Paradoksy ludobójstwa (część II)
„Żydo-komuna”
Oświęcim był jedyną z sześciu wielkich fabryk śmierci, której większość ofiar nie była polskimi Żydami. „Auschwitz” jest symbolem Holocaustu, ale nie jest wcale reprezentatywny. Stał się obozem zagłady – w przeciwieństwie do obozu pracy – dopiero wówczas, gdy ogromna większość ofiar Holocaustu już nie żyła, a eksterminacyjna polityka przerzucona została na ludność żydowską innych krajów europejskich. Wraz z postępami czerwonej armii, pozostałe fabryki śmierci były zamykane i prawie wszyscy Żydzi zamordowani przez Niemców w 1944 roku zostali zgładzeni w Oświęcimiu. Tylko 7% polskich Żydów zginęło w Auschwitzu i tylko 1% sowieckich ofiar Holocaustu. Zginęło tam 74 tysiące Polaków nie-żydowskiego pochodzenia, 15 tysięcy sowieckich jeńców i wielka ilość Cyganów. Nikt oczywiście nie przeżył komór gazowych, ale ponad 100 tysięcy ludzi przeżyło Oświęcim. W porównaniu, samą tylko operację Reinhard w pięciu fabrykach śmierci przeżyło mniej niż 100 żydowskich więźniów.
W znakomitym wykładzie o antysemityzmie, w którym Snyder bronił w obliczu, delikatnie mówiąc, nieprzyjaznej publiczności, postawy państwa polskiego wobec Żydów polskich, obok klasycznych już dla jego myślenia paradoksów – np. że II Rzeczpospolita wspomagała politycznie, finansowo i realnie (przy pomocy transportów broni), insurekcję żydowską w Palestynie pod koniec sierpnia 1939 roku, a więc pomagała terrorystom atakującym Imperium Brytyjskie, gdy Wielka Brytania wypowiadała wojnę Niemcom w obronie Polski – rozwinął także inne ciekawe koncepcje.
Jak na przykład mogło się to stać, że 99% ludności żydowskiej Danii przeżyło wojnę, gdy 99% Żydów łotewskich zginęło? Nawet jeśli wziąć pod uwagę, że Łotwa była przez rok pod okupacją sowiecką, więc wielu Żydów zostało deportowanych przed rozpoczęciem Operacji Barbarossa, to nadal trudno zrozumieć tak kolosalną dysproporcję w liczbie ofiar. Oba kraje znalazły się pod okupacją niemiecką; Dania była okupowana przez 5 lat z górą, Łotwa zaledwie przez trzy lata. Snyder wysuwa hipotezę, że gdziekolwiek zachowały się ślady państwowości, tam Żydzi mieli większe szanse przeżycia. Francja wydała na śmierć ogromną ilość ludzi żydowskiego pochodzenia, ale tylko 25% Żydów francuskich zginęło podczas wojny, ponieważ Laval wydawał Hitlerowi „obcokrajowców” czyli Żydów polskich. W sumie zginęło więcej Żydów polskich z Francji niż Żydów francuskich. Tam gdzie wszelkie przejawy autorytetu państwa zostały celowo i metodycznie zniszczone, tam znikały wszystkie hamulce. Oczywiście, wszyscy znamy argumenty o zniknięciu hamulców w sytuacjach ekstremalnych, ale odkrycie Snydera wydaje mi się istotne: nawet śladowe istnienie autorytetu państwowego, choćby kolaborującego z Niemcami, jak Vichy albo rząd duński, miało wpływ na ratowanie Żydów przed zagładą, niechby tylko poprzez biurokratyczne spowolnienie procesów administracyjnych. Upadek wszelkich autorytetów tworzył kompletne bezprawie na kształt „makabrycznego teatru białoruskiego”, o którym była mowa wcześniej.
Drugą koncepcją rozwiniętą w fascynujący i odkrywczy sposób, jest spostrzeżenie, że idea „judeo-bolszewizmu” z propagandowego, niemalże urzędowego sloganu Goebbelsa, przerodziła się podczas wojny w polityczne narzędzie w krajach wyzwolonych spod bolszewickiego jarzma przez Niemców. Skoro bowiem „wszyscy bolszewicy to Żydzi i wszyscy Żydzi to bolszewicy” – a takie jest logiczne sedno hasła „żydo-komuna” – to wystarczy karać Żydów za zbrodnie sowieckie i jak za dotknięciem magicznej różdżki człowiek staje się antybolszewikiem. Poprzez hasło żydo-komuny, potworność Holocaustu wybielała autochtonów. Oczywiście ogromna większość ludności krajów zajętych przez Stalina była niezawodnie wplątana we współpracę z sowieciarzami, bo taka jest natura sowietyzmu. Niemal wszyscy w jakiś sposób kolaborowali, ale gdy nadeszli Niemcy, to wyzwolona ludność spontanicznie rzucała się do dwóch aktów opisanych tak trafnie przez Józefa Mackiewicza: do witania Niemców jako wybawicieli oraz do samosądów, z dziką nienawiścią zwracała się przeciw służalcom sowietów. Tymczasem Niemcy – najzupełniej przypadkowo, bez żadnej politycznej intencji – oferowali inne wyjście, wyjście rasowe: wszyscy jesteście niewinni, padliście ofiarą Żydów, którzy przecież są bez wyjątku bolszewikami. Taki sens miał, zdaniem Snydera, pogrom w Jedwabnem. Tak wyglądały wczesne rzezie Żydów w Rumunii i na takiej „ideologicznej” podstawie odbywała się rekrutacja Litwinów, Łotyszy, Ukraińców, Białorusinów do pomocy na tyłach armii. Propagandowy slogan przerodził się w polityczną myśl bez żadnego udziału ze strony Niemców.
Sowietom tymczasem było najzupełniej obojętne czy morduje się Żydów jako bolszewików, czy bolszewików jako Żydów, byleby tylko wzmagał się chaos za linią frontu, na niemieckich tyłach. Każdy akt bezmyślnego terroru niemieckiego był im na rękę. Stalin domagał się bezwzględnej walki na tyłach Wehrmachtu czyli głównie na Białorusi, Ukrainie i w państwach bałtyckich. Wspomagał i wspierał partyzantkę z dwóch powodów. Oczywistym było osłabienie Niemców na froncie, ale równie ważnym było osłabienie Polaków. Walki partyzanckie toczyły się głównie na ziemiach wschodnich przedrozbiorowej Rzeczpospolitej. Im skuteczniej Hitler zdołał wyeliminować elity polskie, tym łatwiej będzie sowietom podporządkować Polskę w niedługiej przyszłości. Zadaniem więc sowieckiej partyzantki było wywoływanie jak najbardziej krwawego odwetu, najgorszych możliwie prześladowań.
Chamy i Żydy
Mam zastrzeżenia co do Snyderowskiego rozumienia „antysemityzmu” Stalina, bo oczywiście żadnego antysemityzmu nie było, gdyż, jak sam Snyder słusznie zauważył w książce o Józewskim, „narodowość jest kategorią administracyjną” w raju krat.
Polityka Stalina była prosta: większość terytorium Rosji nie została wystawiona na bezpośrednie doświadczenie okupacji i ogromna większość Rosjan nie znała ziem poza sowietami; ani jedno, ani drugie nie dało się powiedzieć o nie-rosyjskich narodach sowieckich, więc odtąd na Rosji trzeba było oprzeć przyszłość sowietów. Jego konkluzja – czy w bardziej ścisłej terminologii: teza, a w jego własnej nomenklaturze: jedyna prawda – była taka: to Rosjanie byli ofiarami wojny i to oni zwyciężyli. Stworzył zatem kordon krajów odgraniczających Rosjan od groźnego, demoralizującego wpływu Zachodu. Fałsz propagandy stalinowskiej był oczywisty, bo to właśnie ludność Polski, Ukrainy, Białorusi, Litwy itd., ucierpiała najbardziej z rąk obu okupantów. Żydzi byli dla Stalina jeszcze większym problemem. Z jednej strony, wyraźnie postrzegali czerwonoarmiejców jako wyzwolicieli (w przeciwieństwie do np. Litwinów czy Estów); z drugiej wszakże strony, trudno było im przyjąć, że Rosjanie ucierpieli więcej podczas wojny niż Żydzi. Jak zwykle, Snyder myśli w sposób paradoksalny: Żydzi uznali armię czerwoną za wyzwolicieli wyłącznie dlatego, że ich sytuacja pod Niemcami była aż tak skrajna, czekała ich tylko eksterminacja. Ale wdzięczność za wyzwolenie nie przekładała się na legendę o patriotycznej wojnie i o rosyjskich ofiarach. Żydzi masowo walczyli w szeregach czerwonej armii i dostali więcej odznaczeń za odwagę niż Rosjanie. Żydzi stanowili zaledwie poniżej 2% ludności zsrs, a Rosjanie więcej niż połowę, ale pomimo to Niemcy zdołali wymordować więcej cywilów żydowskiego pochodzenia niż rosyjskiego.
Snyder drąży jeszcze głębiej. Ogromna ilość sowieckich Żydów zamordowanych przez Niemców, nasuwa pytanie o metody. Jak zdołali to uczynić? Nie było to możliwe bez współudziału obywateli sowieckich w masowych prześladowaniach. W stalinowskiej propagandzie nie wolno było wspomnieć, że Treblinka, Sobibór i Bełżec były operowane rękami obywateli sowieckich, ale też wedle stalinowskiej wizji wojny, żaden Holocaust nie miał miejsca, wojna sprowadzona została do dwóch faz: „faszyści mordowali ludzi sowieckich” i „faszyści zostali pokonani przez wielkiego Stalina”.
Te dwa wygodne dla Stalina obrazy zostały pierwotnie przyjęte przez cały świat. Churchill i Roosevelt zgodzili się ze Stalinem, toteż eksterminacja Żydów nie została wymieniona w żadnych wspólnych dokumentach. Według wielkich ojców demokracji, naziści byli winni „wymordowania tysięcy polskich oficerów” (to o Katyniu), a nawet „ludobójstwa na chłopach kreteńskich”, ale nie byli winni hekatomby Żydów. Ofensywa aliantów nie wyzwoliła żadnych ziem, które przed wojną były domem wielkich mniejszości żydowskich, takie ziemie zajęli tylko sowieciarze. Ale na tych ziemiach krasnoarmiejcy napotkali po „wyzwoleniu” na opór antykomunistycznej partyzantki, mieli do czynienia z siłami oporu, które częstokroć kontynuowały walkę zaczętą na długo przed atakiem Hitlera na sowiety. Wielu partyzantów w krajach bałtyckich, na Ukrainie i Białorusi przyjęło w całej rozciągłości Goebbelsowskie utożsamienie komunizmu z Żydostwem. Nie ma co się dziwić prostym ludziom (jak choćby polski partyzant Ogień, który wstąpił z chęcią do komunistycznej milicji, ale potem obrócił się przeciw komunistom, żeby bić Żydów), że byli skołowani latami przeciwstawnych haseł propagandy, skoro i dziś te same argumenty powtarza tzw. „polska prawica”.
Kiedy Juliusz Margolin zdołał wreszcie wydostać się z sowietów po pięciu latach spędzonych w gułagu, i napisał swą monumentalną pracę pt. „Podróż do krainy zeków”, nikt nie chciał jej wydać, ani w Palestynie, ani na demokratycznym Zachodzie zaangażowanym rzekomo w „zimną wojnę” ze Stalinem. Był rok 1947 i nikt nie chciał wiedzieć o zbrodniach sowieckich.
Kolejny paradoks. Kierownictwo prlu było początkowo w dużej mierze w rękach Żydów. Podczas gdy w sowietach, w komunistycznych Węgrzech i w csrs przeprowadzono antyżydowskie czystki, szefowie prlowskiej kompartii zdołali odwrócić uwagę Stalina i nie dopuścić do podobnych akcji w prlu. Osiągnęli to przez zaprzeczenie Holocaustu. Linia przyjęta przez polskich komunistów była taka: w komorach gazowych ginęli obywatele polscy, „ofiarami faszystowskiego terroru” byli przede wszystkim obywatele sowieccy, a nie Żydzi. W ten sposób można było uzasadnić ubeckie prześladowania Akowców, którzy brali udział w akcji Żegota. Bo oto, jeżeli Żydzi nie ucierpieli bardziej niż nie-Żydzi, to każdy kto nie wykonywał woli Stalina, był faszystą. Przedwojenny antysemicki slogan o „żydo-komunie” został w prlu zastosowany dopiero w 1968 roku, gdy Gomułka i Moczar dokonali genialnej reinterpretacji starego sloganu endecji i Goebbelsa. Utożsamili bowiem tzw. „stalinizm” i tzw. „wypaczenia” z żydowskim przywództwem. Berman, Minc i inni, mieli być zdrajcami polskości i komunizmu – prawdziwie dobry komunizm musi być polski. „Żydy” byli jednocześnie kosmopolitami i syjonistami, byli wykształceni i w przeciwieństwie do „Chamów”, mówili ładnie po polsku – więc byli obcy.
Zdumiewające, że ten obraz zwyciężył. Dzisiejsi prlowscy pseudo-antykomuniści mają dokładnie ten sam obraz świata.
„Auschwitz to jest coda do fugi śmierci.”
Obraz totalitaryzmu stworzony przez Hannę Arendt nie odpowiada dokładnie rzeczywistości, którą ma opisywać, argumentuje Snyder. Masowe społeczeństwo miało według Arendt stworzyć ciśnienie nie do wytrzymania dla „człowieka zbędnego”, czyli dla jednostki stojącej poza masą. Tak wyalienowany, indywidualny człowiek zostaje następnie fizycznie zniszczony przez totalitarne państwo, które umieszcza jego śmierć w kontekście radosnego postępu ku świetlanej przyszłości. Arendt opisała proces utraty tożsamości i indywidualności w masowym społeczeństwie, proces zakończony ostatecznym zaprzeczeniem człowieczeństwa w obozie koncentracyjnym – obojętne, jako ofiara czy jako kat, każda jednostka w takim systemie zatraca cechy ludzkie. Jednak Snyder utrzymuje, że tylko niemieckie obozy dla jeńców sowieckich odpowiadają temu obrazowi jako jedyny przykład konclagrów, w których celem koncentracji była eksterminacja. Problem jednak w tym, że Arendt mówiła o celowym procesie dehumanizacji wewnątrz totalitarnego społeczeństwa, gdy sowieccy jeńcy wojenni byli ofiarami interakcji dwóch totalitaryzmów, ale byli na zewnątrz obydwu. Ich los nie był funkcją postępującej alienacji. A zatem analiza Hanny Arendt nie dotyczyła jedynego przykładu, który adekwatnie opisywała.
W obu systemach obozy koncentracyjne były alternatywą egzekucji, a nie preludium do egzekucji. Śmierć albo Gułag – jedyne dwa wyroki możliwe podczas Wielkiego Terroru. W niemieckim systemie obóz śmierci różnił się od obozu pracy: w tym drugim była potwornie ciężka praca, głód i wycieńczenie, które doprowadzało wielu do śmierci, ale w tym pierwszym była tylko zagłada. Ludzie pamiętają Belsen, a nie wiedzą co to Bełżec, bo nikt nie przeżył pobytu w Bełżcu.
Gułag istniał przed, podczas i po głodzie na Ukrainie; przed, podczas i po terrorze 1937 roku; przed, podczas i na długo po upadku nazizmu; istniał przed Stalinem, za Stalina i po jego śmierci. Gułag nie był tworem terroru, ale jego nieodzowną, integralną częścią. Miał na celu produkcję, a także ubocznie reedukację przez pracę. Mnóstwo ludzi zginęło w Gułagu, ale ich śmierć była produktem ubocznym. Dodałbym od siebie, że w moim przekonaniu, nadrzędnym celem istnienia sowieckich łagrów, ważniejszym od stworzenia źródeł niewolniczej siły roboczej, było utrzymanie w ryzach ludności poza drutami czyli sowietyzacja. Stąd np. brała się możliwość prowadzenia korespondencji z rodziną, przesyłania paczek itp. Na wolności sowieckiej, gdie tak wolno dyszet czełowiek, życie nie było warte życia, ale jak się komuś nie podobało, to był jeszcze Gułag.
Niemieckie obozy koncentracyjne przed wojną także nie były obozami zagłady. Margarete Buber-Neumann, ideowa komunistka i jedna z niewielu osób, które były więźniami gułagu i hitlerowskich obozów, patrzyła na baraki w Ravensbrück jak na pałace w porównaniu z warunkami, w jakich żyła w Karagandzie; myślała początkowo, że porcje żywnościowe są tylko na pokaz, że nie mogą aż tak dobrze karmić.
Z czasem eksterminacja stała się dla Hitlera celem wojny, ale początkowo nie używał do tego celu obozów. W pierwszej fazie wojny, w latach 1939-41, mordowano ludzi z dala od obozów: nad rowami, w ich własnych wioskach, w szkołach, synagogach, kościołach, szpitalach, na bocznicach kolejowych (jak choćby w Ponarach pod Wilnem). W ciągu dowolnych kilku dni drugiej połowy 1941 roku Niemcy rozstrzeliwali więcej ludzi niż cała populacja niemieckich obozów koncentracyjnych w tym czasie. Obóz koncentracyjny jest symbolem zła nazizmu z wielu powodów, ale głównie dlatego, że wojska alianckie wyzwoliły kilka małych obozów na zachodzie Niemiec, i wielu żołnierzy amerykańskich widziało wycieńczonych, umierających z głodu więźniów. Zdjęcia ginących w powolnych męczarniach jeńców politycznych, bo nie Żydów, zatarły prawdziwą hańbę: Chełmno, Bełżec, Sobibór, Treblinka, Majdanek, ale nie zatarło potworności „Auschwitz-Birkenau”. Oświęcim jest wyjątkiem na tej liście (chociaż do pewnego stopnia wyjątkiem jest także Majdanek) z dwóch powodów. Ze względu na niespotykany rozmiar obozu i dlatego, że był jednocześnie obozem pracy i obozem śmierci. Większość ofiar jechała prosto do komór gazowych i nigdy nie widziała obozu, podczas gdy Primo Levi czy Tadeusz Borowski – przeżyli. Większość polskich Żydów (łącznie z tymi, których Snyder nazywa „sowieckimi” Żydami czyli polskich Żydów, których zdrada ryska umieściła pod sowietami) zginęła na długo zanim otwarto krematorium w Brzezince. Trzy czwarte wszystkich ofiar Holocaustu były już martwe na wiosnę 1943 roku. 90% ofiar sowiecko-niemieckich już nie żyło, gdy komory gazowe Oświęcimia zaczynały dopiero działać.
„Niemcy do nas strzelają, a bolszewicy biorą gołymi rękami.”
Porównania, odnajdywanie zarówno analogii jak różnic, jakich dokonuje między obydwoma systemami Snyder, są często odkrywcze i bardzo przekonujące. Na przykład interpretacja getta jako nazistowskiego odpowiednika kołchozu, tzn. jako instrumentu kontroli określonej grupy społecznej oraz narzędzia ekstrakcji dóbr i pracy niewolniczej od tej grupy. Słusznie wskazuje także zasadniczą różnicę: ekskluzywność nazizmu wobec inkluzywności bolszewizmu. Żaden wschodnioeuropejski nacjonalista, walczący po stronie Niemiec przeciw zarazie bolszewickiej, nie mógł przyjąć tezy o niemieckiej wyższości, był to więc dla nich tylko tymczasowy sojusz. Ukraińscy nacjonaliści, dla przykładu, walczyli o wyzwolenie społeczne („od polskich panów”) i narodowe („od polskich panów”), nie dostrzegając w tym żadnej sprzeczności, mogli więc przystać na hasła sowieckie o wiele łatwiej niż na niemieckie. Innymi słowy, cel Hitlera – podbicie ogromnych połaci Eurazji jako Lebensraum dla rasowo wyższych Niemców – był nieosiągalną mrzonką, podczas gdy cel Stalina nie był wcale marzeniem wariata: w getcie mogli być tylko Żydzi, w kołchozie mógł być każdy. Kolejną różnicą były cele czystek i fizycznej likwidacji. Dla Stalina celem była sowietyzacja (Snyder mówi „zwycięstwo socjalizmu”), gdy dla Hitlera likwidacja Żydów była zwycięstwem samym w sobie, bo jego myślenie zdominowane zostało przez nadrzędną zasadę rasowej czystości i wyniesiony do stanu aksjomatu antysemityzm; ale także dlatego, że było to jedyne osiągalne zwycięstwo w drugiej fazie wojny.
Trudno mi wszakże zgodzić z Snyderem w kilku miejscach. Po pierwsze, wskazuje na rolę monopartyjnego systemu i rolę partii w szczególności, jako wyróżnik tych systemów. Mnie się wydaje, że partia w obu przypadkach była tylko przykrywką, nośnikiem ideologii, narzędziem kontroli i instrumentem wpływu na własne społeczeństwo, ale prawdziwa władza spoczywała w rękach wąskiej elity. Obie partie były tylko jednym z rozlicznych narzędzi w dyspozycji tych ekskluzywnych elit.
Dalej Snyder utrzymuje, że terror Stalina zwrócony był przeciw masom i miał racjonalny rdzeń: kolektywizacja w celu industrializacji, głód dla wymordowania zbędnych pracowników na wsi, a Wielki Terror dla likwidacji wyalienowanych niedobitków chłopstwa, którzy mogli opowiedzieć się po stronie nadchodzących wojsk (w domyśle polskich lub niemieckich). Terror Hitlera był odwróceniem tego schematu: likwidacja elit państw podbitych i elity sowieckiej, w celu zniszczenia władzy sowietów, by w oczyszczonej z Żydów i Słowian Ukrainie stworzyć raj dla Niemców. Snyder zdaje się jednak zapominać, że przed Stalinem, Lenin i Trocki dokonali likwidacji elit na wszystkich terenach pod ich kontrolą. Nie ma tu więc żadnego odwrócenia, ale ta sama polityka, której pierwsza faza odbyła się wcześniej. Najlepszym dowodem są natychmiastowe deportacje i masowe mordy dokonane na elitach na ziemiach polskich zajętych przez sowiety w 1939 roku. Nie był to jeszcze masowy terror, a właśnie błyskawiczna dekapitacja społeczeństwa przy pierwszej nadarzającej się okazji. Likwidacja elit była więc celem obu systemów i dokonywana była z miejsca, natychmiast, jako pierwsze zadanie. Trudno się także zgodzić, że celem kolektywizacji była industrializacja. Celem wszystkich etapów sowieckiego terroru była sowietyzacja dla osiągnięcia pełnej kontroli nad ludnością.
Najważniejsza różnica między terrorem Hitlera i Stalina była jednak inna. Niemcy robili z Polaków bohaterów, a bolszewicy robili z nas gówno. Tylko dlaczego?? Snyder zauważa różnicę w reakcji – mówi wielokrotnie, że polska konspiracja pod sowietami została prędko rozbita przez nkwd, a pod Niemcami kwitła – ale nie pyta o przyczyny. Przypisuje to większej skuteczności w niszczeniu klasy wykształconej przez sowieciarzy, co nie da się utrzymać, skoro w pierwszych miesiącach wojny Niemcy mordowali więcej członków polskich elit niż Żydów. Owszem, niemiecki terror był bardziej przypadkowy, a nawet wbrew powszechnym mniemaniom na temat wyższości niemieckiej organizacji, gorzej zorganizowany, ponieważ Niemcy nie potrafili z łatwością określić, kto do tych elit należał. Ale przecież łatwość z jaką powołano do życia państwo podziemne na wschodnich ziemiach Rzeczypospolitej po ataku Hitlera na sowiety, wskazuje wyraźnie, że Stalin także nie zdołał bez reszty wyeliminować polskich elit na ziemiach, które kontrolował. Jak więc wytłumaczyć tę straszną różnicę? Obie wrogie potęgi koncentrowały się na niszczeniu polskiej inteligencji, obie brały się za to sprawnie, brutalnie i zdumiewająco mało efektywnie, pomimo hekatomby ofiar. Dlaczego więc „Niemcy robili z Polaków bohaterów, a sowietom wpełzaliśmy w dupę”? Próżno szukać odpowiedzi na to pytanie w książce o skrwawionych ziemiach. Pomimo niespotykanej brutalności, Hitler nie zdołał wymordować tylu ludzi co Stalin. Większość ofiar Stalina – ale nie tylko jego, a wszystkich bolszewickich watażków od Lenina do Putina, przez Mao, Ho, Pol Pota, Kimów, Assadów, Saddama aż do Kadafiego – padła podczas pokoju. To pokój jest stanem naturalnym dla bolszewików, to wówczas pracować mogą nad swoim dziełem przekucia człowieka, wykucia nowego człowieka, homososa. Gotowi są do ofiar, składają z radością krwawe ofiary z ludzi na ołtarzu świetlanej przyszłości.
Hitler w porównaniu był tylko rzezimieszkiem, dla którego sama eksterminacja była zwycięstwem.