Zamknij
Dariusz Rohnka

Białe kłamstwo

20 sierpnia 2014 |Dariusz Rohnka, Piaskownica
Źródło: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2014/08/20/biale-klamstwo/

Albowiem
diabeł znalazł środek, ażeby zgubić także tych ludzi, którzy poszli za dobrem, i nie przeszkadza mu, że jednych zabije rozpusta, a innych wstrzemięźliwość.

Tak przekonywał Tertulian w rozprawie skierowanej do żony. Nie wchodząc w istotę kwestii, którą wiele stuleci temu podejmował chrześcijański teolog, myśl wydała mi się niebywale celna dla opisu naszego tu i teraz, bolszewickiej ery. Bo, czy istotnie, nie jest tak, że bolszewizm, w całej swojej infernalnej przebiegłości, kusi nie tyle złem, co dobrem? Czy często dobrotliwy uśmiech znika z bolszewickiej gęby? Czy słowa takie jak pokój, sprawiedliwość, wolność, równość, co tam jeszcze, schodzą kiedykolwiek z bolszewickich ust? Czy nie deklarują owe usta notorycznie chęci budowania „lepszego świata”? W gruncie rzeczy nie istnieje zapewne sfera życia publicznego, w której bolszewicy nie potrafiliby wykreować pozytywnych, grających na ich korzyść, argumentów.

Ta żelazna zasada działa, i to działa w skrajnie, wydawałoby się, niekorzystnych okolicznościach. Stosownych przykładów mamy bez liku. Weźmy, jako pierwszy z brzegu, zabór 51 procent terytorium Polski i przedstawienie tejże, jawnej agresji, jako kroku koniecznego dla ochrony tubylczej ludności. Afunkcjonalny przerost bezczelności? Absolutnie nie! Konsekwencje kolejnych dni, miesięcy, lat świadczą najlepiej o skuteczności tego propagandowego triku. Jak inaczej wyjaśnić nieodległy w czasie sojusz ze zbrodniarzem, skazującym na śmierć lub życie w warunkach ekstremalnej nędzy półtora miliona naszych obywateli, który całej reszcie odebrał jej obywatelską tożsamość; który nigdy nie wycofał swoich agresywnych aspiracji; który przez kolejne dwa lata pozostawał najwierniejszym partnerem iii rzeszy? Dlaczego z bolszewizmem się nie walczy, a chce z nim koniecznie ubijać interes? Dlaczego jest to, niemalże bezwyjątkową, regułą?

Myśli tego rodzaju krążą po Podziemiu nie od dzisiaj, wiem doskonale. Coś jednak ciągle każe nachalnie do nich wracać. Predominuje pewnie chęć poznawcza, ale też bezwzględne przeświadczenie, że bez zrozumienia tej kwestii niemożliwe jest podjęcie realnej walki. Nic nie poradzę, jeśli odezwie się w kimkolwiek czkawka wcześniejszych może tekstów. Zapewniam, że to nie żadna powtórka, a jedynie kolejna próba docieczenia jak kręci się bolszewizm.

Tym razem mam do dyspozycji konkret, całkiem spory i bodaj czy nie dobrze znany szanownym czytelnikom. Rzecz to trojga autorów, Doroty Kani, Jerzego Targalskiego, Macieja Marosza, nosi tytuł „Media. Resortowe dzieci”. Ściśle rzecz ujmując, nie mam tego konkretu przed sobą, więc też, siłą rzeczy, nie będę wnikać w detale, ale też nie jakąś konkretną, szczegółową krytykę mam na względzie. Chodzi mi raczej o wytyczenie pewnej mentalnej granicy, poza którą, jak mi się zdaje, stoją autorzy.

W skrócie rzecz ujmując, książka opowiada o popsutych „środkach masowego przekazu” i popsucia tego personalnych przyczynach. Zdaniem autorów książki za zło umiejscowione w mediach odpowiedzialne są tzw. „resortowe dzieci”; dzieci, pociotki, krewni i powinowaci, żony i pewnie też mężowie przedstawicieli kluczowych resortów „dawnego”, jak wolno chyba się domyślać, systemu. Kwestia owej, mniej lub bardziej biologicznej, wspólnoty nie jest zawsze bardzo jasna. Jedna z najmniej szczęśliwych bohaterek miała jedynie męża-agenta, sama odmówiła współpracy czy też nie chciała wstąpić do partii… (niewybaczalne faux pas, wziąwszy pod uwagę wieloletnią przynależność jednego z autorów), „zaszeregowana” więc została najpewniej z racji prezentowanych przez siebie poglądów. Ale pozostawmy te drobiazgi na boku.

O niebo ciekawsza jest zasadnicza teza: dzieci starych komunistów nie są od nich, tychże komunistów, lepsze; zło, karierowiczostwo, pogoń za mamoną, pewnie i sam komunizm, wszystko mają zapisane w genach. Jakiś czas chodzę po świecie, czytałem to i owo, tego rodzaju nieskomplikowany biologizm zawsze trochę mnie dziwi. Czy samo życie nie dowodzi codziennie tezy wręcz przeciwnej? Czy nie słyszeli autorzy nigdy o tzw. „buncie pokoleń”, o tym, że młodzi notorycznie nie zgadzają się ze starymi, a przynajmniej – prezentują odmienny punkt widzenia na wiele kwestii? Czy to, że ten czy ów zbuntowany za młodu redaktor miał ojca komunistę czyni go lepszym, może większym bolszewikiem? Czy koncept wysysania bolszewizmu z mlekiem matki nie jest nadto niesmaczny?

Świat generalnie bywa niepiękny, ja wiem. Tym więcej zatem nie powinniśmy wydłubywać moralnej brzydoty z zakamarków, gdzie jej może wcale nie ma. Kwestie estetyczne pozostawmy jednak na boku. Bohaterowie książki nie dlatego są źli, że mieli złych przodków, ale dlatego, że taką drogę obrali. Kwestie ewentualnych koneksji, powiązań, ułatwień rekrutacyjnych nie mają tu nic do rzeczy. To sprawy, a raczej drobiazgi, techniczne, nic więcej, przynajmniej w zestawieniu z nieco bardziej zasadniczym pytaniem nie tyle o to, kto psuje, ale co psuje i czy w ogóle o psuciu może być mowa?

***

Niezwykły George Orwell ze swoim dwójmyśleniem nie przestaje zdumiewać głębią przenikliwości. Biorąc pod uwagę dystans jaki dzielił pisarza od moskiewskiej centrali bolszewizmu, dziw bierze jak on to wszystko zdołał trafnie ogarnąć. Przypatrując się jego biografii, wniosek należy wysnuć pewnie jeden – kilka lat spędzonych pośród wszystkich diabłów hiszpańskiej „rewolucji” pozwoliło mu na wniknięcie w istotę zarazy. A jednak trudno mi się teraz wyzbyć wrażenia, że wykreowane przez niego pojęcie dwójmyślenia w kilka lat zaledwie po tytułowym 1984 roku poczęło tracić cośkolwiek ze swojej siermiężnej użyteczności – homo sovieticus AB (anno bolsheviko) 72 (AD 1989 wedle staromodnej terminologii) i lat kolejnych począł zatracać umiejętność (a może potrzebę?) korzystania z tego dość, trzeba przyznać, kontrowersyjnego daru ludzkiej natury. Dwójmyślenie ewoluowało w odmienny stan psychiki – w pewność wątpliwej racji.

Owo, nowe (jak mnie się, laikowi, zdaje) w dziedzinie psychicznej zjawisko występuje gęsto w wzmiankowanej powyżej książce trzech autorów; na jednej ze stronic (nie pomnę której) w stanie, rzec można, laboratoryjnej czystości. Rzecz dla czytelnika zwyczajna bywać zaskakiwanym, czy jednak w tej materii nie ma żadnych granic?! Okazuje się, że owszem, że można mianowicie na tejże jednej stronie (nie całkiem spójnego dzieła) pokpiwać z naiwnej może (albo i, któż wie, zakontraktowanej?) peerelowskiej aktorki, obwieszczającej wszem i wobec „koniec komunizmu” gdzieś tam, bodaj czy nie w trywialnych okolicznościach telewizyjnego dziennika i… parę zaledwie linijek później bajdurzyć, z pełnym przekonaniem, o tu i teraz – „Wolnej Polsce”.

Z pozornie drobnego problemu wyłania się dylemat słusznych gabarytów. Bo w gruncie jakże to tak? Ci, co twierdzą, że „komunizm upadł” zasługują jeno na kpiny; ci zaś, co myślą, że żyją w „Wolnej Polsce” już nie? Może to ironia? – A ja, głupi, dałem się nabrać? Może to kwestia chronologii, wiekopomnych zdarzeń, które w podziemnym marazmie uszły mojej uwagi? To znaczy, pracownica działu peerelowskiej propagandy najwidoczniej kłamała ćwierć wieku temu, w „międzyczasie” zaszło jednak coś co komunizm obaliło?! Zachodzę w głowę, myślę; myślę intensywnie, czego poszum słychać bodaj na witrynie (a myśleliście pewnie, że to efekt ziemskiej orbitacji? – otóż nie!). Może to wtedy, gdy Bolo został „prezydentem”, a dwaj zdrajcy, Sokolnicki i Kaczorowski, przekazali mu byli insygnia? Może to wówczas było, gdy tenże Bolek poczuł się urażony, de facto istotnie zdradzony przez najwierniejszych swoich zauszników, gdy chciano okazać jakieś tam na niego papiery i rozgonił był „patriotyczne” towarzystwo? Może niejakie znaczenie dla niepodległości ma lotnicza katastrofa? Czy możliwe? Zdaje się całkiem oczywiste, że ludzie, którzy zginęli w tamtej katastrofie nie jechali na wojnę z „Rosją”, tym więcej ze „związkiem sowieckim”; planowali jedynie „czcić” pamięć ofiar komunistycznej zbrodni, w towarzystwie sowieckich oficjeli.

Bohaterowie Orwella działają w ekstremalnych zewnętrznie warunkach nieustającego strachu; zewsząd czyhają na ich niepewne zachowania oczy troskliwe i przyjazne; oczy Wielkiego Brata są wszechobecne; oczy wywołują wewnętrzny dreszcz, który trzeba szczelnie kamuflować – niezależnie od kontekstu psychicznego, to nieustająca walka. W gruncie rzeczy walka niekoniecznie skazana na porażkę, choć milcząca, wyalienowana, której istnienia postronni nie mogą się nawet domyślać, która nie przejdzie do historii. Mizerne to, ponure, a jednak kształtujące drobną cząstkę charakteru, skrytą w najodleglejszych zakamarkach ludzkiej natury.

Cóż mamy tu i teraz? Czy nie analogiczną sytuację? Czyż Wielki Brat nie czuwa, nie śledzi ludzkich poczynań? Nie pilnuje stanu sumień, myśli? Ależ bynajmniej, hulaj duszo! O ile, oczywiście, nie zechce się tam komu zająć takiego lub siakiego „oficjalnego” stanowiska, robić kariery, wolno niemal wszystko. Ludzi tej sfery Orwell nazywał bodaj proletami. Gdy jednak zapragnie się sięgnąć po bardziej eksponowane stołki (urzędnicy peerelowskiej propagandy na pewno przyznają mi rację), zostać dziennikarzem, księdzem, profesorem, wówczas polityka naszej duszy ulegnie nagłej przemianie. Wierność zaprzysiężona Wielkiemu Bratu zobowiązuje!

***

Wróćmy do przerwanego wątku. Mowa była o psuciu. O tym czy coś się psuje i czy owo zjawisko w ogóle warte jest naszej troski? Autorzy książki, jak już wiemy, przekonują, że owszem, że sprawa jest poważna, że chodzi o psucie mediów za sprawą resortowych peerelowskich pociotków. Przyznać muszę, że w tym akurat przypadku zachowują się konsekwentnie. Wierząc w obecność „Wolnej Polski”, wyrażają troskę o jakość informacji kierowanej do obywateli.

Cóż zatem z tą „Wolną Polską”? W istocie przecież (wszyscy to chyba wiemy) nie chodzi o stan świadomości trzech muszkieterów medialnej potyczki, ale o dylemat rozgrywany na znacznie poważniejszym planie świadomości ludzi, żyjących nie tylko w tym kraju. Rozumiem doskonale naiwnych, jakich ich Pan Bóg stworzył – takimi pozostaną, i nic na to poradzić nie można. Co z innymi? Co z tym szczególnym psychicznym zjawiskiem, którego ekstrakt w jakże nieudolnym tekście próbuję sublimować?

Dygresja o Orwellu i jego konceptach potrzebna była by wykazać różnice jakie zachodzą w pojęciach i zachowaniach dwóch bohaterów: Smitha w jego roku 1984 oraz Kowalskiego z AB 72. Obaj, przyjmijmy, nie należą do szerokiego kręgu naiwnych, przejawiają umiejętność samodzielnego myślenia, co rzadkie, ale bywa. Obaj zdają sobie sprawę, że światy, w których egzystują, są nieznośne w stopniu wykluczającym uczciwą z nimi koegzystencję, jeśli się – rzecz jasna – chce w życiu zachować przyzwoitość. Z drugiej znów strony, odmowa uczestnictwa oznacza wykluczenie, tym razem poza nawias wykreowanej pseudorzeczywistości. Obaj mają możliwość wyboru. Smith, choć tego w książce nie ma, musiał kiedyś wybrać życie funkcjonariusza systemu, z którego odwrót wiedzie pewnie tylko poprzez anihilację. Dwójmyślenie to w jego przypadku jedyny sposób ratunku cząstki siebie. Kowalski AB 72 działa wypadkowo na całkiem odmiennym planie. W cieniu jego wyborów nie stoi widmo ewaporacji. Jeśli wybierze drogę proleta nikt mu najpewniej życia z tego tytułu nie odbierze. Cóż jednak po takim życiu? Bez blichtru, sławy, pieniędzy? Bez możliwości działania, realnego, czy tylko pozornego, wpływu na bieg spraw? Dla dziarskiego działacza czy reprezentanta innych profesji publicznych to oczywiście żadne życie. Pozostaje zatem tylko partycypacja w czymś co na kilometr zalatuje grubą bolszewicką prowokacją. Czy da się tak żyć, tego wiedzieć nie mogę, przypuszczać mogę jedynie, że klasycznie Orwellowskie rozwiązanie w postaci dwójmyślenia nie da się w tej sytuacji (bez stryczka nad głową) wprost zastosować. Pozostają bardziej prozaiczne sposoby – szukania usprawiedliwienia.

I w ten nużący sposób powracamy znowu do psucia. Czy można o świecie, w którym się gra jakąś rolę, powiedzieć, że cały zbudowany jest z fikcji, że jest wielką bolszewicką prowokacją, niczym innym? Ponieważ tego stwierdzić nie można, pozostaje koncepcja psucia. – Nie dlatego media są złe, że pozostają prostą kontynuacją propagandy zainstalowanej w tym kraju przemocą wiele dziesiątków lat wcześniej, ale dlatego, że pracują w niej ludzie obarczeni złą biologiczną przeszłością. (I pomyśleć, że takie myślowe kuriozum cieszy się, wielkim nawet, powodzeniem.)

Jako skończony ignorant w sferze peerelowskich mediów, których nie zażywam, nie mogę – niestety – przedstawić stanu tychże instytucji w postaci skrupulatnego wykładu. O ile jednak sięgam pamięcią (ściślej – jej wątłymi resztkami) nie przypominam sobie momentu, w którym gmach peerelowskiej propagandy starty został był z powierzchni ziemi, jego funkcjonariusze uciszeni raz i dobrze. Zdaje mi się, że medialna rodzima pierestrojka dokonała się w sposób charakterystyczny dla wszystkich innych dziedzin peerelowskiego „życia” publicznego. Pojawienie się na powierzchni kilku niezależnych pism czy pisemek nie wprowadziło do tutejszej mentalnej wegetacji żadnej istotniejszej odmiany, a jeśli już to na gorsze – bacznie czy niebacznie, ich współtwórcy przyczyniają się do zamazania realnego kształtu rzeczy.

Wziąwszy powyższe pod uwagę, utyskiwanie na psucie tutejszych mediów przy użyciu takich czy siakich argumentów wydaje mi się zdecydowanie bezzasadne. Cóż złego w tym, że ten czy ów, zakorzeniony jakoby w bolszewizmie z dziada-pradziada, paskudzi peerelowskie powietrze. Ależ, niech psuje ile wlezie i na zdrowie, na zdrowie normalności.

Osobiście, bardziej martwi mnie co innego. Nie działalność mniej lub bardziej zakorzenionych bolszewików w pseudoliberalnych skórach, ale obecność tych właśnie, jak nasi autorzy, propagandzistów „Wolnej Polski” w „nieupadłym komunizmie”, którzy przede wszystkim sprawiają, że tak zwany szary człowiek nie może się myślowo ogarnąć. Jedni i drudzy robią w gruncie rzeczy to samo – uprawiają wszem i wobec białą propagandę, o tym, że mianowicie, żyje się, z tego czy owego tytułu, ciężko, ale mamy przecie państwo, wyposażone w rzetelne instytucje; sprawiedliwość, jeśli trzeba wyjaśnić jakąś grubszą zbrodnię; wojsko, jeśli kto tylko zamacha nam przed nosem szabelką; mniej lub bardziej wiarygodną informację, jeśli trzeba o czymś powiadomić społeczeństwo, o tym np. że jesteśmy „wolni”, że żyjemy w pewnej „normalności”, że owo „my” to realne pojęcie wspólnoty.

Obie te sfery uprawiają swoją propagandę nie bez pewnej, pozornie chwalebnej, intencji uchronienia swoich odbiorców przed jednym – spojrzeniem prawdzie w oczy. Dlatego, być może najniesłuszniej, pozwoliłem sobie określić te działania jako „białe kłamstwo”. Białe kłamstwo bolszewickiej propagandy, że mianowicie są warunki, aby Polska rosła w siłę, a walka o światowy pokój trwała nieustannie. W tym kontekście obie te dziennikarskie sfery znajdują zabójczo wspólny język, pospołu sprowadzając na manowce najbardziej wstrzemięźliwych.

Źródło:
Adres artykułu: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2014/08/20/biale-klamstwo/
Kategorie: Dariusz Rohnka, Piaskownica
Zamknij
 |  https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2014/08/20/biale-klamstwo/