„Dostosować człowieka do bolszewizmu…”
Trzecia nasza Ankieta poświęcona, najoględniej rzecz ujmując, istocie bolszewizmu, uświadamia ponad wszelką wątpliwość przynajmniej jedno – oczywistą złożoność tego „zjawiska”. Pośród wszystkich autorów wypowiedzi nie było bodaj nawet dwóch, którzy zaprezentowaliby identyczne podejście do problemu. Bolszewizm wciąż wymyka się jednolitej definicji.
Prawda to czy nie, ów brak jednolitej odpowiedzi nie powinien nas zanadto martwić. Obok niewątpliwych swoich zalet, lotności i lapidarności, definicje koherentne grzeszą niekiedy jednym – niepełnością. Wbrew swoim pretensjom do ścisłości, nie wyczerpują tematu. Może więc lepiej na zjawisko o tak wielkim znaczeniu dla naszej egzystencji, kultury, historii nie nakładać uniformu ujednoliconej formuły, skrywającej nieopacznie to co może istotne, ale prezentować owo w całej jego nieprzystojnej nagości? Spójrzmy na rzecz w sposób empiryczny, kusząc się o ułożenie na podstawie wszystkich wypowiedzi (które łącznie mogłyby wypełnić sporych rozmiarów broszurę) wspólnego obrazu bolszewickiej zarazy, próbując odpowiedzieć na pytanie, czy zaprezentowana w Ankiecie różnorodność da się ze sobą, być może, pogodzić. Spróbujmy napisać, a raczej streścić, rozległą definicję bolszewizmu.
Postarajmy się na początek wyjaśnić problem bolszewickiej niejednoznaczności? Czyżby brakowało źródeł, dowodów świadczących dobitnie o charakterze omawianego zjawiska? Oczywiście, nie. Jeśli odczuwamy w tym punkcie pewien dyskomfort, wiąże się on zdecydowanie z nadmiarem, nie zaś z niedostatkiem. Wiemy dużo, wystarczająco dużo, aby wyrobić sobie opinię. Skąd zatem problem ze zrozumieniem bolszewickiej istoty, który sygnalizowaliśmy w pierwszym pytaniu Ankiety?
Komunizm (bolszewizm) – podpowiada pan Amalryk – jest rodzajem społecznego AIDS, który, podobnie jak jego biologiczny odpowiednik, jest trudny do zniszczenia. Decyduje różnorodność nieustannie mutującego materiału genetycznego, powodującego powstawanie coraz to nowych form wirusa. Niezmienny w swoich celach, metodach, istocie, bolszewizm nieustannie politycznie mutuje, jest doskonale elastyczny. Dlatego właśnie, mimo całej swojej konsekwencji, bolszewizm tak łatwo (i wielokrotnie na przestrzeni ostatnich stu lat) zamazuje przed publicznością swoje prawdziwe intencje.
Niezrozumienie bolszewizmu wynika wprost z jego istoty, z bolszewickiego kłamstwa, z odwracania rzeczywistości i sensu słów. Wszyscy bodaj uczestnicy Ankiety wyrażają zbliżony pogląd. Kolejne NEP-y – tak pisze pan Orzeł – odbierają argumenty tym, którzy „chcieliby bić na alarm”. Bolszewizm – stwierdza z kolei pan Tomasz Sobieraj – to rodzaj etycznej choroby, tyle że chorzy uważają się za zdrowych. Inaczej, ale czy sprzecznie? Czy nie jest tak, że za fenomen nierozpoznania istoty bolszewizmu odpowiedzialna jest moralna dysfunkcja, przyzwolenie na jawne, brutalne kłamstwo, byle tylko było uspokajającym zmysły (bo przecież nie sumienie)? Pan Andrzej Dajewski ujmuje rzecz konkretniej i pisze: kwestią zasadniczą jest „realizm”, który można sprowadzić do braku „poczucia rzeczywistości”. Kwestia bolszewizmu traktowana jest „życzeniowo”, nie zaś „rzeczowo”. Czy i pod tym elementem wspólnej definicji nie warto się podpisać? Twierdząco odpowiada pan Marek Kowalski: „Daliśmy się nabić w butelkę. Błąd polegał na braniu bolszewickich prowokacji za rzeczywistość.” Pan Bogusław Bielecki, potwierdzając w swojej wypowiedzi ten pogląd („Bolszewizm kreuje stany świadomości, które są często bardzo odległe od rzeczywistości.”), dodaje kolejną cechę, istotną dla upowszechnienia milczącego przyzwolenia na bolszewizm. Cechą tą jest umiejętność kreacji powszechnego przekonania o tegoż bolszewizmu nieuchronności i praktycznej niezniszczalności. Inaczej, ale czy nie tkwi w tym poglądzie cząstka słuszności? Czy silnie ugruntowane przeświadczenie o nieodwracalności nie jest katalizatorem probolszewickich zachowań? Muszę przyznać – uzupełnia swoją myśl pan Bogusław – że czytając wpisy moich poprzedników, tu i ówdzie ta niezwykła bolszewicka umiejętność okazuje się skuteczna i na tym forum. Czyżby była to próba „rozpętania” podziemnej dyskusji?
Pan Jaszczur zwraca uwagę na klasyczny problem nierozpoznania istoty komunizmu, co w praktyce uniemożliwia właściwą jego ocenę. Zakłada się – pisze w swoim wywodzie – że komunizm stara się realizować cele „pozytywne”, a co za tym idzie, większość badaczy tego zjawiska, nie pojąwszy jego istoty, błędnie postrzega także poszczególne jego etapy. Trudno się z tym nie zgodzić. Bolszewizm zawsze skupia wokół siebie masy zwolenników ideowych, niezależnie od aktualnego etapu. Czy akurat zabiera pieniądze czy rozdaje, zwalcza homoseksualizm czy popiera, pilnuje małżeńskiej moralności czy promuje wspólność kobiet, zwalcza instytucje religijne czy też wchodzi z nimi w alianse, nieodmiennie dysponuje rzeszami entuzjastów.
Jest wiele form transformacji bolszewizmu na przestrzeni XX i XXI wieku, słusznie dopisuje w tym samym duchu pani Amelka. Formy te niewątpliwie nie ułatwiają rozpoznania rzeczywistości. Pan Gniewoj, ostatni (jak do tej pory) uczestnik Ankiety, podejmuje jeszcze jeden, niewątpliwie bardzo istotny wątek, sprzyjający rozpowszechnianiu się bolszewickiego kłamstwa. To nic innego, a ludzka prozaiczna pycha, zadufanie się w sobie, iluzoryczna wiara w zwycięstwo, rzec by można „zwycięstwo bez walki” (w tym jednak przypadku idee Sun Tzu nie mają nic do rzeczy). Pan Gniewoj pisze po prostu: „Wedle „realistycznej” interpretacji rozpad ZSSR, a więc upadek komunizmu, a więc i przywrócenie wolności zniewolonym to efekt działań Wolnego Świata.” A ponieważ – dodajmy – taka interpretacja nigdy nie była ugruntowana w faktach, przezorny świat realizuje mimochodem starą zasadę obyczajową, tę mianowicie, że darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby.
Istota bolszewizmu ujawnia się w mechanice jego funkcjonowania i w reakcji na nią. Absurdalne bolszewickie kłamstwo nie natrafia na mur oczywistego, zdać by się mogło, oporu, ale na otwarte drzwi afirmacji. Czynników decydujących odkryliśmy wiele: najróżniejszego rodzaju ułomności mentalne i moralne. Czy nie wiedzie to nas niechybnie w rejony skrajnego pesymizmu? – Na to pytanie postarajmy się jeszcze nie odpowiadać.
Zanim zagłębimy się na dobre w tajniki ludzkiej natury, spróbujmy na ohydę bolszewizmu spojrzeć w sposób możliwie pragmatyczny, nie rwąc, jak to zwykle, włosów z głowy nad nieszczęściem pochłaniającym ludzkość, ale przeciwnie, skupiając stateczną uwagę na ewentualności, choćby najbardziej mglistej i odległej, pokonania tego monstrum. Od czegóż wypadałoby zacząć?
Pierwszy obowiązek każdego stratega wydaje się dość oczywisty. Jest nim poznanie wroga, zrozumienie reguł, według których funkcjonują jego instytucje, uchwycenie jego mentalnej kondycji, przede wszystkim celów jakie przed sobą stawia, jego ambicji i apetytu. Dlatego dwa nasze kolejne pytania podyktowane były chęcią zebrania odpowiedzi na wzajemnie uzupełniające się problemy: metody i aspiracji. Spójrzmy, co udało się zgromadzić.
Pan Orzeł, wyrażając przekonanie, że historia bolszewizmu-komunizmu jest historią kolejnych, zaplanowanych wcześniej etapów (takie przekonanie wyrażała zdecydowana większość uczestników Ankiety), zwraca baczną uwagę na jeden z najistotniejszych fenomenów współczesnego „etapu”, fenomen „europejskiej unii”, która – jak stwierdza – „stała się swego rodzaju recydywą Związku Sowieckiego”. Zauważa przy tym trafnie, że nowa bolszewicka instytucja skutecznie opanowała sztukę manipulowania rzeczywistością, wyśmienicie naśladując swojego moskiewskiego rywala-sprzymierzeńca. Istotnie, jeśli uznać etapowość bolszewickiej metody politycznej, agresywne cele pierestrojki, niewątpliwy fakt przyjęcia przez zachodnioeuropejskie instytucje bolszewickich manier, w dodatku w chwili rzekomego upadku komunizmu, rzeczywistość polityczna ostatnich dwóch-trzech dziesięcioleci rysuje się w nowym świetle. Nie dość, że nie ma mowy o upadku komunizmu-bolszewizmu w jego formie klasycznej, odnotować trzeba jego wielki tryumf w tej części Europy, którą kiedyś zwykliśmy nazywać wolną. Stawia to oczywiście obecny etap bolszewizmu w klarownej perspektywie. Bez środków przymusu, wojny i terroru, bolszewizm opanowuje nowe terytoria, społeczności, narody, a przy tym – jak słusznie zauważa Tomasz Sobieraj „…zniewolenie dokonuje się bezboleśnie, niemal przyjemnie, tak że niewolnik nie zdaje sobie sprawy z tego, że jest niewolnikiem.” Andrzej Dajewski, podobnie jak wcześniej pan Orzeł, także podkreśla agresywne „walory” pierestrojki, której następstwem jest według niego „…likwidacja strefy wolnorynkowej w Europie i powstanie w jej miejsce struktury o anty-wolnościowym obliczu ideologiczno-politycznym, neutralizacja NATO itd.”
Czy klasyczny podział bolszewickiej historii na kolejne etapy ma w ogóle sens? Takie pytanie, niejako mimochodem, zadaje pan Amalryk, i nie jest w tej swojej wątpliwości osamotniony. Bardziej jeszcze stanowczy w tej materii pogląd formułuje Bogusław Bielecki, kwestionując – podobnie jak pani Amelka – samo istnienie bolszewickich etapów. Natura bolszewickiej metody pozwala bowiem na nieograniczoną ilość taktycznych manewrów oraz pełną elastyczność działań, a jedyna obowiązująca bolszewika zasada to brak zasad. Mimo, że trudno zgodzić się z tak rygorystycznym wykluczeniem „etapowości” z bolszewickiej praktyki, istota tego spostrzeżenia wydaje się jak najbardziej trafna, co zresztą bardzo łatwo potwierdzić u samego źródła, choćby w dziele Lenina „Dziecięca choroba ’lewicowości’w komunizmie”, w którym twórca bolszewizmu przekonywał, że w razie zaistnienia takiej „potrzeby”… można „zdecydować się na wszelkie podstępy, fortele, sposoby nielegalne, przemilczanie, ukrywanie prawdy…” byleby tylko osiągnąć upragniony cel. Dlatego niewątpliwie rację ma Marek Kowalski, który przyjmując, że bolszewicy działają w oparciu o ściśle ustaloną strategię, dostrzega jednocześnie, że nie ma takiej wolty taktycznej, jakiej nie byliby gotowi przyjąć. Mamy tu więc zjawisko, które pan Jaszczur z wielką słusznością określa lapidarną formułą „etapowej mądrości”. Wedle tej zasady swobodnie można porzucić oficjalną ideologię, najważniejsze instytucje, nawet nominalne rangi czy oficjalną hierarchię, można też ogłosić własne bankructwo i upadłość, tak naprawdę niczego to nie zmienia, jeśli tylko metody pozostają w swojej istocie niezmienne. Że taki sposób „uprawiania” polityki jest wyjątkowo skuteczny, wątpliwości nie ma pan Gniewoj. Bolszewizm nie jutro, nie w odległej przyszłości, ale już dziś odniósł zwycięstwo. Zastanawiające pozostaje tylko – kontynuuje pan Gniewoj – „Co ją [bolszewię] powstrzymuje przed jawnym ustanowieniem swojej władzy na świecie?… Niunia europejska wręcz krzyczy: bolszewio, weź mnie!”
Czy istotnie doszliśmy do „etapu” kulminacyjnego, bolszewickiego tryumfu? Rozstrzygnięcia wypada poszukać w ostatniej części Ankiety. Czy zatem obecna faza (jeśli trzymać się jej istnienia) „komunizmu” rzekomo „upadłego” wyczerpuje bolszewickie aspiracje, apetyt na władzę? W tym punkcie wypowiedzi uczestników Ankiety są, co zrozumiałe, bodaj najbardziej rozbieżne i to wydaje się najcenniejszym efektem podjętej próby.
„Bolszewia – tak stwierdza pan Gniewoj – nie zawładnęła światem, a co za tym idzie nie osiągnęła jeszcze swoich wszystkich strategicznych celów. Nie ma jednak powodów do zadowolenia. Etap formowania gorbaczowowskiego „europejskiego wspólnego domu” jest praktycznie na ukończeniu, zatem na przeszkodzie do ostatecznego zwycięstwa pozostały jeszcze tylko Stany Zjednoczone Ameryki, które raczej nie zdołają zachować „burżuazyjnego porządku świata”. Ostatecznym zwieńczeniem – przekonuje pan Gniewoj – będzie powrót do „leninowskich metod” i zaprowadzenie „raju krat”, tym razem na skalę globalną.
Podobną opinię, choć sformułowaną z nieco mniejszym przekonaniem, prezentuje pani Amelka. Dopuszczając ewentualność bolszewickiego tryumfu, wyraża jednocześnie przekonanie, że w obecnym wyścigu o palmę globalnego hegemona bolszewicy mają poważną konkurencję, „światową finansjerę i globalistów wszelkiej maści”, polityczne zjawiska, które zdają się „nabierać rozpędu ideologicznego, podczas gdy bolszewizm rozpęd ten wytracił”. Czy przedstawiciele dużych pieniędzy oraz zakulisowych intryg na skalę globalną mogą okazać się dla bolszewizmu równorzędnym rywalem? Problem tego rodzaju jest stawiany od dawna, bodaj czy nie od roku 1917. Już wówczas pytano, kto stoi za Leninem i jego kamratami: czy niemiecki sztab generalny, czy żydowscy bankierzy z Nowego Jorku? Niewątpliwie, każde pytanie (byle tylko uczciwie sformułowane) ma swoją wagę i swoją wartość, i każde z nich może nas prowadzić do nieosiągalnej prawdy. Gdyby rzecz dotyczyła konwencjonalnych stosunków politycznych, konwencjonalnej ery historycznej, gdy do zdobycia władzy wystarczała armia, choćby najemna, plus szczypta propagandy, pytanie takie miałoby swoją moc. Czy warto się jednak trzymać przypuszczenia, że pieniądz oraz wpływy znaczą cośkolwiek w erze bolszewizmu? Nieważne, którego z wodzów tego monstrum weźmiemy pod lupę, czy będzie nim Trocki zabiegający o pomoc międzynarodowej finansjery, Lenin paktujący z niemieckim Sztabem Generalnym, Stalin występujący o zachodnie technologie, czy Gorbaczow skutecznie maskujący prawdziwy stan sowieckiej gospodarki, pieniądze, inwestycje, zasoby materialne i ludzkie, wszystkie konieczne elementy tradycyjnej cywilizacyjnej egzystencji w przypadku bolszewizmu stanowiły i stanowią jedynie środek w realizacji nadrzędnego celu.
W swoim obszernym tekście pan Jaszczur zwraca słuszną uwagę na dychotomiczny charakter bolszewickiego celu. Tym celem jest oczywiście władza, „władza zarówno nad wszystkimi aspektami życia w danym państwie, jak i władza nad światem”. Ten cel nie został jeszcze osiągnięty. Niestety wiele wskazuje na to, że do jego ostatecznego osiągnięcia wiedzie prosta, niezbyt trudna droga. Szczegółowa analiza sytuacji geopolitycznej, jaką przeprowadza pan Jaszczur, prowadzi go nieuchronnie do ponurej (a może defetystycznej?) konstatacji, więc słusznie zapewne powtarza za Spenglerem: „…tylko marzyciele wierzą, że istnieje wyjście. Optymizm jest tchórzostwem”.
Odmienny pogląd, choć nie optymistyczny, prezentuje Bogusław Bielecki, który zdecydowanie dystansuje się od kategorycznych przepowiedni: „… jaką formę – powiada – przyjmie to narodzone w czasach Rewolucji Francuskiej monstrum, jak długo pożyje i czy przeżyje jest sprawą otwartą”. I taki punkt widzenia zasługuje na uwagę. Prognozując przyszłość, warto niewątpliwie pamiętać o jednej podstawowej zasadzie, tej mianowicie, że błądzenie jest rzeczą ludzką, a żaden człowiek nie ma patentu na nieomylność, i z tego punktu wychodząc, wypada pewnie przyjąć, że i bolszewikom może się niekiedy noga powinąć. Czy liczenie na taką okoliczność to kwestia zwyczajnej głupoty, optymizmu pomieszanego z tchórzostwem, czy przeciwnie – klarownego realizmu – to zagadnienie niełatwe do rozstrzygnięcia.
Marek Kowalski zwraca uwagę na kwestię fundamentalną, gdy pisze: „Bolszewizm to metoda zdobycia i utrzymania władzy, więc o jego „ideowych celach” nie może być mowy. Celem była sowietyzacja – triumf kłamstwa i obłudy, niewola myśli, zagłada ducha.” Warto to powtarzać bez końca. Wróg, z jakim mamy do czynienia, nie zasługuje na miano „wroga” w konwencjonalnym pojęciu. Bolszewizm nie wyciąga ręki tylko po nasze mienie, życie, wolność; bolszewizm chce „znicestwienia” (jak mawiał Marian Zdziechowski) całego świata, każdego ludzkiego istnienia, każdej duszy. Z takim „wrogiem” nigdy wcześniej w dziejach świata nie mieliśmy do czynienia.
Podobne zapewne myśli nastrajają pesymistycznie pana Amalryka, dlatego na pytanie o przyszłość zdaje się jakby wzdrygać ramionami. „Co dalej?” – powtarza i ma nam do powiedzenia same niemal nieprzyjemności: „Nie jestem optymistą. – pisze – Zagłada naszej cywilizacji wydaje się już być dokonaną, tryumf bolszewizmu oczywistym, zaś przyszłość niewesołą.” Gdyby nie wizja, podzielanej z Davilą, „Bożej niesprawiedliwości”, prezentowałby zupełny niemal brak nadziei.
Równie niewiele nadziei da się wyczytać ze słów Andrzeja Dajewskiego, wieszczącego powrót do bolszewickich „korzeni”, do stosowania bolszewickiej „nauki”, w celu stworzenia „globalnego człowieka bolszewickiego”. Wydaje się jednak, że p. Andrzej nie widzi przyszłości w sposób zdecydowanie jednoznaczny i może warto się tego trzymać. Ostatecznie, nie jesteśmy chyba zwolennikami historycznego determinizmu?
Światło w tunelu dostrzec można paradoksalnie w także ponurej wizji pana Orła: „Wygląda na to, że panowanie nad wiedzą historyczną jest nadal jednym z narzędzi sprawowania władzy. Historia jest obszarem o znaczeniu strategicznym, kto kontroluje pamięć ludzi sowieckich, ten jest automatycznie władcą ich dusz.” Zatem – taką myśl da się chyba wykoncypować – nie wolno opuszczać rąk, ani głów w poczuciu bezradności. Skoro bowiem „wiedza historyczna” jest przedmiotem bolszewickiej manipulacji, trzeba nam robić wszystko, aby ową wiedzę kultywować i chronić.
I może nawet silna chęć czynu natchnęłaby naszą relację nutą dzielnego optymizmu, gdyby nie Tomasz Sobieraj i jego rzetelne przemyślenia. „Widać – pisze pan Tomasz – taka jest natura człowieka, że woli jak świnia mieć pełne koryto w chlewie i iść na rzeź niż jak dzik brykać po lesie i umrzeć ze starości ewentualnie od kuli myśliwego.” Czy to nie ostateczne zaprzeczenie jakiegokolwiek sensu nadziei? Czy z prawdą tych brutalnych słów można polemizować? Czy tu, w podziemiu, skazani jesteśmy na wieczny pesymizm?