Zamknij
Dariusz Rohnka

Józef Mackiewicz, dym i ogień

25 maja 2015 |Dariusz Rohnka, Meandry mackiewiczologii
Źródło: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2015/05/25/jozef-mackiewicz-dym-i-ogien/

Czasem — przed postawieniem pierwszych znaków — nęci coś, żeby nie pisać wcale. Bo i czy jest sens przesiadywać w niezdrowej pozycji przy biurku, wpatrywać się w zobojętniałe litery klawiszy, siedzieć tak i siedzieć, z głową wspartą, poprzez dłoń i łokieć, na blacie, z nogami niewygodnie skrzyżowanymi pod, albo i nad biurkiem… w figurze nieco ekwilibrystycznej zastygłymi? Czy nie lepiej wyjść gdzie, robić coś, co by nas może uchroniło od zalewu grubych, nieprzyjemnych myśli?

Próbuję wyobrazić sobie, co myśleć musiał Józef Mackiewicz na wieść czarną, ponurą, która dojść musiała jego uszu gdzieś w okolicach połowy czerwca 1956 roku o przejściu w świetle jupiterów brata rodzonego, Stanisława, na drugą, bolszewicką stronę. Nie był zaskoczony, a jeśli już to wyłącznie własną roztropnością. Antycypując zdradę, zerwał z rodzonym bratem kontakty wiele lat wcześniej. Czy jednak nie jest tak, że każda wielka strata, w pełni przewidywalna nawet, nieodmiennie wywołuje paroksyzm żalu?

Stanisław Mackiewicz Cat rozpoczął swoją przygodę z bolszewikami wcześnie, w 1947 roku. I choć to była tajemnica dla wszystkich postronnych, brata Józefa nie udało mu się zwieść. Rychło, bo ledwie rok później, wyczuł pismo nosem i zerwał ze Stanisławem wszelkie, także braterskie, stosunki. Tenże, w niezgłębionej odmienności swojego umysłu, miał o to do Józefa żal szczery; takie wrażenie odnieść można przynajmniej z epistolarnej jego relacji z pogrzebu Władysława Studnickiego, gdy Józef odwrócił był głowę w przeciwnym kierunku, uciekając w ten sposób od przykrego konwenansu ukłonu. Dziwne, doprawdy, myślowe niespodzianki wydają niekiedy na świat zwoje szarych komórek.

W ogóle dziwnie mają się rzeczy na tym świecie. Józef Mackiewicz, który walce ze złem, złem absolutnym, poświęcił cały niemal swój talent, postrzegany był przez postronnych, dalszych, bliższych, jako wrzód piekący, rodzaj uprzykrzonego bolącego zęba, a jego poglądy stygmatyzowano politycznym szaleństwem. Czy naiwnością będzie zapytać o przyczyny? Ależ. Bądź co bądź nie pytamy o tu i teraz; nie mamy na uwadze „klasy politycznej”, kreatorów „politycznej myśli” czy zauszników „opinii publicznej” AD 2015; ani nam w głowie maczanie rąk w szlamie współczesnych demobolszewickich instytucji ucisku publicznego czy społecznego ogłupiania. Pytać chcemy o ludzi tworzących — jak się przynajmniej zdawało — świat polityki prawdziwej, może i podszytej nieco fałszem (jak samo rzemiosło polityczne często podszeptuje), ale też i niewolnej od świadomości obciążeń etycznych. Pytać chcemy o ludzi wyrażających chęci: walki o prawdę, religię, Polskę, w każdym razie o sprawy tak zwanego wyższego rzędu. Co się z nimi działo przez ostatnie lat siedemdziesiąt? Dokąd odeszli? W jakiej mysiej dziurze złożyli swoje stare kości?

Gdy w czerwcu 1956 roku Stanisław Mackiewicz, niedawny premier emigracyjnego rządu, wylądował w Warszawie, po drugiej stronie politycznego frontu, świat emigracji niepodległościowej zdumiał się i żachnął. Bo jakże to? Na bolszewicką stronę, jawnie, przeszedł jeden z nich, nie byle kto przeszedł, a człowiek o wyjątkowo wyrazistej publicystycznej figurze, człowiek-instytucja. Niedowierzanie mieszało się z dezorientacją, potępienie z przerażeniem. Zdrada była oczywista.

Aby lepiej zrozumieć rozmiary tego wstrząsu, swojego rodzaju mentalnego kataklizmu, należy uświadomić sobie miejsce, jakie, nie tylko na emigracji w Londynie, ale także w wolnej Polsce zajmował Stanisław Cat Mackiewicz — redaktor, wydawca, polityk, człowiek znany z bezkompromisowości poglądów, nie wahający się ryzykować własnym mieniem, zdrowiem, wolnością osobistą; publicysta, który za krytykę rządu ukarany został zesłaniem w trybie administracyjnym do obozu koncentracyjnego w Berezie Kartuskiej; pisarz polityczny, który w latach wojny przebytych na emigracji w Londynie uchodził słusznie za jednego z najgłośniejszych krytyków emigracyjnych premierów, Sikorskiego i Mikołajczyka, uporczywie krytykując charakterystyczną dla owych polityków uległość wobec polityki brytyjskiej, spolegliwość prowadzącą nieuchronnie do sowieckiej niewoli. W broszurze wydanej w Londynie w maju 1944 roku pisał wyraźnie:

Zrywałem w Polsce klatkę piersiową wołając: bez broni motorowej wojny prowadzić nie jesteśmy w stanie. Dziś zrywam klatkę piersiową wołając: Okupacja sowiecka! Grozi całej Polsce okupacja sowiecka. […] Tańczymy uśpieni, zadowoleni z siebie, przy dźwiękach frazesów, a ci, którzy powołując się na rzeczywistość, wołają, że ratować się trzeba samemu, są odpędzani, jako pesymiści.

Stanisław Cat Mackiewicz to także autor świetnie przyjętej przez krytykę oraz czytelników książki-reportażu ze swojej podróży po związku sowieckim jaką odbył na początku lat 30. Chwalony był powszechnie za bystrość obserwacji i wnikliwość spostrzeżeń, wyróżniany i zapamiętany, i bardzo popularny. Książka doczekała się kilku wznowień i tłumaczeń na liczne języki. Traktowano ją słusznie jako doskonałe źródło informacji na temat sowietów, a jej tytuł uznany został za kwintesencję panujących tam stosunków. Nosi tytuł „Myśl w obcęgach”. Książka nie była tylko źródłem informacji, ale czymś w rodzaju elementarza antybolszewizmu dla przyszłych obrońców Ojczyzny. Bodaj nie przez zwykły przypadek najwybitniejszy przedstawiciel walczącej z komunizmem Wileńszczyzny, major Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka”, pisał w odezwie do Narodu Polskiego w roku (najprawdopodobniej) 1946:

Jednopartyjne rządy komunistyczne biorą „myśl w obcęgi”, pozbawiają człowieka woli, przywiązań, umiłowań, tych najistotniejszych cech człowieczeństwa i czynią z niego pozbawionego ducha i serca robota.

Ledwie rok później, gdy oddziały „Łupaszki” nadal walczyły z bolszewickim okupantem, Stanisław Mackiewicz przechodził był właśnie na stronę bolszewickiego ścierwa; z krążącej po Polsce odezwy majora Szendzielarza mógłby wyczytać wyrok, także na siebie:

Za zbrodnie dokonywane na Narodzie polskim,

Za więzienie, rozstrzeliwanie i wieszanie najlepszych synów Narodu,

Za konszachty z Moskwą,

Za rozbiór Polski

ŚMIERĆ ZDRAJCOM!

Także Józef Mackiewicz doznał wstrząsu, choć on — jako jedyny — myślał odmiennie niż wszyscy. Wszak — jak pisaliśmy wcześniej — zdrada Stanisława od dawna już nie była dla niego zaskoczeniem, więc o jakiejś konfuzji nie mogło być w jego przypadku mowy. A jednak — zdradził brat.

Jak można wyczytać z przytoczonego niżej listu, skierowanego do Dziennika Polskiego i Dziennika Żołnierza dowiedział się o kroku brata z opóźnieniem (jakże nieprzyjemne bywają niekiedy powroty do domu):

Szanowny Panie Redaktorze!

Będąc w podróży po Włoszech i odcięty całkowicie od kontaktu z prasą polską, dowiedziałem się o postępku mego brata Stanisława Mackiewicza dopiero dnia 22 czerwca po powrocie i rozpieczętowaniu numerów „Dziennika Polskiego” w domu.

W związku z tym pozwalam sobie uprzejmie prosić Redakcję Dziennika, aby przy omawianiu tej smutnej sprawy zechciała łaskawie wymienić pełne imię: Stanisław, a nie jak to się zdarzyło kilkakrotnie dotychczas w tekście tytułowym, jedynie nazwisko: „Mackiewicz”.

Zatem na aspekt osobisty w pierwszym rzędzie zwracał uwagę Józef Mackiewicz; prosił jednocześnie jedynego na świecie człowieka, który miał środki do upowszechnienia jego w tej sprawie stanowiska — Mieczysława Grydzewskiego — aby udostępnił mu łamów londyńskich Wiadomości, choćby w formie najbardziej neutralnej, w formie listu do redakcji. Grydzewski odmówił. W efekcie tej odmowy tekst zatytułowany „Nie ‘dostojewszczyzna’ a — ‘polszczyzna’…” trafia do czytelnika nieledwie po 60 latach, za pośrednictwem tomu 22 Dzieł Józefa Mackiewicza.

Jak każdemu pewnie autorowi (nawet jeśli skłonni są twierdzić inaczej), Józefowi Mackiewiczowi zależało na publikacji własnych tekstów, własnych poglądów, z czym zresztą nierzadko miewał spore problemy. Tym razem — można to wyczuć z tonu jego listu do redaktora — zależało mu jakoś bardziej. Dlaczego? Czy dlatego, że wyruszywszy w jednostronną podróż do komunistycznej Warszawy Stanisław Mackiewicz, szargając własne imię, szargał także imię brata? Czy tak myślał? Istotnie? Czy rzeczywiście był to główny powód napisania tego tekstu? A może całkiem inaczej? Może przyjęcie formy protestu osobistego było tylko zgrabnym posunięciem taktycznym, wybiegiem, który miał w efekcie zwiększyć szansę publikacji? Spodziewał się odmowy?

Jak wiele osób publicznych, mógł Józef Mackiewicz wykazywać na punkcie swojego nazwiska niejaką wrażliwość, tak przynajmniej stwierdzał w pierwszym akapicie tekstu przesłanego do londyńskich Wiadomości. Coś jednak każe myśleć (ciekawe czy kto podzieli moje zdanie), że za tą krzykliwą deklaracją (w obronie naruszanej własności osobistej), kryło się jakby drugie dno. Bo czy to nie dziwne, że gdy zdradza osoba najbliższa, na pierwszym planie stawia się drobiazg, jak — nazwisko właśnie? Znamienne, że gdy w jednym z emigracyjnych pism postawiono Józefowi zarzut „odcinania się” od brata, odpowiadał z zimnym nieomal szyderstwem:

Tyle się słyszało zarzutów pod adresem Rosjan, że się nie odcięli od współpracy z bolszewizmem… Pod adresem Niemców, że się nie odcięli od współpracy z narodowym socjalizmem… Aż oto raptem wypada wysłuchać zarzutów odwrotnych: że się zbyt drastycznie odcina od poputczików polskiego komunizmu…

Czy więc nie mogło być tak, że za rzekomo własnym tylko, wyrażonym w tekście, egoistycznym interesem, ukrywała się inna pobudka? Zdaje mi się ta rzecz wyjątkowo ciekawa i chętnie bym ze swoim subiektywnym przekonaniem zestawił przekonania osób, które zdołały już pochłonąć tom 22. Najpierw jednak powinienem przedstawić najistotniejsze motywy powstania tego artykułu, jak sam je widzę.

Pozwólmy sobie rzucić na głęboką wodę dociekań tezę następującą — odrzucony przez Grydzewskiego maszynopis, tekst, który wedle samego autora mógłby zostać opublikowany jako tylko list do redakcji (list ogromnych rozmiarów) był drugim tekstem-listem Józefa Mackiewicza o podobnej treści, jaki został odrzucony przez redaktora londyńskich Wiadomości. Zwykły tylko przypadek? A może świadoma całkiem próba wykorzystania sytuacji, zdrady popełnionej przez rodzonego brata? Wszystko motywowane chęcią wlania do przestrzeni publicznej treści przed sześciu laty wzgardzonych, a raczej — zablokowanych przez redaktora londyńskiego tygodnika?

Nasze 11 lat „walki” z bolszewikami

We wrześniu 1950, w toku niebywałej — biorąc pod uwagę jej emigracyjny, nominalnie antykomunistyczny kontekst — debaty nad zagadnieniem, czy pomagać Amerykanom, czy nie, w ich wojnie w Korei, poruszył Józef Mackiewicz wątek nieco ogólniejszej natury, walki — raczej niewalki — z bolszewizmem w ogóle. W liście zatytułowanym „Nasze 11 lat ’walki’ z bolszewikami” skrupulatnie relacjonował kolejne tej niewalki epizody.

Wszystko zaczęło się, jak wiadomo, od 17 września 1939 roku: nie walczyć z bolszewikami, bo idą nam z pomocą. Pomimo oczywistej idiotyczności tego ówczesnego hasła, ledwie dwa lata później (równolegle ze świadomością nieustających w ciągu tych dwóch lat bolszewickich zbrodni na ludności Rzeczpospolitej) pojawił się identyczny niemal slogan, tyle że w bardziej jeszcze makabrycznym kontekście — nie walczmy z bolszewikami, bo to teraz nasi sojusznicy. Po ujawnieniu zbrodni katyńskiej w 1943 i oczywistych już wówczas planach przygotowywania komunistycznej okupacji Polski — nie walczyć z bolszewikami, bo to sojusznicy naszych sojuszników. Gdy armia czerwona wkraczała na ziemie polskie w 1944 — nie walczyć z bolszewikami bo to leży w interesie Goebbelsa i Gestapo. Rok później — nie walczyć, bo wysiłek walki przeciwko Niemcom kosztował za drogo.

Był to dopiero początek litanii spisanej przez Józefa Mackiewicza dla polskiej niepodległościowej emigracji w 1950. Dalej brzmiała następująco:

„Nie walczyć z bolszewikami, bo to leży w interesie Zachodu.”

„Nie walczyć z bolszewikami, bo taka walka leży w interesie Trumana i amerykańskiej razwiedki.”

„Nie walczyć z bolszewikami, bo Ameryka nie chce z nimi walczyć, więc nie możemy porywać się z motyką na słońce.”

„Nie walczyć z bolszewikami, bo Ameryka chce z nimi walczyć, więc niech to czyni sama.”

„Nie walczyć z bolszewikami, bo nie mamy przeciw nim sojuszników.”

„Nie walczyć z bolszewikami, bo mamy przeciw nim potężnych sojuszników.”

„Nie walczyć z bolszewikami, bo nie dadzą nam za tę walkę ani Odry ani Nysy.”

„Nie walczyć z bolszewikami, bo nie dadzą nam za tę walkę Lwowa i Wilna.”

„Nie walczyć z bolszewikami, bo chociaż oni zabrali nam wolność i ojczyznę, a W. Brytanii i Ameryce nie zabrali, ale my mamy dosyć walki o cudze interesy.”

„Nie walczyć z bolszewikami za żadną cenę, tzn. ani za funty, ani dolary, bo oczywiście ci, którzy biorą czerwońce i tak walczyć nie będą, a złotych nie posiadamy.”

„Nie walczyć z bolszewikami na Korei i, oczywiście — nie walczyć w Polsce…”

Takiego zestawienia nie chciał wydrukować Grydzewski w 1950 roku. Czy dlatego, że przed walką z bolszewikami przestrzegał wówczas najwyższy areopag polityczny z prezydentem Rzeczpospolitej na czele (wykazując przy tym porażającą jednomyślność z przedstawicielami komunistycznych władz w Warszawie)? Czy dlatego, że krytyczny stosunek Józefa Mackiewicza do emigracyjnych środowisk był w tym tekście przedstawiony nazbyt, jak na jego redaktorskie ucho, obcesowo? Czy był po prostu przeciwnego, do Mackiewiczowskiego, zdania? — Tego nie dowiemy się zapewne nigdy.

W liście pisanym do redaktora Wiadomości w piątym roku od zakończenia wojny z Hitlerem, w piątym roku istnienia powojennej emigracji, Józef Mackiewicz pisze językiem prostym i jednoznacznym; pisze nie tylko o braku woli walki, ale także o chronicznej kolaboracji wszystkich niemal środowisk, które po wojnie nie powróciły do domu; o ich umiejętności unikania walki, rzec chyba można — za wszelką cenę. Czy wedle takiej optyki, decyzja Stanisława Mackiewicza o wyjeździe do peerelu, tego Stanisława Mackiewicza, który lata wcześniej porzucił wszelką myśl o realnej walce, nie wydaje się po prostu logiczna?

W 1956 roku, ledwie kilkanaście dni po oficjalnej decyzji Stanisława, daje Józef Mackiewicz odpowiedź, w niewielkim tylko stopniu zawoalowaną. Stanisław Mackiewicz — przekonuje — nie był nigdy indywidualistą, nie mógł żyć bez kolektywu, był typowym kolektywistą:

Życie poza kolektywem i jego sprawami byłoby dla niego nie do pomyślenia. To właśnie psychiczne nastawienie doprowadziło go do kroku, który uczynił. Nie waham się przed wyprowadzeniem drugiego pozornego paradoksu, że przyczyny jego decyzji, a w moim przekonaniu jego zguby, szukać należy w kolektywie, ściślej w kolektywie emigracyjnym polskim. Za mało miał w sobie indywidualności, żeby się odeń oderwać, a za dużo ruchliwości osobistej i ambicji, żeby pozostać w tłumie i nie dać się popychać „w kierunku” w jakim go pchano.

Nie musiał mówić jaśniej. Stanisław Mackiewicz był eksponentem dążeń całej, a przynajmniej — większości, emigracji, tyle że bardziej w swoich działaniach, zapatrywaniach konsekwentnym. Paradoks, bynajmniej nie pozorny, polegał na tym, że krok, na jaki poważył się Stanisław, był efektem stanu, w jakim znajdowała się emigracja — stanu chronicznej niewalki z bolszewizmem. Józef Mackiewicz powoływał się na prawo równi pochyłej: od niestrzelania do niebronienia, od niebronienia do współpracy. Tymczasem — pisał — próba zachowania pozycji bez podjęcia wysiłku czynnej obrony wobec wroga tak dynamicznego jak bolszewizm jest jak próba zachowania zdrowia bez leczenia tyfusu. Czy najlepszym lekarstwem na zjadającą nas zarazę — pytał — jest leżenie w bezruchu? Czy można się przed czymkolwiek bronić — nie broniąc?

Retoryczne te pytania miały drugie dno; dno oddalone od powierzchni emigracyjnego świata o wstydliwą głębię. W gruncie rzeczy przecież powojenna emigracja niepodległościowa była w swojej najwłaściwszej istocie emigracją wzgardzonej kolaboracji. Józef Mackiewicz był przy okazji zdrady swojego brata tylko nieco mniej drastyczny, gdy pisał o kolaboracji AK z armią czerwoną lub o „wyzwoleniu” z 1945 traktowanym bez cudzysłowu. Podkreślał tę zasadniczą kwestię, że pępowina wiodąca z Moskwy przez Warszawę do Londynu nigdy nie została ostatecznie odcięta, a przeciwnie — okazuje się być w dalszym ciągu w pełni funkcjonalna i może świadczyć o daleko posuniętym powinowactwie dążeń emigracyjnych działaczy z jednej, krajowych bolszewików z drugiej strony. Z tego tytułu — twierdził — Stanisław Mackiewicz, jako naczelny popularyzator tych poglądów w środowisku emigracyjnym, wyjeżdżając do peerelu zachował się po prostu — konsekwentnie.

„Wszyscy”, tzn. czytelnicy, „wiedzą” zazwyczaj to, co czytają w gazetach. Jeżeli np. przez dwa lata będą czytać, że wrogami naszymi są Anglicy, a jednocześnie nie będą czytać, że wrogiem jest reżym, nabiorą po tych dwóch latach przekonania, że lepiej iść z reżymem niż z Anglikami. Na to jest na świecie prasa.

Fragment pochodzi z listu Józefa Mackiewicza skierowanego do brata, Stanisława, w którym zawiadamiał o swojej decyzji rezygnacji z dalszej współpracy z redagowanym przez Stanisława Mackiewicza tygodnikiem Lwów i Wilno. Miał być może jeszcze jakiś cień nadziei na przekonanie brata do swoich racji, ale chyba niezbyt wielki. Nie kto inny, a właśnie Stanisław Mackiewicz był w jego oczach najbardziej wyrazistym wyrazicielem emigracyjnej de facto kapitulacji i uległości poprzez głoszenie popularnych, choć mocno naciąganych tez: o konieczności zachowania „substancji narodowej” wobec ogromu strat poniesionych w czasie wojny; o polskiej rzekomej manii „przelewania krwi”; o rzekomym polskim romantyzmie politycznym i w konsekwencji — pod żadnym pozorem niestrzelania do bolszewików.

Najważniejsza z nich wszystkich, wyrastająca ponad inne, najbardziej destrukcyjna była teza następująca — nic tylko Rosja. Nie bolszewizm, a Rosja. Ta sama, stara Rosja… Zatem — komentował Józef Mackiewicz — w górę serca; przetrwaliśmy zabory, przetrwamy i dzisiejszą zależność; najważniejsze — nie ma żadnego bolszewizmu, nie ma polskiego komunizmu… jest tylko Rosja. Pojęcie sowietów zniknęło z publicystycznego słownika Stanisława Mackiewicza: „Stalin uratował przed najazdem Rosję…” — tak pisał. Czy przez proste porównanie nie powinniśmy pisać — pytał Józef — „Bierut odbudował Polskę…”?

Czy to ostatnie nieśmiałe pytanie nie definiuje najlepiej wagi sporu? Czy nie otwiera licznych a przyjaznych furtek niekonsekwencji. Rosja, a więc — jak pisał — możliwość „pracy organicznej”, nie żadna okupacja, a tylko dawny zabór, szeroki zakres działania dla zdrowego społeczeństwa pod płaszczykiem rzekomej lojalności; „Rosja” — możliwość wyboru, lawirowania pomiędzy różnorakimi interesami; możliwość dogadywania się, upatrywania w przedstawicielach reżimu, kto wie, partnerów nawet dla wspólnych politycznych przedsięwzięć… „Rosja”, a więc w każdym razie jakieś mniejsze zło, nie absolutne zło bolszewizmu, a względne, niemal swojskie. Poza tym „Rosja” to — przekonywał Józef Mackiewicz z ironią — jedyna w tej chwili faktyczna gwarantka granicy na Odrze i Nysie, o którą to granicę niektórym rodakom chodzi więcej niż o niepodległość. I jeszcze coś: „Rosja” to także prawo wyboru… o ile bolszewizm jako zaraza staje się pojęciem nadrzędnym, o tyle pojęcie „Rosja” może mieć znaczenie równorzędne z pojęciami takimi jak Anglia, Ameryka. Tymczasem:

Nie może być większego błędu w polityce, jak fałszywa ocena wroga. Wszelkie wpadanie w szablon, łatwizny, mierzenie przestarzałą miarą, jest błędem nie tylko w stosunku do chwili bieżącej, ale stanowi niebezpieczeństwo dla dorastającego pokolenia…

O jakim pokoleniu myślał, nie ma tu znaczenia. Każde kolejne, zapatrzone w przywileje dojrzałej życiowej wygody, skłonne będzie wybrać ścieżkę niedostrzegania bolszewizmu jako problemu fundamentalnego. Paradoks polega na tym, że niwelując bolszewizm do rangi politycznego banału, epizodu, prześlepia się fenomen decydujący dla kształtu rzeczywistości ostatnich stu lat, ze wszystkimi tego przeoczenia konsekwencjami. A wszystko to tym więcej niezwykłe, jeśli spojrzymy na bolszewizm jak na to zasługuje, nie jak na jaki tępy totalitaryzm w stylu hitlerowskich Niemiec, ale jako na twór zdolny wykreować w dziedzinie psycho-politycznej wynalazki trącące geniuszem.

O jednym z takich wynalazków pisał Józef Mackiewicz w innym tekście tomu 22, „Dym bez ognia”. Ten właśnie tytułowy dym pozbawiony ognia, choć nie wydaje się robić wielkiego wrażenia, w rzeczywistości stanowi o odmienności bolszewików.

Wszystkim szalbierzom świata, nie ważne czy w politycznej czy w jakiej innej dziedzinie, potrzebny jest, w ich nędznym procederze, pozór — najzwyczajniejsza w świecie fasada wiarygodności. Pozoru takiego potrzebował Hitler organizujący gliwicką prowokację, mającą świadczyć o agresywnym rzekomo nastawieniu Polski; po pozór w postaci mordu na Kirowie sięgnął jeszcze Stalin, przygotowując swoją wielką czystkę. Wkrótce jednak doszli bolszewicy do genialnego w swojej prostocie wniosku, że żadne takie mozolnie konstruowane widowiska nie są w gruncie potrzebne. Po cóż, skoro powiedzieć można dokładnie wszystko, i nikt nawet zaglądać nie będzie pod przykrywkę fikcyjnych deklaracji. Według tej nowatorskiej zasady, gdy wiosną-latem 1940 postanowili przeprowadzić aneksję trzech małych państw bałtyckich, nie wysilano się na opracowanie żadnej prowokacji, powiedziano jedynie, że państwa te przygotowują agresję na związek sowiecki. To zupełnie wystarczyło. Ludzie — pisał Mackiewicz — niezorientowani, nie znający wynalazku dymu bez ognia, starają się pomimo wszystko doszukiwać, przypuszczać, że może jednak… cokolwiek… przypadkiem, że jednak coś w tym wszystkim musi być z prawdy. Nie ma nic.

Dlatego — pisał — na nic się zdają w podobnych sytuacjach tłumaczenia, próby zaprzeczania, wszystkie one nie mają sensu, a mogą być wręcz szkodliwe. Gdy gen. Bór-Komorowski został oskarżony o zdradę narodu i współdziałanie z hitlerowcami, usiłował się bronić, stwierdzając, że było akurat odwrotnie, że pomagał w zwycięstwie sowietom (zgodnie z prawdą). Ale to oczywiście nie miało najmniejszego sensu. Nie mogło przynieść spodziewanego efektu, a przy okazji — napomykał Mackiewicz z lekką nutą ironii — trochę jakby nie wypadało.

Za tym grubym eufemizmem kryje się, niestety zakorzeniona już na dobre w tradycji politycznej, praktyka niewalki z bolszewizmem. Walki takiej nie miał zamiaru prowadzić gen. Bór-Komorowski, podobnie jak żaden inny przedstawiciel emigracyjnego establishmentu.

***

Dziwna ta praktyka niewalki z wrogiem została przejęta, w niezmienionej swojej istocie, przez przedstawicieli tak zwanej koncesjonowanej opozycji w latach 80. I tu, tak się przynajmniej zdaje, fenomen bolszewickiego geniuszu ujawnił się po raz kolejny. Mimo braku woli, chęci, planu, a bodaj i nawet zamysłu walki z pezetpeerowskim reprezentantem bolszewizmu, władza (po części i w sensie nominalnym) wpadła w ręce tejże, nie chcącej za nic w świecie walczyć, opozycji. Cóż to takiego było? Czyżby kolejny dym bez ognia? A może… wypada uznać, że nastąpiło tym razem odwrócenie tej niezwykłej zasady? Bo czy nie ogniem była bolszewicka prowokacja pierestrojki, a dym, dym zdarzeń rzeczywistych tym razem wcale nie wypełznął z komina historii?

Bolszewicki ogień bez dymu (jeśli upierać się przy jego istnieniu) to nic ponad fikcję pozoru bez realnych konsekwencji; zadeklarowana wszem i wobec śmierć komunizmu bez komunistycznego truchła w trumnie. Gdzie nieboszczyk? — nie wydaje się trafnym pytaniem… Jeśli już koniecznie pytać, to raczej dlaczego ten nieboszczyk taki żywy i ruchliwy?

Zoroastrianie, zwani także czcicielami ognia, wierzą, że Pan Mądrości, Ahura Mazda, ma przeciwnika w osobie Złego Ducha, Angra Mainju, czyniącego zło na świecie. Wśród jego najgorszych postępków wymienia się stworzenie dymu, odpowiedzialnego za zepsucie nieskalanej czystości ognia. Dramatyczna ta historia nasuwać może przerażające wątpliwości: czy zbezczeszczona profanacją natura ognia nie traci bezpowrotnie swojej świętości? Czy nie staje się ogniem na usługach zła, zła absolutnego?

Może to nie jest tylko banalny przypadek, że praktyka bolszewizmu zdaje się mieć odbicie w jednej z najstarszych kosmogonii naszego świata…? Czy — jeśli dobrze nadstawić ucha — nie słychać aby skądciś obleśnego chichotu?

Źródło:
Adres artykułu: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2015/05/25/jozef-mackiewicz-dym-i-ogien/
Kategorie: Dariusz Rohnka, Meandry mackiewiczologii
Zamknij
 |  https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2015/05/25/jozef-mackiewicz-dym-i-ogien/