Sowiecka strategia dzisiaj. Glossa do dyskusji
Mój artykuł o współczesnej sowieckiej strategii i taktyce wywołał niezwykle żywą dyskusję na ten temat – nie tylko replikę Pana Michała Bąkowskiego, ale i niezwykle cenne komentarze PT. Amalryka i Andrzeja Dajewskiego.
Protokół rozbieżności
Zgoda pomiędzy moją skromną osobą, a Panem Michałem jest co do jednej, zasadniczej kwestii, którą pozwolę sobie wyrazić cytatem z artykułu Pana Michała:
(…) wszystkie elementy działań kliki Putina mają swój pierwowzór w działalności i pismach kliki ojców bolszewizmu.
Celem moich tekstów jest rozwinięcie i uzupełnienie tez Pana Michała. W tekście pod tytułem „Sowiecka strategia dzisiaj” próbowałem wykazać między innymi, że tzw. „projekt eurazjatycki”, realizowany przez ekipę Putina (ale wcześniej Jelcyna i Primakowa – miejmy to na uwadze!) oraz wierchuszkę KPChL stanowi współczesną inkarnację pomysłów Lenina, Stalina i Trockiego, które polegały na stworzeniu systemu sojuszy, federacji i bloków, mających zrealizować bolszewicki cel opanowania świata. Próbowałem wykazać, że praktyczną realizacją tego projektu są sojusze, bloki i organizacje takie, jak współpraca bilateralna ChRL i Rosji Sowieckiej, Szanghajska Organizacja Współpracy, Organizacja Układu Bezpieczeństwa Zbiorowego, BRICS, Alternatywa Bolivariańska itd.
W tym punkcie pojawia się pierwsza rozbieżność: Pan Michał zarzuca mi, jakobym za dużą uwagę poświęcał oficjalnym sojuszom:
Polityka globalna musi być wielostronna i wielokierunkowa, inaczej nie byłaby globalna. Pan Jaszczur zarzuca mi, że pominąłem koncepcję „świata wielobiegunowego”, całego mrowia organizacji i stowarzyszeń takich jak brics, cribs czy pricks. Ale po pierwsze, nie to było przedmiotem moich rozważań, a po drugie, nie przywiązywałbym aż tak wielkiej wagi do rozmaitych układów, umów, organizacji współpracy i wielostronnych traktatów uroczyście podpisywanych przez sowieciarzy. Nie są one warte atramentu wylanego na sygnatury sowieckich aparatczyków i ich poputczików. Podpisanie przez Putina układu o wzajemnej pomocy, może równie dobrze oznaczać zbliżenie jak oddalenie; może oznaczać, że Kreml pragnie przykuć uwagę analityków do jednego aspektu swej działalności albo odwrócić ich uwagę od wydarzeń w innej części globu. Pierwsze wrażenia mylą, a w sowieckim świecie są zazwyczaj stworzone z myślą, by zwodzić.
Kontynuację znajdujemy w komentarzu pod moim tekstem:
(…) mam wrażenie – ale może mnie Pan poprawi – że przecenia Pan wagę formalnych układów, traktatów, porozumień. One nigdy nie miały i nadal nie mają dla sowieciarzy większego znaczenia. Albo inaczej: traktaty także odgrywają swoją rolę, ale inną niż ich treść mogłaby sugerować. Tajne porozumienia, te o których dowiadujemy się po latach, te owszem, mają znaczenie. Tylko że niezwykle trudno czegoś się o nich dowiedzieć.
Zapewne jest tak, że twory w rodzaju SCO, OUBZ czy BRICS, Nowego Jedwabnego Szlaku i Eurazjatyckiej Wspólnoty Gospodarczej wpisują się w strategię podstępu i szeroko pojętej dezinformacji. Wyżej wymienione organizacje mogą realizować zadania i cele pozastatutowe, inne niż oficjalnie deklarowane. Być może jest tak, że twory te powołano do życia w takim samym celu, dla którego stworzono dawniejsze „wielkie budowle socjalizmu”, na czele z „Car-Bombą”, wahadłowcem „Buran” czy Ładą Samarą – mianowicie szok i zadziwienie obserwatora. Pan Michał Bąkowski ma też niewątpliwie rację twierdząc, że umowy i ustalenia niejawne mają o wiele większe znaczenie niż umowy, traktaty, układy czy organizacje międzypaństwowe, o których mówi się w mediach czy w politologicznych analizach. Ale patrząc nawet z tej strony, nietrudno dojść do konkluzji, że właśnie oficjalne spotkania na różnych szczeblach czy organizacje międzypaństwowe różnego typu to dla bolszewickich przywódców grunt, na którym można podejmować ustalenia i decyzje tajne, zakulisowe. Ponadto, jeżeli istnienie organizacji i bloków, sygnowanie umów oraz traktatów miałoby służyć zupełnie innym niż deklarowane celom i oznaczać „oddalenie”, to paradoksalnie świadczy to właśnie o koordynacji polityki państw rządzonych przez bolszewików.
Dalej, Pan Michał zarzuca mi, jakobym nadużywał terminu „świat wielobiegunowy” w odniesieniu do bolszewickich projektów geostrategicznych:
(…) Czy wszakże słuszne jest twierdzenie o tworzeniu świata wielobiegunowego jako strategicznego celu sowieciarzy? Tego rodzaju pluralizm biegunów nie jest bolszewickim ideałem. „Świat wielobiegunowy” to po prostu polityczna mapa świata taka, jakim świat jest. W całej historii ludzkości, pluralizm celów i interesów różnych grup ludzkich, stwarzał „wielobiegunowość”, którą wszystkie imperia chciały zawsze zniszczyć. Wielobiegunowa była Hellada walczących ze sobą polis, ale do czasu aż nie zjednoczył jej macedoński but. Wielobiegunowy był basen śródziemnomorski, aż jednostajny krok legionów rzymskich nie położył kresu pluralistycznym mrzonkom. Sowieciarze raczej nie stoją po stronie pluralizmu.
Wielokrotnie przytaczałem tu koncepcję przyszłości naszkicowaną przez Orwella w Roku 1984. Trzy bieguny świata wyznaczone są przez trzy mega-państwa: Eurazję, Azję Wschodnią i Oceanię, które odpowiadają mniej więcej sowietom, chrl i Ameryce. Te trzy państwa są identyczne z natury, równie totalitarne i równie monolityczne. Znajdują się w bezustannym, choć pozornym konflikcie o sporne terytoria w Afryce. Jeśli to ma być wielobiegunowość, to mogę się z tym zgodzić jako strategicznym planem sowieckim. Ale czy to właśnie miał na myśli p. Jaszczur? To raz. A po drugie, termin „wielobiegunowość” zastosowany do tak zuniformizowanych imperiów wydaje mi się nadużyciem.
Faktycznie, nadużywałem terminu wziętego z neobolszewickiej strategii i jej otoczki propagandowo-dezinformacyjnej. Ale wielokrotnie – nie tylko w tekstach pisanych dla Wydawnictwa Podziemnego – pisałem o tym, co tak naprawdę oznacza ten używany przez Duginów, Putinów i chińskich bolszewików termin. Jest to klasyczny przykład współczesnej bolszewickiej propagandy, manipulacji, dezinformacji, a wręcz ordynarnego kłamstwa, które zniekształcają pierwotne znaczenie słów. Oznacza on de facto jednobiegunowy świat pod bolszewickim butem, świat pod wspólną kontrolą pekińskich i moskiewskich bolszewików, przy udziale ich mniejszych sojuszników oraz wasali.
Co się zaś tyczy prognoz Orwella, podobne koncepcje podziału świata mają współcześni sowieccy stratedzy, na czele z Aleksandrem Duginem oraz Siergiejem Karaganowem, o których i ja wielokrotnie wspominałem. Dugin proponuje podział świata na „wielkie przestrzenie”, odpowiadające mniej więcej granicom poszczególnych kontynentów albo granicom stref wpływów historycznych wielkich mocarstw: „pan-eurazjatycką”, „afrykańską”, „pan-arabską”, „indyjską”, „pacyficzną”, „amerykańską”. Dominującą „wielką przestrzenią”, dominującym blokiem ma być wg Dugina przestrzeń eurazjatycka, pod wodzą osi Berlin-Moskwa-Pekin, natomiast strefa „amerykańska” obejmowałaby kontynentalne USA oraz cześć Atlantyku i Pacyfiku. Karaganow proponuje zaś zjednoczenie Unii Europejskiej i Rosji Sowieckiej (wraz z „bliską zagranicą”) w Związek Europejski, który miałby wejść w skład rządzącego całym globem „Dyrektoriatu Światowego”, wraz z ChRL i USA. W swoich najnowszych publikacjach, Karaganow postuluje integrację Szanghajskiej Organizacji Współpracy, OUBZ, UE i „Nowego Jedwabnego Szlaku” w ramach „Wielkiej Eurazji”. Owszem, globalne koncepcje Dugina i Karaganowa, przewidziane bardzo precyzyjnie przez Orwella, są strategicznym planem Sowietów, są też konsekwentnie realizowane.
Kolejną rozbieżnością jest nasze spojrzenie na to, co dzieje się od końca roku 2013 na Ukrainie.
Pan Michał słusznie twierdzi, że rewolucja w tym kraju oraz „wojna hybrydowa”, którą rozpoczęli sowieci, jeszcze zanim na ulicach Kijowa i wielu innych ukraińskich miast opadł bitewny pył, są elementami sowieckiej operacji. „Mówimy o sowieckiej Ukrainie” – pisze Pan Michał, co doskonale opisali Jurij Felsztyński i Michaił Stanczew w książce „Trzecia wojna światowa. Bitwa o Ukrainę”. Wielu działaczy i polityków, którzy dostali się na stołki w wyniku rewolucji na przełomie lat 2013/14 to ludzie z bliższego lub dalszego otoczenia Kuczmy, Juszczenki, Tymoszenko i Janukowycza, uwikłanych w proces utrzymywania Ukrainy w moskiewskiej strefie wpływów, z afiliacjami z KGB, FSB, GRU czy gangsterami od Putina. Aneksja Krymu przez Rosję Sowiecką okazała, ilu jest w ukraińskich siłach zbrojnych patriotów. Patriotów sowieckich, którzy maszerują ze sztandarem z sierpem i młotem w kierunku strzelających do nich sołdatów. Janukowycz uciekł do Rosji Sowieckiej (gdy technicznie możliwe było schwytanie go), nadal nieosądzeni są ludzie odpowiedzialni za zbrodnie na Majdanie, nadal swobodę działalności politycznej ma chociażby niejaki Wiktor Medwedczuk – najbardziej chyba prosowiecki polityk Ukrainy, człowiek Putina (jest on ojcem chrzestnym córki Medwedczuka).
Pan Michał twierdzi, że sowieci przewidzieli i wliczyli w koszta operacji również opór Ukraińców:
Ktokolwiek zatem pragnie wywołać chaos, z góry musi się zgodzić na to, że „ochotnicze bataliony ukraińskie realnie walczyć będą z sowieckimi sołdatami”. I cóż stąd? A czyż to pierwszy raz coś takiego się dzieje w obrębie sowieckiej prowokacji? Sowieciarze zawsze pragną wykorzystać swych najbardziej zaciętych wrogów dla swoich własnych celów. Najbardziej znanym przykładem takiego postępowania był Hitler, ale na zupełnie innym planie, nie inaczej miała się sprawa z Sołżenicynem.
Otóż jestem w stanie zgodzić się z taką interpretacją, z tym jednak zastrzeżeniem, że tego rodzaju prowokacje mogą całkowicie wymknąć się spod kontroli. Nawet jeśli ukraińska rewolucja była zainspirowana, lub na jakimś etapie przejęta przez sowieckich prowokatorów, Ukraina ma nowy mit niepodległościowy – „Niebiańską Sotnię” i „dobrowolców” walczących z sowieckimi terrorystami w Donbasie. Poza tym, wydarzenia te mogą zapoczątkować sekwencję, która doprowadzi do zrzucenia przez Ukrainę sowieckiego jarzma.
A na czym – pyta Pan Michał – polegały sowieckie plany od A do Z wobec wydarzeń na Ukrainie? Owszem, poruszamy się przy tym w sferze mglistych spekulacji, a patrząc z perspektywy już dwóch lat – historii kontrfaktycznej. Całkiem możliwe, że kremlowscy czekiści rozważali otwartą interwencję wojskową na Ukrainie w obronie rządów Janukowycza.
Spór o izolacjonizm amerykański
Najwyraźniej nie porozumieliśmy się co do pojęcia, czy raczej ujęcia amerykańskiego izolacjonizmu. Pan Michał uważa izolacjonizm za nurt niejako metapolityczny:
Jest to [izolacjonizm] raczej podskórny prąd przebiegający przez tę kulturę. Ameryka jest ogromnym, potencjalnie samowystarczalnym semi-kontynentem, który doskonale może sobie poradzić bez angażowania się w sprawy świata. Izolacjonizm pozostaje więc naturalną pozycją dla dużej części tego społeczeństwa; dla ludzi, którzy nigdy świata poza Ameryką nie widzieli, ani widzieć nie chcą, nic o tym świecie nie wiedzą, ani wiedzieć nie chcą.
I na tym poziomie nie będę się z P. Michałem kłócił.
Ja zaś miałem na myśli izolacjonizm jako teorię i praktykę stricte polityczną – dominujące modus operandi amerykańskiej polityki zagranicznej od czasu uzyskania niepodległości, które uległo erozji i atrofii w miarę zyskiwania przez USA statusu imperium, zatopione wraz z Lusitanią, a dobite ostatecznie w Pearl Harbour przez japońskie Mitsubishi Zero. Obecnie, postulaty wycofania się USA z polityki światowej zgłaszane są z pełną powagą jedynie przez tzw. „trzecie partie” i kandydatów na urząd prezydenta z nich się wywodzących: Partię Reform, Partię Libertariańską, Patricka J. Buchanana, Rona i Randa Paul’ów.
Można jednakowoż doszukiwać się elementów izolacjonizmu (rozumianego jako doktryna polityki zagranicznej) w polityce prowadzonej od 2008 roku przez administrację prezydenta Baracka Obamy – z grubsza chodzi o osłabianie potencjału polityczno-wojskowego Stanów Zjednoczonych, wycofywanie się z coraz to kolejnych amerykańskich stref wpływu i „reset” w relacjach z Rosją Sowiecką, komunistycznymi Chinami, Iranem, Kubą i innymi kochającymi pokój państwami.
Polityka „resetu” Obamy jest de facto wdrażaniem sowieckiej strategii autorstwa Dugina, Karaganowa i Putina, tyle, że dokonywanym rękami Amerykanów. Skutkiem wycofania się Amerykanów z Iraku i Afganistanu jest oddanie tego rejonu na pastwę islamistów, a w dalszej perspektywie – Moskwy i Pekinu. Skutkiem zaś częściowego wycofywania się Amerykanów z Europy jest wzmocnienie Niemiec, w polityce których predominowało dążenie do utworzenia sojuszu z sowietami. Nieprzypadkowo to właśnie za obu kadencji Obamy, Rosja Sowiecka prowadzi coraz bardziej agresywną politykę, zarówno „u siebie”, jak i wobec świata zewnętrznego. To między innymi dzięki „resetowi” administracji Obamy, czerwone Chiny coraz bardziej rozpychają się w rejonie Zachodniego Pacyfiku.
Teatry ukrytej wojny światowej
Na szczęście elity amerykańskie nie składają się jedynie z sowieckich agentów wpływu i lobbystów, lewackich globalistów czy użytecznych idiotów. Amerykańskie elity kiedyś będą musiały zmierzyć się z połączonym zagrożeniem sowieckim, chrlowskim i islamskim.
Ale wydaje się, że wywołanie przez ChRL wojny o panowanie nad Pacyfikiem Zachodnim – o czym pisze chociażby Amalryk w komentarzu pod moim poprzednim tekstem – jest scenariuszem dość odległym. Chińska marynarka wojenna nie dysponuje póki co środkami mogącymi przełamać dominację US Navy na oceanach i w powietrzu.
Kolejny etap sowieckiej strategii rozgrywa się na Bliskim Wschodzie i w Europie. Największym beneficjentem i jednocześnie najbardziej znaczącym „czynnikiem sprawczym” okrutnej wojny domowej w Syrii, powstania Dawla al Islamiya i tzw. „kryzysu imigracyjnego” w Europie jest Rosja Sowiecka. Jakie cele może osiągnąć Moskwa poprzez sterowanie bliskowschodnią wojną, której szrapnele godzą w Europę? Częściowo opisał to na łamach Wydawnictwa Podziemnego Andriej Nawrozow. Celem czekistowskiego dyktatora jest sprawienie wrażenia, że to on jest jedynym obrońcą Zachodu przed islamskim ekstremizmem w sytuacji, gdy Zachód, w tym USA, nie są w stanie podjąć zdecydowanych działań. Ważne z perspektywy Moskwy jest też po prostu opanowanie Bliskiego Wschodu: wzmocnienie obecności polityczno-wojskowej w regionie dającym dostęp do Morza Śródziemnego i dalej, do Atlantyku i Oceanu Indyjskiego (poprzez sprowokowanie „planowanego chaosu”) oraz – szczególnie w bieżącej sytuacji na rynkach naftowych – położenie ręki na złożach tego surowca, co wydaje się zupełnie pomijane przez resztę analityków. Kolejna kwestia to gorejący irańsko-saudyjski (szyicko-sunnicki) konflikt zbrojny i to, czy Kreml opowie się po którejś ze stron, czy dalej będzie grał rolę „mediatora” i „rozjemcy”.
Drugim – można powiedzieć, że równoległym – celem sowieckiego udziału w bliskowschodniej wojnie jest Europa. Trwanie i ekspansja Islamskiego Kalifatu (swoją drogą, dewiza IS brzmi „Trwać i rozwijać się”, co jest jednym z dowodów na bolszewicki charakter tego tworu), dalece bardziej radykalnego, antyzachodniego i antychrześcijańskiego niż poprzedniczka, Al Kaida oraz zalew Europy milionowymi strumieniami „nachodźców” to ostatnia faza sekwencji wydarzeń prowadzących do islamskiego powstania w krajach europejskich i „bałkanizacji” Europy Zachodniej, prognozowanych zresztą od lat. Kiedy już dojdzie do tego, to nie kto inny, tylko Rosja Sowiecka zostanie „zaproszona” do udzielania pogrążonej w wojnie Europie pomocy. Klimat propagandowy i dezinformacyjny, sprzyjający Rosji Sowieckiej (i czerwonym Chinom) trwa na Zachodzie od dawna.