolume-170816-1-3_small

19 sierpnia 1991 roku rozpoczął się w Moskwie trzydniowy spektakl bez precedensu. Niemal każdy szczegół przewrotu był zadziwiający. Pomimo rozlicznych twierdzeń, że samo wydarzenie nie było niespodzianką, zarówno zachodnie źródła jak obóz Jelcyna, musiały niechętnie przyznać, że nie było żadnych informacji zapowiadających pucz. Umknęło to uwagi zachodnich obserwatorów, musi więc być istotne. Historia dostarcza niezliczonych przykładów lekceważenia ostrzeżeń nadsyłanych przez wywiady, ale brak jakichkolwiek ostrzeżeń – jakichkolwiek informacji! – na temat przygotowań do wydarzenia takiej wagi, domaga się logicznego raczej niż historycznego wyjaśnienia. Logicznie rzecz biorąc są trzy możliwości:

  1. Wszystkie przygotowania były skutecznie owiane tajemnicą.

  2. Wszystkie wywiady zainteresowane rozwojem wypadków w Moskwie są do niczego.

  3. Nie było żadnych przygotowań.

Pierwsza możliwość zakłada wysoki stopień organizacji po stronie spiskowców, co – zważywszy późniejszy rozwój wypadków – wydaje się mało prawdopodobne. Druga z kolei, zważywszy wcześniejszy bieg historii, wydawałaby się bardzo prawdopodobna, gdyby nie fakt, że Jelcyn rzekomo także nie wiedział nic o przygotowaniach. Ponieważ Jelcyn powoływał się wielokrotnie na poparcie w wojsku, byłoby sensowne oczekiwać, że jego poplecznicy w armii czerwonej ostrzegą go przed akcją skierowaną ostensywnie przeciwko niemu. Zatem albo Jelcyn kłamał i wiedział o przygotowaniach, albo kłamał i nie miał poparcia w wojsku – albo trzecia możliwość jest słuszna.

Przedsięwzięcie przewrotu w największym kraju świata bez jakichkolwiek przygotowań do przejęcia władzy byłoby śmieszne, gdyby nie to, że odpowiadało idealnie obrazowi spiskowców, jako grupce pijaczków przepełnionych tęsknotą do dobrych starych czasów. Zaprawdę, tak kochali stare czasy, że zapomnieli o starych metodach. W swym podchmielonym entuzjazmie, ochoczo zapomnieli o istnieniu sprawnych oddziałów specnazu i o jednostkach omon, ćwiczonych na takie właśnie okazje, a w zamian użyli rekrutów i gwardii reprezentacyjnej dla „walki” z Jelcynem. Beztrosko nie pamiętali, że nie atakuje się budynków przy pomocy kolumn czołgów, zwłaszcza, gdy ma się do dyspozycji helikoptery. Radośnie zapomnieli przeciąć linie komunikacyjne przeciwników (prymitywna milicja chorwacka uczyniła to skutecznie i bez wahania, mając do czynienia z federalną armią Jugosławii). Mówi się nam, że spiskowcy błagali aresztowanego Gorbaczowa o audiencję, a on odmówił – bohaterski Gorbi. Warennikow, który ściśle rzecz biorąc, nie był jednym z „konspiratorów” poleciał jednak na Krym i spotkał się z Gorbaczowem. Gorbaczow utrzymuje do dziś, że odrzucił wszelkie żądania; Warennikow twierdzi, że Gorbi powiedział im, żeby „robili, co chcą”. Natomiast świadkowie (głównie oficerowie kgb z otoczenia Gorbaczowa) wspominają, że Warennikow był „wstrząśnięty i wyraźnie zdenerwowany” po rozmowie. Tymczasem „aresztowany przywódca” nie wykazywał żadnych oznak zdenerwowania. Wręcz przeciwnie, często chadzał sobie na plażę, by obnażyć w oczach zdumionej publiki kłamstwo swej rzekomej choroby – cwany Gorbi. (podaję za Daily Telegraph, 4.9.91)

Czy konspiratorzy, generałowie czerwonej armii i kgb, mogli zapomnieć aż tyle, podejmując się przewrotu? Wydaje się oczywiste, że musieli oczekiwać pomocy, inaczej bowiem podjęliby najbardziej elementarne środki ostrożności. W rzeczywistości jedynym, który mógł nakłonić spiskowców do działania, był sam Gorbaczow. Toteż przypuszczam, że kiedy szumnie nazwany „Komitet Państwowy” sformował się 19 sierpnia 1991 roku, to oczekiwał, że nieobecny członek wykona całą pracę. To by tłumaczyło tajemniczy brak przygotowań, ale jak wytłumaczyć, że brnęli dalej w idiotyzm puczu, pomimo że prędko musieli zrozumieć grozę swojej sytuacji? Obecność wśród nich Kriuczkowa i Pugo wyjaśniałaby i to. Szczerość, jeżeli wolno użyć takiego określenia w kontekście ludzi z kgb, tych dwóch spiskowców, jest co najmniej wątpliwa. W konsekwencji, zaproszenie Jawlińskiego, by był świadkiem aresztowania Pugo i cała ta dziwaczna historia o oddziale kagebistów, którzy dzwonią do jednego z przywódców spisku (Pugo był ministrem spraw wewnętrznych, czyli ich zwierzchnikiem) na chwilę przed aresztowaniem (podaję za: Reuters, 24.8.1991) – wszystko to razem z „samobójstwem” Pugo (większość samobójców nie zabija przedtem swoich żon, ale może Pugo nie lubił żony?), wydaje się co najmniej podejrzane.

Wiele wskazuje, że byliśmy świadkami przedstawienia. (Rzadkim przykładem odwagi w występowaniu przeciw utartym opiniom był felieton autora ukrywającego się pod pseudonimem Peter Simple w Sunday Telegraph z 25 sierpnia; nazwał on przewrót „a public relations exercise, a stage-managed charade” i „unconvincing show, as of badly rehearsed actors.”) Mieliśmy więc z jednej strony tchórzliwe pijaństwo stalinistów (w ciemnych barwach), a z drugiej, śmiałe i odważne przywództwo demokratów (w bieli, z uśmiechem na twarzy). Dobrze znane techniki budowania napięcia zostały wprowadzone w życie skutecznie, choć w niekonwencjonalny sposób. Na przykład, kolumna czołgów, poruszająca się bez końca ulicami Moskwy w kierunku Białego Domu, przypominała mi scenę masakry na schodach w Odessie w Pancerniku Potiomkinie, Eisenteina. Rolę montażysty przejęli zachodni korespondenci, którzy pocięli kawalkadę na drobne kawałki i skleili ją na nowo w cogodzinnych biuletynach radiowych. W filmie Eisenteina scena masakry trwa o wiele dłużej niż w rzeczywistości zajęłoby schodzenie oddziału po schodach, ale też Eisenstein był geniuszem. Ja sam (dokładnie tak jak widz na Potiomkinie), wsłuchany w biuletyny radiowe, czułem się, chcąc nie chcąc, wciągnięty w dramat oblężonych demokratów, świadomych powoli zbliżającej się zagłady. – W rzeczywistości zagłada nie nastąpiła, bo nigdy się nie zbliżała; czołgi nie dojechały, bo nie miały dojechać.

Były też w przedstawieniu elementy farsy, jak np. nawoływania Jelcyna zwrócone do żołnierzy, by porzucili „juntę”, które były transmitowane w państwowej telewizji. (Och, ci spiskowcy! Znowu zapomnieli! Wypili za dużo? Czy zjedli za mało?) Częste rozmowy telefoniczne oblężonego rzekomo Jelcyna, z prezydentem Bushem, nadawały już całemu przedstawieniu raczej surrealistycznego charakteru.

I tak doszło do tego, czego nie spodziewał się nawet Lenin. Tłumy na ulicach Moskwy, zamiast powiesić bolszewicką bandę na przydrożnej latarni (bo tego właśnie spodziewałby się Lenin), wspólnie z przywódcami demokratycznego świata domagały się przywrócenia komunisty do władzy, w ten sposób legitymizując władzę od zarania pozbawioną legitymacji. To dopiero było prawdziwe coup propagandowe. Zdelegalizowanie partii bolszewickiej, które nastąpiło wkrótce, było wyłącznie kosmetycznym zabiegiem, zważywszy istnienie paralelnych aparatów państwa i partii. Podział kgb na trzy odrębne agencje jest w tym kontekście przerażający. (Mamy tu bowiem powtórkę równoległych, pozornie skłóconych, systemów.)

Dobrze, ale musimy jednak być trochę bardziej samokrytyczni niż wyznawcy składanego komunizmu; w końcu cui bono nie jest bezbłędną i doskonałą metodą dowodzenia. Zatem, czy jest w ogóle możliwe wyreżyserowanie tak skomplikowanego łańcucha wydarzeń? Comedia dell’arte z udziałem mas?

Aby pokusić się o zorkiestrowanie tak wielkiego przedstawienia, trzeba po pierwsze pogodzić się z faktem, że nie wszystko da się poddać kontroli. Po drugie, trzeba stworzyć warunki, w których ludzie zachowują się w sposób choćby do jakiegoś stopnia przewidywalny. Trzeba wreszcie polegać na niewielkiej liczbie aktorów, którzy zgodzą się „grać” i ponieść tej gry konsekwencje.

Jak powszechnie wiadomo, zachowanie tzw. mas jest bardziej przewidywalne niż postępowanie jednostek. Dla przykładu, wielkie zgromadzenie ludzi skonfrontowane przez małą grupę zdeterminowanych i dobrze uzbrojonych napastników, najprawdopodobniej rozbiegnie się w panice. To samo zgromadzenie zachowa się inaczej wobec niezdecydowanych rekrutów – najprawdopodobniej „wykaże zdumiewającą odwagę”, nawet jeśli owi rekruci będą w czołgach. Zuchwałość tłumu jest zazwyczaj wprost proporcjonalna do niezdecydowania uzbrojonych oponentów. Nie zamierzam – dodam na wszelki wypadek – ośmieszać odwagi jednostek w takich sytuacjach. Potrzeba więcej niż „bigla”, żeby stać obok czołgu z ryczącym silnikiem (wiem coś o tym – zmykałem, gdzie pieprz rośnie!), a co dopiero, żeby wskoczyć na czołg i wyciągać siłą czołgistów. Jest jednak stosunkowo łatwiej o taką odwagę, gdy żołnierze zachowują się w taki sposób, jak ci na ulicach Moskwy.

W wypadku poszczególnych jednostek, przewidywalność ich postępowania, wydaje się być jakoś zależna od ich poziomu intelektualnego. To oczywiście dotyczyłoby niektórych spiskowców, ale nie tylko. Jeżeli otoczyć budynek czołgami, ale pozostawić okrążonym komunikację ze światem zewnętrznym, to da się przewidzieć z niejaką pewnością (niezależnie od inteligencji okrążonych), że wykorzystają tę łączność, by oznajmić światu swą niezłomność oraz, żeby zaapelować do żołnierzy wroga.

W ten sposób stworzona została scena. Teraz należało tylko znaleźć „gwiazdę”. Czy trzeba proroczego daru, by przewidzieć, że Borys Jelcyn będzie się bronił, kiedy go zaatakować? Że użyje wszelkich możliwych środków, by rozgłosić swój heroizm na cały świat? Że wreszcie skutecznie obroniwszy „demokrację w Rosji”, zostanie okrzyczany bohaterem na Zachodzie? To jest jasne, jeśli widzieć Jelcyna tylko jako nieświadomego wykonawcę. Ba, ale kto zaręczy, że gwiazdor nie miał wpływu na inscenizację? Wiele jest niebezpośrednich dowodów na bliską współpracę między Jelcynem a Gorbaczowem, np. historyjka Gorbaczowa o rzekomym podsłuchu kgb podczas rozmów pomiędzy nim, Jelcynem a Nazarbajewem; albo nieszczęsna wzmianka o podwójnej kontroli rezerw złota (por. The Times, 14.11.1991). Wedle rzeczników nowej sowietologii, zgoda na wspólną kontrolę rezerw (która była widziana jako jedna z nagród rzekomej walki o władzę), nie wyklucza samej walki o władzę. Jest to zapewne logicznie słuszne, niemniej jednak mało prawdopodobne, żeby rzekomi rywale, zgodziwszy się na podział kontroli rezerw, nie omówili także szerszego podziału władzy.

Niełatwe stosunki pomiędzy Gorbaczowem i Jelcynem wydają mi się raczej relacją równych, pełną osobistej animozji. Tego rodzaju relacja może się z łatwością przerodzić w walkę o władzę. Trzeba jednak pamiętać, że „Rosja” miała być przede wszystkim wehikułem, który miał wynieść Jelcyna na szczyt, co tylko bardziej zmąciło, i tak już mętne, wody rosyjskiej walki o zrzucenie komunizmu. W rzeczywistości bowiem, Jelcyn nie zniszczył wcale sowieckiego centrum; wręcz przeciwnie, zrobił wiele, by utrzymać je przy życiu. Idea „Wspólnoty Niepodległych Państw” jest tego znakomitym przykładem. Podobny projekt wysuwany był przez Gorbaczowa nie dalej jak w październiku 1991 roku; poprawka Jelcyna polegała wyłącznie na wykluczeniu Gorbaczowa. Jelcyn mówił jednak zupełnie wprost, że jego koncepcja miała „powstrzymać dezintegrację” związku.

Relacja między Gorbaczowem i Jelcynem wydaje się klasyczną sowiecką grą, jak np. Moczar-Gomułka, której używają, kiedykolwiek pragną stworzyć pozory walki o władzę, zagrożenia dla jedynie słusznej linii. W początkach swej kariery genseka, Gorbi zaangażowany był w „walkę o władzę” z tzw. „konserwatystą”, Ligaczowem, którego bezustanna krytyka reform uzasadniała rzekome trudności. Z „lewej” strony napadał na biednego Gorbiego nieprzewidywalny Jelcyn. Otoczony przez łajdaków, Gorbaczow był widziany jako jedyna nadzieja na przyszłość, a pierestrojka jako jedyna sensowna droga naprzód, zatem Zachód uczyniłby mądrze, popierając go. Prędko musiało się stać jasne, że aparat partyjny będzie się opierał przemianom sam z siebie, bez żadnej manipulacji, jak zresztą każdy establishment na świecie. W rezultacie, Ligaczow stał się zbędny, natomiast Jelcyn potrzebował bazy. W każdym państwie komunistycznym najprostszą drogą do popularności, jest wypowiedzenie krytyki pod adresem komunistycznej partii. Dramatyczny gest podarcia legitymacji partyjnej bardzo podniósł popularność Jelcyna, który w rezultacie wygrał prezydenckie wybory – niespotykany wypadek w historii komunizmu. Nie wystarczyło to jednak, by podnieść jego status na arenie międzynarodowej. Potrzeba było nadzwyczajnych wydarzeń, by stworzyć obraz Jelcyna jako „męża stanu”; status, którego tak jaskrawo mu odmówiono podczas wizyt w Stanach Zjednoczonych i w Strasburgu. Pucz bardzo tu się przydał.

Ale czy nie jest równie możliwe, że Jelcyn jest uczciwym człowiekiem i szczerze pragnie demokratyzacji Matki Rosji? Gdyby tak rzeczywiście było, to w moim głębokim przekonaniu byłby tylko pionkiem w rękach Gorbaczowa.

Krótkowzroczność zachodnich polityków i komentatorów jest, jak zwykle, podstawą sowieckiej strategii. Nie inaczej było podczas tzw. wschodnioeuropejskich rewolucji w 1989 roku. To co się działo wówczas, jest doskonałym przykładem dla unaocznienia, jak wydarzenia mogą być kształtowane w taki sposób, by „pasowały” do zachodniej wrażliwości.

Mieliśmy wówczas do czynienia z niezwykłym łańcuchem dramatycznych wydarzeń, który przyniósł w końcu „upadek komunizmu”. Komuniści zostali zmieceni, np. czeski premier oddał legitymację partyjną, a zachodnie media ogłosiły go „pierwszym nie-komunistycznym premierem Czechosłowacji od 40 lat”. Demokracja została przywrócona, np. 35% posłów w sejmie prl, zostało wybranych w „wolnych wyborach”. Kapitalizm był na ustach wszystkich, zwłaszcza na ustach aparatczyków, gdyż jako jedyni ludzie z pieniędzmi i z doświadczeniem, bardzo prędko zbierali plony prywatyzacji. Straszne policje polityczne poddane zostały reformom, czystkom i … pozostawione bez większych zmian, np. z 3051 oficerów SB w ministerstwie spraw wewnętrznych prlu, 2867 zostało zaakceptowanych do dalszej służby. (Tygodnik Powszechny, 26.8.90) Podobnie było w wojsku, w sądownictwie, a nawet do pewnego stopnia w środkach przekazu.

Najdziwniejszą cechą wspólną „rewolucji ‘89” był fakt, że wszystkie były rozpoczęte przez służby bezpieczeństwa. Tyle jest po temu dowodów, że wyznawcy nie mogli tego dłużej lekceważyć i wystąpili z odpowiednim „wyjaśnieniem”. Zaakceptowali oczywisty stan rzeczy, że Gorbaczow zapoczątkował przemiany dla swych własnych celów, prawdopodobnie dla przyspieszenia pierestrojki, ale raz rozpoczęte, wydarzenia wyrwały się spod kontroli, czego wyniki mają być najlepszym dowodem: czyż można sobie wyobrazić, żeby Moskwa planowała utratę kontroli nad Europą Wschodnią? – zapytają retorycznie wyznawcy.

W rzeczywistości jednak, w wyniku „rewolucji” ex-komuniści wraz z ex-poputczikami zagarnęli wszystkie istotne ośrodki władzy, podczas gdy narody świętowały wyzwolenie. Wszelkie ślady autentycznego anty-komunizmu były z miejsca uciszone przez głośną retorykę ludzi takich jak Havel czy Wałęsa, czy Michnik. Zachód zadziwiony prędkością przemian, z radością zaakceptował koncepcję „wspólnego europejskiego domu”. Z punktu widzenia sowieckich strategów, sukces był tak znaczący, że należało jak najprędzej powtórzyć całą operację w samych sowietach.

Jeszcze raz, spróbujmy jednak dać kredyt wyznawcom, gdzie im się wcale żaden kredyt nie należy; spróbujmy wziąć ich wyjaśnienie za dobrą monetę. Przyjmijmy, że wydarzenia wyrwały się spod kontroli tych, którzy je z taką zuchwałością rozpoczęli, że rozwój wypadków we wschodniej Europie przybrał zły obrót z punktu widzenia kgb. Przyjmując to za dobrą monetę, akceptujemy, że służby bezpieczeństwa miały jakiś plan, miały środki do jego przeprowadzenia, miały konieczną wizję, by podjąć się aranżowania wypadków na ogromną skalę (w co najmniej pięciu różnych krajach, prawie jednocześnie), ale nie miały żadnych planów, na wypadek niepowodzenia, na wypadek, gdyby rozpętane siły „wyrwały im się spod kontroli”. Co więcej, gdy utracili kontrolę w jednym kraju, rozpoczynali podobną akcję w następnym. Samobójcy? „Nie! Po prostu utracili wiarę w ideologię i chcieli dać szansę demokracji”, brzmieć by mogła odpowiedź wyznawców. Zważywszy jednak globalne znaczenie całej operacji, musiała ona być nadzorowana przez szefa kgb, Władymira Kriuczkowa. Jeśli i on pokochał serdecznie demokrację, bo utracił wiarę w ideologię, tak jak jego wschodnioeuropejscy towarzysze, to jego moskiewski pucz musiał być tylko grą! – a w to zdaje się nikt nie chce wierzyć. Oto dokąd prowadzi logika wyznawców koncepcji składanego komunizmu. Kriuczkow nie był jednak ani „demokratą”, ani „konserwatystą”, ani „liberałem”, „betonem” czy jakkolwiek go jeszcze chrzczono – był komunistą wysokiej rangi i jako taki, służył długoterminowemu celowi komunizmu. Wszystkie jego akcje podporządkowane były temu celowi, a akcje ostatnich lat przygotować miały grunt dla ostatniego etapu wieloletniego planu.

Tymczasem ogromna większość obserwatorów chciała widzieć w moskiewskim przewrocie „zemstę betonu” za utratę wschodniej Europy. Skoro jednak Kriuczkow uwikłany był w obu wydarzeniach, to czy mścił się na sobie samym? Jeżeli wydarzenia wymknęły mu się z rąk w 1989 roku (a taka jest hipoteza wyznawców), to czy zdecydowałby się na kolejny dramatyczny krok w tym samym stylu?

Dla wyznawców, to wszystko nie ma jednak żadnego znaczenia: że komunizm upadł, każdy widzi. Czy Kriuczkow jest sfrustrowanym demokratą, czy samobójczym autokratą? – Kogóż to może obchodzić?!

Jest ni mniej, ni więcej, tylko głupotą, uważać wroga za głupca. Napoleon wygrał bitwę pod Marengo, ponieważ postępował tak, jakby austriacki generał, Melas, był Napoleonem; podczas gdy Melas, nie przypisywał swemu przeciwnikowi zdolności większych, niż jego własne, Melasa.

Jest takie powiedzenie: można oszukać niektórych ludzi za każdym razem i można oszukać wszystkich, niekiedy; ale nie można oszukać wszystkich ludzi za każdym razem. Trzeba prawdziwego geniuszu, by nabrać cały świat – ani Gorbaczow, ani Jelcyn, nie wyglądali nigdy na geniuszów. Jakkolwiek zgrabnie by postępowali, nie byli bezbłędni. Łatwo przecenić ich zdolności, a nie docenić Metody, którą się tak dobrze posługują. Źródło ich siły leży na Zachodzie, gdzie nie ma ani woli, ani wiedzy, by zakwestionować powszechnie przyjętą wykładnię wydarzeń. Jednostki wyrażające wątpliwości – jak wspomniany już Peter Simple – są prędko zepchnięte na margines i uciszone.

Język angielski ma piękne określenie na sytuację, w której ktoś jest nabijany w butelkę: to be taken for a ride. „Być wziętym na przejażdżkę.” Dokąd wiedzie ta przejażdżka? Do wycofania się Ameryki z Europy, do stworzenia Stanów Zjednoczonych Europy, które staną się łatwym kąskiem dla sowietów – o, pardon! dla Federalnego Związku Rad. Nie ma potrzeby, by armia czerwona miała maszerować do Portugalii czy Danii – to kawał drogi. Politycy europejscy sami oddadzą swe kraje do wspólnego europejskiego więzienia narodów, rozciągającego się od Pacyfiku po Atlantyk.

Kto nie chce znać historii, skazany jest na błędy, których mógłby uniknąć.

____

W 25 rocznicę puczu publikujemy polską wersję artykułu opublikowanego w skrócie w styczniu 1992 roku w Soviet Analyst, Volume 21, Number 3

Źródło:
Adres artykułu: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2016/08/19/skladany-komunizm-moskiewski-pucz/
Kategorie: Michał Bąkowski, Przybijanie kisielu do ściany
Zamknij
 |  https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2016/08/19/skladany-komunizm-moskiewski-pucz/