„Nudis verbis” Aleksandra Ściosa
O rzetelność metod publicystycznych
Aleksander Ścios kontynuuje swój cykl, który z pewnością przerodzi się w książkę, pt. „Nudis verbis”. Tytuł jest zapożyczony od Józefa Mackiewicza, o czym zresztą Ścios lojalnie informuje swoich czytelników. W trzeciej już części opublikowanej niedawno („Nudis verbis” 3 – Perspektywy) autor przytacza fragmenty „Zwycięstwa prowokacji” i konkluduje, że „stosunek państw ‘wolnego świata’ do putinowskiej Rosji jest projekcją tych samych błędów, jakie popełniali twórcy ładu jałtańskiego”. Jakże słuszne słowa!
Na niniejszej witrynie dawaliśmy wielokrotnie wyraz przekonaniu, że nie mają racji ci wielbiciele pisarstwa Mackiewicza – zazwyczaj określamy ich mianem „mackiewiczologów” – którzy widzą w nim pisarza li tylko historycznego. Traktują go jako przedmiot badań literackich oraz ciekawe źródło rewizjonistycznej historiozofii, rzucające odmienne światło na konkretne wydarzenia z przeszłości. Naszym zdaniem – jeżeli wolno mi, drogi Darku, użyć tu liczby mnogiej w dosłownym sensie, a nie w formie pluralis maiestatis – Mackiewicz pisze o żywej współczesności. Zjawiska, które obserwował i opisywał z rzadką precyzją, uległy pogłębieniu i upowszechnieniu w ciągu trzydziestu lat, które upłynęły od jego śmierci; najważniejszym z tych zjawisk jest zupełna i uniwersalna ślepota na prawdziwy stan rzeczy. Muszę podkreślić, że mówię nie o analogii, ale o aktualnym, ścisłym opisie dzisiejszej rzeczywistości politycznej.
Ku mojemu wielkiemu zadowoleniu, Ścios zdaje się podobnie widzieć ważność Mackiewicza, toteż nie zatrzymuje się przy jałowej krytyce „światłych Europejczyków”, ale zabiera się od razu za rodaków.
Przez półwiecze okupacji sowieckiej przekonywano Polaków, że Rosja jest światowym hegemonem, a jej polityczna i militarna obecność wytycza granicę nieprzekraczalną dla polskich aspiracji[.] Zaszczepiany przez dziesięciolecia lęk przez Sowietami miał tłumić dążenia niepodległościowe i sprawić, że wszelkie koncepcje istnienia Niepodległej będą musiały uwzględniać interes rosyjski. Ze straszaka „konfliktu z Rosją” namiestnicy PRL-u uczynili podstawowy element indoktrynacji społeczeństwa i główny paralizator naszych aspiracji.
Hmm, tego o „tłumieniu dążeń niepodległościowych” i „uwzględnianiu interesów rosyjskich” autor nie zaczerpnął od Józefa Mackiewicza, ale przyjmijmy, że być może Ścios usiłuje tylko przedstawić, jak w jego rozumieniu wyglądała prlowska indoktrynacja. Oczywiście trudno się z taką interpretacją zgodzić, bo o żadnym „konflikcie z Rosją” nie było w prlu mowy i nie wiem doprawdy, w jakim towarzystwie musiałby się Ścios obracać, żeby jego „aspiracje” mogły być realistycznie „sparaliżowane straszakiem konfliktu z Rosją”. I wreszcie jakie prlowskie „koncepcje istnienia Niepodległej” ma tu Ścios na myśli? Jest to fragment zaiste tak niedorzeczny, że po przeczytaniu, musiałem zmienić aptekę, jak mi doradził towarzysz podziemnej niedoli, bo osłupienie nie służy zdrowiu. Niestety, im dalej w las tym więcej drzew, i przestaję już rozumieć, co dokładnie Ścios próbuje powiedzieć.
Ludzie, którzy po lekturze „Nudis verbis” zadaliby idiotyczne pytanie – czy autor chciałby wepchnąć Polskę w stan wojny z Rosją, są skończonymi ofiarami tej niewolniczej, sowieckiej mentalności. Nie może dziwić, że nie ma w niej miejsca na antyrosyjskość i antykomunizm – dwa filary polskiej racji stanu.
W pierwszej chwili nie byłem pewien, czy Ścios mówi o Mackiewiczu, czy też o sobie samym w trzeciej osobie liczby pojedynczej (jak mają w zwyczaju czynić wielcy ludzie). O którym „Nudis verbis” tu mowa? Ale teraz mam wrażenie, iż konfuzja jest celowa i najbardziej przekonują mnie o tym owe rzekome „dwa filary polskiej racji stanu: antyrosyjskość i antykomunizm”. Ścios podpiera się Mackiewiczem, podpiera się cudzym autorytetem, dla wzmocnienia swoich tez, ale ma na myśli tylko i wyłącznie swoje własne „nudis verbis”. Nie interesuje go rzeczywistość polityczna wokół, ani z pewnością nie zajmuje go Józef Mackiewicz.
Dalszy ciąg artykułu wypełniony jest pięknymi słowami o Prawie i Sprawiedliwości, i przejęciu przez nie władzy; ciemnymi i nabrzmiałymi osobistą goryczą słowami o odrzuceniu („myśli z ‘Nudis verbis’ spotykają się z negacją lub ze zdziwieniem”) oraz zupełnie już niezrozumiałymi słowami na temat dyktatów (głównie z Brukseli, Berlina i Moskwy). Czy to ma coś wspólnego z Józefem Mackiewiczem? Nic. Poza tytułem.
Czy Ścios ma prawo zapożyczyć tytuł swego cyklu z klasycznego i fundamentalnego dla Mackiewicza artykułu? Ma prawo. Czyżby nie miał prawa zaprzęgać publicystyki sprzed 70 lat do swoich dzisiejszych potrzeb. Nie tylko ma prawo, ale jest to wręcz pożądane, wskazuje bowiem na nieprzemijającą aktualność tej publicystyki. A czyż nie ma prawa interpretować „Nudis verbis” (i nie tylko, bo czerpie także z innych artykułów i książek Mackiewicza), czyż nie ma prawa interpretować Mackiewicza inaczej niż ja bym go interpretował? Ma prawo. Więc w czym rzecz?
Wielki Św. Augustyn sformułował był kiedyś następującą zasadę: każda interpretacja tekstu jest uprawniona tak długo, jak nie jest z tym tekstem sprzeczna. Mam wrażenie, że Aleksander Ścios sprzeciwia się tej zasadzie, a w każdym razie nie pozostaje w zgodzie z nią, gdy chodzi o interpretację Mackiewicza. Spróbuję to pokazać poniżej, posługując się zaledwie jednym, w miarę krótkim listem do redakcji Kultury, który uznany być może za kwintesencję myślenia Mackiewiczowskiego, ale także za wzór jasności wyrażania myśli.
Józef Mackiewicz był jednoznaczny i bezkompromisowy w swoich twierdzeniach.
Nie ma żadnej państwowej polityki zagranicznej Związku Radzieckiego, jest tylko globalna polityka międzynarodowego komunizmu; nie ma żadnej Polski Ludowej, jest tylko, pod tą nazwą, część składowa wszechświatowego systemu komunistycznego; nie ma żadnej „własnej drogi do socjalizmu”, jest tylko leninowski kamuflaż dla skuteczniejszego scementowania tego systemu.
Nie ma tu żadnego lawirowania. Nie ma nic o „polskiej racji stanu”, bo każda raison d’état podlega dyskusji. Nie ma rzecz jasna mowy o żadnej „antyrosyjskości”, po prostu dlatego, że negatywne nastawienie do jakiegokolwiek narodu jest dziecinadą, z którą z kolei nie można sensownie dyskutować; jest sprowadzaniem myśli politycznej do poziomu piaskownicy.
Namacalnym sprawdzianem prawdziwego stanu rzeczy jest dziś centralnie kierowane parcie komunizmu od Laosu do Berlina, od Korei do Iraku czy Albanii, od Pakistanu do Finlandii. Juliusz Mieroszewski namawia mnie, bym na tę prawdę zamykał oczy, ponieważ wszyscy na nią zamykają oczy. Jego zdaniem nie istnieje realna możliwość uprawiania innej polityki, poza tą, jakiej chcą wszyscy. Osobiście nie uprawiam żadnej polityki; ponieważ nie zamierzam jednak w biały dzień zamykać oczu, przeto pozwalam sobie twierdzić, że tzw. „realna” polityka typu XIX i początków XX wieku w stosunku do Rosji, z chwilą, gdy na jej miejscu powstał Związek Radziecki, a zwłaszcza po drugiej wojnie, gdy zamiast Związku Radzieckiego mamy już do czynienia ze światowym systemem komunistycznym – jest właśnie najbardziej nierealna, bez względu na to, czy uprawiają ją wszyscy, czy nie wszyscy. Pozostaje bowiem w płaszczyźnie państwowej, narodowej – podrzędnej, podczas gdy polityka światowego systemu komunistycznego leży w płaszczyźnie ponad-państwowej, ponad-narodowej, czyli – nadrzędnej. W danym więc wypadku stare normy i pojęcia polityczne utracają rację bytu, są przestarzałe, zwietrzałe, są anachronizmem.
W kontekście globalnym Józef Mackiewicz nazywał spory polsko-niemieckie nierealnymi, gdyż oba narody żyły – i żyją nadal – w cieniu innego, ponadnarodowego zagrożenia.
Jednocześnie jednak ta atmosfera, ten nierealny spór, stanowią jedną z głównych przeszkód na drodze do zespolenia wspólnych interesów wszystkich narodów podbitych przez komunizm, w ich dążeniu do wyzwolenia. Podobnie jak przeszkodę stanowią takie spory jak: polsko-litewski o Wilno, białorusko-ukraiński o Polesie, polsko-ukraiński o Lwów, ukraińsko-tatarski o Krym, czy kozacki o Doniec; spory: besarabski, karpato-ruski, kaukaski, sudecki itd., itd., łącznie z wielkorosyjskim.
Mackiewicz pragnął wykazać „błędność podsycania sporów nacjonalistycznych, które w danej chwili rozpraszając wspólny interes wolnych ludzi, działają jedynie na korzyść wspólnego nieprzyjaciela”. Tymczasem u Ściosa wygląda to tak, że Polacy mają myśleć po polsku i realnie, a tym samym nie walczyć z ponadnarodowym niebezpieczeństwem, a tylko wystąpić przeciw Niemcom i Rosji w sojuszu z Ameryką (takie wydaje mi się mgliste i mało „realistyczne” przesłanie jego cyklu). Ale w takim razie dlaczego nie inaczej mają postąpić Niemcy? Czyż i oni nie powinni zignorować owo ponadnarodowe zagrożenie, a w zamian porozumieć się przeciw „Polsce” z „Rosją”? A może nawet, w pełnej zgodzie ze Ściosem, Niemcy powinni uznać „antypolonizm za filar niemieckiej racji stanu”? Oto pisał Mackiewicz:
… Dlaczego jednak Niemcy mają myśleć mniej „realnie”? Którzy przecie posiadają ku temu więcej danych niż Polacy?… Gdzie mamy gwarancje, że z chwilą, gdy granica na Odrze i Nysie przesunięta będzie na wschód, nie przeistoczy się ona w trwałą i mocną granicę „koegzystencji” z blokiem komunistycznym? Czy nie będzie to dla wschodniej Europy jeszcze o wiele gorzej?… Otrzymuję pewne publikacje niemieckich wysiedleńców, z których zdaje się wynikać wyraźne nastawienie: skierowane nie tyle przeciwko komunizmowi, nie tyle przeciwko Sowietom, co jednostronnie przeciwko Polsce. Gdy np. Chruszczow wypowie się w sprawie Odry i Nysy, a następnie ukaże się o tym komentarz warszawski, czytamy w tych publikacjach mniej więcej w tym sensie: „No już tam panowie z Moskwy na pewno tak źle tego nie rozumieli. To tylko źli Polacy w Warszawie i na emigracji, którzy fałszują istotny sens wypowiedzi poczciwego Chruszczowa”… Mnie nie interesuje w tej chwili stosunek do Polski, lecz ogólne polityczne ujęcie, które wydaje się charakterystyczne, a które powiada: „Jeżeli Polacy nie chcą, to my będziemy robili z Sowietami…” Być może z punktu widzenia tzw. „realnej” polityki można ją nazwać „rozsądną”. Wątpię jednak, by ze stanowiska myśli europejskiej można ją nazwać właśnie: „europejską”… Mówi się dzisiaj dużo o zjednoczonej Europie. Załóżmy jednak, że jutro otrzymują Niemcy z ręki komunistów – a to jest jedyna ręka, która decyduje – nie tylko połączenie, ale w dodatku ziemie za Odrą i Nysą, albo zgoła granice z roku 1914. Czy wtedy „rozsądni politycy realni” nie osiągną absolutnej przewagi, kwitując „utopijne” plany zjednoczonej Europy li-tylko pobłażliwym uśmiechem? Czy nie powiedzą wtedy: „No tak, to jest naturalnie pożałowania godne, że Polacy i inne narody wschodnie pozostać muszą pod jarzmem komunistycznym, ale przecież z tego powodu nie będziemy sobie psuli dobrosąsiedzkich stosunków z Sowietami! To byłoby z punktu realnej polityki jawnym nonsensem!…”
W porównaniu do tej jednoznacznej jasności konkluzja artykułu Ściosa brzmi zagadkowo:
Dziś nasze położenie wydaje się o tyle gorsze, że elita polityczna III RP zepchnęła Polskę z neutralnej „granicy dwóch światów” i głęboko uzależniła nasz los od woli Moskwy i Berlina.
Zależność ta nie musi prowadzić do roszczeń terytorialnych, bo stan okupacji bywa osiągany zgoła innymi metodami. Praktyka działań największych wrogów Polski jest stabilna i wykazuje, że ten sam cel może być osiągnięty poprzez ulokowanie w strukturach III RP ludzi podległych Moskwie lub Berlinowi.
Być może nadchodzi czas, gdy nie będzie można odwrócić skutków zaprzaństwa magdalenkowych „elit”. Być może jest to ostatnia chwila, by odważyć się myśleć po polsku.
Ścios żyje, oddycha, myśli, czuje prlem. Jest zakorzeniony w prlu i pozostaje zanurzony bez reszty w prlu, który krytykuje wyłącznie z prlowskiej perspektywy. Dlatego nie widzi, że żadne elity iiirp nigdzie nie spychały prlu, że „neutralna granica dwóch światów” być może istniała w wyobraźni Witkacego, gdy pisał „Nienasycenie”, ale błyszcząca i wielobarwna wersja prlu, w której mieszka Ścios, jest tylko drogą donikąd. Nie dostrzega w żadnym momencie, że niedostatki polskiego myślenia nie sprowadzają się do „myślenia niedostatecznie po polsku”. Porównajmy te mgliste wieloznaczności z konkluzją listu Mackiewicza.
Dziś powierzchnię zastałej sadzawki zakłamania ludzkiego pokrywa o wiele grubsza warstwa pleśni niż kiedyś. Dlatego, że zakłamanie to przybrało nie notowane przedtem rozmiary „demokratycznych”, „socjalistycznych” masówek. Dziś rewolucjoniści na państwowych pensjach, czy socjaliści na rządowych subwencjach, dotacjach i subsydiach z tej i tamtej strony, nie należą do „awangardy” czy „postępu”, a przejęli rolę dawnych błagonadiożnych poddanych. Dziś postępu nie tworzą ani najobrzydliwszy z nacjonalizmów „nacjonałkomunizm”, ani ćwierć-, pół-, czy trzy ćwierci ugodowcy, kompromisowicze, koegzystencjaliści, fellow-travellerzy i poputcziki; ani tym bardziej szczytowe upodlenie godności ideowej w postaci „postępowych katolików”, ani oczywiście „realni politycy”, bo ci, tradycyjnie zresztą, każdy postęp raczej hamowali. Dziś jedyną autentyczną „rewolucją” jest – kontrrewolucja.
A postęp i „awangardę” myśli reprezentują pozbawieni wsparcia, wyśmiewani, biedni i… szkalowani – kontrrewolucjoniści. To znaczy tacy ludzie, którzy wbrew „realnej” polityce, usiłują zmącić ową pleśń na zastygłej, odindywidualizowanej powierzchni życia; którzy chcą obalić zwietrzałą rewolucję masowego łgarstwa, monotonną jak deszcz i szarą jak nuda.
W moim odczuciu, Ściosowe odwoływanie się do Józefa Mackiewicza, jest nadużyciem. Jest nadużyciem, ponieważ Ścios, nie próbuje nawet zrozumieć Mackiewicza. Podpiera się hasłami, pojedynczymi, wyrwanymi z kontekstu zdaniami. Wyciąga błyskotliwie brzmiące zestawy słów – nudis verbis, ros-realizm, zwycięstwo prowokacji – i nadaje im własne znaczenie. Z pewnością wolno mu tak postępować, ale niestety nadaje im znaczenie często przeciwne intencji Mackiewicza i w tym tkwi nadużycie.
_______
Wszystkie cytaty Mackiewiczowskie pochodzą z Listu do Redakcji Kultury, nr 10/1959