Uległość?
Zastanawialiśmy się tu wielokrotnie nad istotą komunizmu. Już samo słowo jest niewystarczające, skoro komunistami są przecież chrlowscy pseudo-kapitaliści. Sam fakt, że esencja tego fenomenu wymyka się definicji – a nawet w miarę jasnemu ujęciu bez szykan nadmiernej ścisłości – należy moim zdaniem do tejże istoty. Przybijanie kisielu do ściany jest zaiste trafną metaforą na próbę ujęcia tego, co nie chce być ujęte. Jak starożytny bożek Nereusz, który walcząc z Heraklesem zmieniał się w lwa, węża, łanię, byle tylko nie dać się uchwycić w potężne ręce mocarza, tak komunizm z istoty rzeczy przeistacza się bezustannie, by nie dać się ująć w słabowite karby naszych definicji.
Ta istotna nieokreśloność jest ważna, i trzeba o niej pamiętać rozważając fenomen bolszewizmu, ale to nie oznacza wcale, by się poddawać w próbach określenia. Dotykaliśmy tu wielu aspektów zjawiska, ale tym razem chciałbym zająć się elementem, który wydaje mi się niesłusznie pominięty. Mam na myśli głębokie, wręcz fundamentalne, dostosowanie bolszewickiej Metody do ludzkiej natury. Mam wrażenie, że respondenci naszej III Ankiety pominęli ten element, koncentrując się w zamian na postulacie „dostosowania człowieka do bolszewizmu” w procesie, który utarło się nazywać sowietyzacją.
Wcale nie kwestionując słuszności tej analizy, będę poniżej argumentował coś wręcz przeciwnego. Będę starał się wykazać, że to co nazywamy w Podziemiu bolszewizmem jest Metodą najlepiej dostosowaną do ludzkiej natury. Jest to być może najbardziej przykra cecha tego fenomenu i nasuwać musi wiele wątpliwości. Bo z jednej strony, jak można nazywać system tak głęboko antyludzki „dostosowanym do ludzkiej natury”? A z drugiej, gdyby takie dopasowanie zostało udowodnione, to prowadzić by mogło ludzi słabego ducha do konstatacji, że bolszewickie zwycięstwa są nieuniknione. W moim przekonaniu wcale tak być nie musi. Ale zacznijmy od istoty rzeczy, a na koniec możemy powrócić do moich mało istotnych przekonań.
Temat przystosowania Metody Lenina do ludzkiej natury jest bardzo stary. W jakimś sensie, sowietyzacja jest możliwa tylko dlatego, że trafia w ludzkiej naturze na podatny grunt. Rozważali to rosyjscy myśliciele, rozważał to oczywiście Józef Mackiewicz. Rzec by można, że jest to podstawowy temat Drogi donikąd, ale nie zamierzam tym razem zajmować się Mackiewiczem. Temat nasunął mi się przy oglądaniu w miarę nowego, amerykańskiego filmu fabularnego, którego akcja toczy się we współczesnej Ameryce i który z pewnością nie był w zamierzeniu autorów filmem o komunizmie. Rzadko się zdarza, by autorzy niezależnego, nisko-budżetowego filmu, trafili przypadkiem na sedno sprawy. Mało tego, film o którym mowa, zajmuje się istotą rzeczy w sposób tak precyzyjny, że jest czymś na kształt laboratoryjnego eksperymentu, w którym obserwujemy zachowanie się ludzi w pewnej sytuacji, tak jakbyśmy obserwowali laboratoryjne myszy polane gryzącą cieczą.
Film pt. Compliance (podobno tłumaczy się ten tytuł „Siła perswazji”, ale nie udało mi się ustalić, czy film jest znany w Polsce; w kontekście fabuły najbliższym przekładem byłaby „Uległość”) nakręcony został w 2012 roku i jest klasycznym filmem indie, tzn. zrobionym poza Hollywood, bez dostępu do „gwiazd ekranu”, a co za tym idzie, bez dostępu do pieniędzy. Obraz jest jednak świetnie zrobiony, bardzo dobrze grany, wielka więc szkoda, że jest mało prawdopodobne, żeby moi czytelnicy go znali. Pewien krytyk nazwał go najbardziej szokującym (słowo disturbing jest prawie tak samo trudne do oddania po polsku, co compliance; „niepokojący” bądź „poruszający” wydają się za słabe, a „szokujący” za mocne) filmem w historii. Jak wiadomo żadna pornografia ani krwawe jatki nie szokują już dziś nikogo, a choć Compliance zaliczyć można do gatunku dreszczowców (thriller), to nie jest on w żadnym razie filmem sensacyjnym. Jest to dramat fabularny, o wszelkich cechach najlepszych filmów dokumentalnych.
Rzecz dzieje się w taniej restauracji pod fikcyjną nazwą Chickwich; a dokładniej w klaustrofobicznym zapleczu małej, prowincjonalnej, taniej knajpy. Restauracje tego rodzaju, tzw. fast food, zatrudniają zazwyczaj szeroki przekrój społeczeństwa, od nastolatków do ludzi w wieku emerytalnym. Fabuła jest bardzo prosta: policjant informuje przez telefon kierowniczkę restauracji, że jedna z jej podwładnych okradła klienta. Kierowniczka nie chce początkowo wierzyć oskarżeniom, ale w końcu zgadza się wezwać młodziutką pracownicę imieniem Becky, przeszukać jej rzeczy, następnie rozebrać ją, odebrać ubranie, uwięzić pod okiem mężczyzny itd. Nie będę opowiadał dalszych szczegółów, bo film jest wart obejrzenia. Dość powiedzieć, że krok po kroku, unikając łatwizn i sensacji (kamera nie pokazuje nagości uwięzionej Becky), autorzy ukazują nam, jak sympatyczni skądinąd ludzie postępują wbrew wszelkim normom przyzwoitości, robią okropne rzeczy z jednego tylko powodu: wydaje im się, iż nie mają innego wyjścia, bo tego się od nich oczekuje.
Najważniejszą dla naszych rozważań, ale także najdziwniejszą cechą tego filmu, jest zdumiewający fakt, że fabuła oparta jest na autentycznych wydarzeniach. W 2004 roku w restauracji McDonalda w Mount Washington miała miejsce taka sama sytuacja jak ta opisana w filmie. Co więcej, autorzy filmu twierdzą, że podobnych wypadków było na terenie Stanów Zjednoczonych ponad 70.
Zasadnicze pytanie jakie staje przed zaszokowanym i zaniepokojonym widzem jest następujące: jak jest możliwe, że ludzie ze wszech miar porządni, ludzie, których nie zawahalibyśmy się nazwać dobrymi, robią rzeczy głupie i złe? Wszyscy uczestnicy tej koszmarnej sytuacji są ofiarami. Oczywistą ofiarą jest poddana ciężkiej próbie Becky, ale ofiarami są także wykonawcy rozkazów policjanta. Każdy z bohaterów przechodzi przez ten sam schemat: najpierw niedowierzanie, krótka próba oporu, a potem rezygnacja: skoro domaga się tego policja, prawo, autorytet, władza – no, to jak inaczej? Nie ma innego wyjścia! Po co się narażać? Wykonują polecenia niechętnie, ale też policjant nie oczekuje od nich entuzjazmu, tylko uległości. Owszem wszyscy są ofiarami, ale w ostatecznym rozrachunku, nie są ofiarami policjanta, a raczej własnej uległości.
My, widzowie, od samego początku wiemy coś na temat policjanta, czego nie wiedzą uczestnicy wydarzeń. Ale okropność opisanej sytuacji polega na tym, że obiektywny widz staje przed niepokojącym dylematem, jak byłby się zachował, kiedy na szali leży subiektywne przekonanie, że można stracić posadę, że mogą wypłynąć na wierzch jakieś drobne grzeszki, a to drzwi do lodówki zostały otwarte przez całą noc, a to wypiło się kilka piw przed przejażdżką samochodem. Policjant w rzeczywistości nic nie wie, ale sugestywnie tworzy wrażenie, że wie wszystko. Policjant jest daleko, choć wydaje się, że jest blisko. Wydaje się być tuż tuż, wszyscy czekają na jego przybycie jak na zbawienie. I prawie nikt nie wypowiada wobec niego sakramentalnego słowa: NIE. Każdemu uczestnikowi wydarzeń nasuwają się wątpliwości, ale myśl o oporze jest odrzucona wobec narzucającej się oczywistości, a w takim razie po co się wychylać wobec władzy, po co się narażać na nieprzyjemności. Powiedziałem przed chwilą, że prawie nikt nie stawia oporu, bo kiedy młody chłopak niepewnie odmawia wykonania jakiegoś rozkazu, to policjant pozbywa się go prędko. Powszechna uległość i przyzwolenie na najgorsze obrzydliwości mogłaby bowiem łatwo prysnąć, niechby tylko jedna osoba wypowiedziała swoje NIE albo choćby wyraziła bardziej stanowczą wątpliwość. Wyłączenie opornych poza nawias jest więc pierwszym wymogiem „władzy” reprezentowanej przez policjanta, władzy, która domaga się uległości.
Powolny i bolesny – całkiem dosłownie: bolesny – rozwój wypadków stwarza napięcie niezbędne w fabularnym filmie, ale powoduje także, iż Compliance staje się czymś w rodzaju eksperymentu psycho-socjologicznego, a jednocześnie politycznego traktatu. Autorzy nie stawiają tez, ani nie formułują teorii – na tym polega wielkość ich filmu – interpretacja dzieła należy do odbiorcy, toteż my, widzowie, skazani jesteśmy na interpretację; mamy wręcz obowiązek zastanawiać się, próbować zrozumieć i wyciągać wnioski z przedstawianej nam wiwisekcji ludzkiej natury.
Mógłbym poddać szczegółowej analizie subtelność metod policjanta, począwszy od podchwytliwego pytania o blondynkę przy kasie – „Becky?” odpowiada zdziwiona Sandra, „Tak, Rebecca,” odpiera z pewnością siebie policjant – poprzez delikatne zmiany tonu między szantażem a przymilnym ugłaskiwaniem ofiar, aż do grania na lękach i żądzach. Ale chciałbym uniknąć wrażenia, że metody policjanta są w moim mniemaniu jakimś skrótem myślowym czy symbolem Metody, leninowskiej Metody, która jest istotą komunizmu. Tak nie jest. To nie sprytna psychotechnika (tfu, co za słowo!) policjanta jest kluczem do rozumienia filmu, ale reakcja na jego machinacje.
W ludzkiej naturze leży potrzeba podporządkowania się. We wspólnocie pierwotnej prymitywnych neandertalczyków, uległość silniejszemu była zapewne jedyną szansą na przetrwanie. Wybór musiał być prosty: stanąć na zewnątrz grupy i paść ofiarą dzikich zwierząt, albo znaleźć się w grupie i poddać się władzy silniejszego. Społeczności osiadłe, uprawiające ziemię, oddawały najprawdopodobniej część płodów rolnych myśliwym, w zamian za „opiekę” przed innymi myśliwymi. I tak zrodził się podział na, jak by powiedzieli Marks z Engelsem, „klasy”; na rolników i rycerzy, na chłopów i panów. Polecenia rycerzy były wykonywane bez szemrania, ponieważ byli oni wprawieni w walce i zazwyczaj mieli w ręku broń. Klasycznym tego rodzaju przypadkiem w świecie antycznym jest Sparta, gdzie Lacedemończycy, tzw. Równi, trzymali helotów w strasznej niewoli, choć to heloci właśnie byli autochtonami w Lakonii. Schemat ten powtarzał się potem przez wieki. Innymi słowy, uległość wobec autorytetu władzy jest stara jak świat, i leninowska Metoda wyzyskuje ten element ludzkiej natury, jak nikt inny. Ale czy cecha ta nie miała zaniknąć we współczesnych społeczeństwach tzw. demokratycznych? Przecież Compliance nie dzieje się w sowietach. Nie mówimy wcale o zsowietyzowanych społeczeństwach sowieckich, ale o mieszkańcach tzw. demokracji zachodnich, jak choćby Becky i jej prześladowcy. Czyż uległość nie miała być przeżytkiem najczarniejszej reakcji?
Faktem jest, że w świecie „praw człowieka” nie ma wiele uległości wobec autorytetów. Każdy ma „prawo do pracy”, które w praktyce oznacza „prawo do zasiłku”, po co miałby więc okazywać szacunek dla kogokolwiek? Pociągi nie jeżdżą na czas, bo wydanie komuś rozkazu równa się narażeniu na proces sądowy. Nikt nie wykonuje powierzonych sobie zadań, bo nie musi, i nie ma na niego żadnych sankcji. Zanik wszelkiego szacunku jest jedną z przyczyn upadku Zachodu. A jednak uległość nie zanikła w zupełności. Została raczej zastąpiona uniżonością wobec innych autorytetów. Większość ludzi byłaby gotowa uznać autorytet policji, ale ci którzy go nie uznają poddają się przywódcom band. Najbardziej bojowi i zadziorni pracownicy ulegają autorytetom przywódców związkowych. Aroganccy finansiści, którzy traktują swych podwładnych jak niewolników, a na wszystkich innych patrzą z taką wyższością, że żaden pańszczyźniany chłop nie bywał tak psychicznie tłamszony przez pana – otóż ci wszyscy Masters of Universe są jednocześnie potulnymi myszkami wobec swoich własnych zwierzchników.
Dobrze, ale jeśli przyjąć za udowodnione, że uległość wobec wszelkiej władzy jest powszechna, to czy można rzeczywiście twierdzić, że jest podstawą bolszewickiej Metody i jednocześnie istotnym składnikiem życia w zorganizowanych grupach? Czy te dwie konkluzje się wzajemnie nie wykluczają? Jest to trudność, której warto baczniej się przyjrzeć.
Koherentne, tradycyjne społeczeństwo ma strukturę orkiestry symfonicznej. Indywidualne talenty każdego z muzyków są spożytkowane dla dobra orkiestry. Tylko dzięki ich dobrowolnej decyzji, by poddać swą indywidualność nadrzędnej myśli, powstać może inna jakość – harmonia. Muszą jednak w pierwszym rzędzie być rozwiniętymi jednostkami. Społeczeństwo, które wspomaga rozwój każdej jednostki zyskuje ogromnie na wszystkich indywidualnych – i indywidualistycznych – talentach. Ilustruje to znakomicie inny film, Próba orkiestry, wielkiego Federico Felliniego. W pierwszej części jesteśmy świadkami serii wywiadów z członkami orkiestry, każdy opowiada o charakterze swego instrumentu i każdy jawi się jako ekscentryczna osobowość. Podczas przerwy w próbie, dyrygent narzeka, że muzycy zatracili szacunek dla autorytetu, że nie chcą brać udziału, że nie interesuje ich muzyka. Na sali tymczasem wybucha anarchia, rozagitowani grajkowie porzucają instrumenty, wypisują hasła na ścianach, skandują przeciw dyrygentowi. Niszczą podest dyrygenta, a na jego miejsce stawiają gigantyczny metronom, aby już po krótkiej chwili odrzucić także metronom. Nie muszę dodawać, że nikt już nie uprawia muzyki.
I wtedy wydarza się tajemnicza katastrofa. Sala wypełniona jest pyłem. Pokryci kurzem muzycy zbiegają się wokół dyrygenta, który namawia ich łagodnie do gry, bo tylko sztuka może ich uratować w trudnych chwilach. Grają, jak nigdy dotąd. Ale dyrygent nie jest zadowolony. Strofuje ich, ruga, po czym zaczyna na nich wrzeszczeć i w końcu przemienia się w karykaturę Hitlera i Mussoliniego.
Przesłanie filmu jest oczywiste. Zniszczenie tradycyjnego społeczeństwa prowadzi do anarchii i może łatwo doprowadzić do sytuacji, w której jedynym wyjściem wydaje się tyrania. Tylko tradycyjny model społeczeństwa potrafi znaleźć trudną równowagę między wymogami rozwoju jednostki i społeczną harmonią. Czy jest w arcydziele Felliniego jakaś wskazówka dla naszych rozważań? W wypadku obu filmów – czy raczej obu opisywanych sytuacji – mamy do czynienia z uległością, ale szacunek muzyka dla dyrygenta wydaje się pozytywny, gdy posłuch wobec policjanta miał tylko negatywne skutki. Dlaczego? Co sprawia, że ten sam mechanizm obraca się w swoje przeciwieństwo?
Zaryzykuję twierdzenie, że różnica polega na stosunku do wartości i do własnej indywidualności, do własnego sumienia. Muzyk w orkiestrze poddaje się przywództwu dyrygenta, by tym pełniej dać wyraz swemu talentowi, by znaleźć ekspresję dla wartości, których nie może wyrazić sam. Zastraszeni pracownicy restauracji nie mają żadnych wartości na uwadze. W rezultacie, okazują się gotowi dokonać najgorszych rzeczy, bo nie mają żadnej koncepcji absolutnej moralności, ich poczucie wartości jest wyłącznie utylitarne.
Innymi słowy, istnieć musi pozytywna uległość i negatywna – tylko jak je rozróżnić?
Żyjemy w świecie, w którym tradycja jest wyśmiewana, gotowe formy honoru, obowiązku, poświęcenia i powinności, przekazywane przez wieki z pokolenia na pokolenie, odrzucone są jako skostniałe frajerstwo, dla którego nie może być miejsca „w XXI wieku”, a wiara w Boga jest przedmiotem pobłażliwych porównań do schizofrenicznych rozmów z wyimaginowanym przyjacielem. Artyści i filozofowie, najlepsi synowie i córki ludzkości, z samozaparciem godnym lepszej sprawy występują przeciw temu wszystkiemu co piękne i dobre, przeciw wszelkim wartościom, za bożka obrawszy sobie dobro wyjącej tłuszczy. Tłum natomiast widzi jasno, że skoro wszystko co mu dawniej wpajano jest tylko przesądem, to wszystko jest dozwolone. Każdy drań opiera swoje draństwo na zdrowym rozsądku, na utylitarnej kalkulacji: opłaca się czy nie? Podczas gdy każdy porządny człowiek, który chce postąpić w zgodzie z jakimiś zasadami, bądź choćby tylko uczciwie, wygląda na frajera, a co gorsza, na głupca. Każda zasada została wielokrotnie skompromitowana, więc w imię czego odmówić wykonania rozkazów tajemniczego policjanta?
I tak doszliśmy do Iwana Karamazowa i jego sławnego dictum: jeśli Boga nie ma, wszystko jest dozwolone. W wierze w Boga bowiem zakotwiczone jest przekonanie o absolutności i obiektywności porządku moralnego, i żeby nie wiem jak chcieli, wszyscy darwiniści i utylitaryści razem wzięci nie znajdą żadnego sposobu, by utrzymać przekonanie tłuszczy, że nie wolno, skoro tak skutecznie dowiedli, że właśnie wolno. Zbudować zatem musieli społeczeństwo widm, ludzi pustych wewnętrznie, ale sytych; cywilizację opartą na produkcji i zysku, na chlebie i igrzyskach – cywilizację pogańską, której jedyną alternatywą jest niemniej pogańska cywilizacja ludzi głodnych, oparta na kontroli i braku, na przymusie i uległości.
W tej pierwszej cywilizacji „indywidualistą” jest młodociany bandyta, który odmawia chodzenia do szkoły, natomiast granie w orkiestrze symfonicznej jest wyrazem „poddaństwa duchowego”. Posłuszeństwo wobec przełożonych zbywane jest pogardliwym machnięciem ręki, a wykonywanie najbardziej amoralnych rozkazów jest racjonalne i utylitarnie słuszne.
W moim przekonaniu oba filmy, ciekawy amerykański indie i klasyczny film Felliniego, wskazują, jak bardzo bolszewizm dostosowany jest do pewnych aspektów ludzkiej natury. Czy musi to wszakże prowadzić do katastroficznych wniosków? Nie musi. Doprowadzić może do takich wniosków tylko tych, którzy nie dostrzegają siły tradycyjnego modelu społeczeństwa opartego na twardym fundamencie absolutnych i obiektywnych wartości oraz na jasnych obowiązkach moralnych zakorzenionych w indywidualnym sumieniu, poprzez które przemawia do każdego z nas Głos Boży.
Natura ludzka jest w swych zrębach niezmienna. Każde pokolenie musi się borykać ze swoimi wersjami tych samych problemów i znajdować rozwiązania w ramach tej samej, danej nam natury. Odnoszę przykre wrażenie, że nasze pokolenie radzi sobie wyjątkowo źle ze stosunkiem do autorytetów, czego oba filmy są ciekawym świadectwem.
Żaden z bohaterów filmu Compliance ani żaden uczestnik prawdziwych wydarzeń, na których osnuta jest fabuła, nie musiał zachować się tak, jak się zachował. Nikt nie był zmuszony, nie byli poddani torturom ani nawet nieznośnej presji psychicznej. Mogli i powinni byli się oprzeć zakusom policjanta.
I my tak samo powinniśmy być w stanie oprzeć się postępom leninowskiej Metody.