Zamknij
Michał Bąkowski

Kto wyklinał żołnierzy wyklętych? czyli o masowym antykomunizmie

12 kwietnia 2013 |Internet jako Wolna Trybuna, Michał Bąkowski
Źródło: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2013/04/12/kto-wyklinal-zolnierzy-wykletych-czyli-o-masowym-antykomunizmie/

Muszę zaprotestować!  Wbrew dziwnym słowom Darka Rohnka w artykule pt. Oj, lękam się polemik, nigdy nie byłem optymistą w kwestii polemiki jako formy wypowiedzi.  Jestem jak najbardziej pesymistą w tej sprawie, jestem bowiem zdania, że sztuka prowadzenia polemiki zamiera.  Nie może być inaczej w czasach, gdy z rzadka tylko czytuje się z uwagą cokolwiek, kiedy akcent kładzie się nieodmiennie na wyrażanie, a nie na argumentowanie.  Skoro wystarczy tylko wypowiedzieć własną opinię i nie trzeba jej w żaden sposób uzasadniać, to oczywiście mowy być nie może o dyskusji.  Stacje radiowe całego świata nadają programy, w których zaprasza się publiczność do wypowiedzenia się: jeden mówi x, a drugi y, jeden a, drugi nie-a – i co z tego wynika?  Nie ma żadnego zaangażowania intelektualnego, żadnej wymiany myśli.  Dwie strony pozostają w zupełnej izolacji, obojętne na przeciwne zdanie, pogardliwe wobec wszelkiego uzasadnienia, ale za to dumne ze swej tolerancji.  Tolerancja bowiem jest wysoko cenioną cnotą demokratyczną.  Nie jest to, rzecz jasna, prawdziwa tolerancja, a wyłącznie jej karykatura: indyferentyzm.

Jest wszakże możliwe popadnięcie w drugą skrajność: w sofistykę (często nazywaną także erystyką), tj. chęć wygrywania sporów niezależnie od obiektywnej prawdy bądź słuszności.  Próbując więc zachować sztukę polemiki w Podziemiu, musimy zastosować się do recepty Darka Rohnka, by „w ferworze polemicznych zabiegów” dostrzegać w odmiennym zdaniu ziarno prawdy, by unikać „naciągania faktów” i nie zapominać, „że ponad dążeniem do uzasadnienia naszych własnych racji, istnieje coś znacznie ważniejszego – sama prawda”.

A więc do rzeczy!  Widzę w artykule Darka trzy strefy, w których nasze opinie poważnie się różnią.  Pierwszą i najważniejszą jest masowość ruchów antykomunistycznych; tutaj przynależy także kwestia żołnierzy wyklętych, a ściślej: kto ich naprawdę wyklinał.  Drugą, jest rzekomy spór o potencjał dwóch kultur, masowej i elitarnej; tu z kolei wartą rozważenia jest recepcja Burke’a i jemu podobnych.  I wreszcie ostatnią sferą niezgody (a może tylko nieporozumienia) jest rola internetu, punkt wyjścia niniejszej debaty.

Czy istniał kiedykolwiek masowy ruch antykomunistyczny?

Cóż za pytanie?  A małoż to ludzi walczyło z bolszewią?  Czy Hitler i Goebbels nie wojowali ciągle z bolschevismus?  A ogromny Kuomintang Czang Kaj-szeka, czyż nie był masowym właśnie ruchem, zwróconym przeciw komunizmowi?  Potężny opór Rosjan wobec bolszewii w latach wojny domowej, czyż nie był kolejnym przykładem masowego ruchu?  A wojna polsko-bolszewicka?  Czyż nie cały naród polski wystąpił przeciw czerwonemu najazdowi?  No, i wreszcie te „tysiące organizacji” wymienione przez Darka.

Rzecz jednak w tym, że jeśli poskrobać, to wszystkie te organizacje okazują się albo ociupinkę za małe, by zasłużyć na miano „masowych” (w moich oczach, to je raczej wyróżnia pozytywnie, bo „masowy ruch” przykro zalatuje kołchozem, ale w tym wypadku poszukujemy „masowości”), albo okazują się cokolwiek odbiegać od antykomunizmu.

Nie będę tu powtarzał setek argumentów świadczących, że nazizm był wyłącznie wersją bolszewizmu; wersją ograniczoną przez przywiązanie do ideałów nacjonalistycznych, skazaną na porażkę przez zacieśnienie leninowskiej ortodoksji do ram jednego narodu.  Kuomintang należy niestety do tej samej kategorii.  Czang był rewolucjonistą, a na domiar złego współpracował z sowieciarzami znacznie dłużej niż Hitler.  Tak zwany „antykomunizm” Hitlera i Czanga był wyłącznie oportunistyczną walką z totalitarnym konkurentem.

No, dobrze, ale przecież, nasz polski rodowód antykomunistyczny jest nieposzlakowany: „hej, szablę w dłoń, bolszewika goń, goń, goń!”  A czyż nie „powiedział Piłsudski słowami wielkiemi, że nie będzie bolszewika na piastowskiej ziemi”?!  Powiedział… tylko, że w rzeczywistości Polska nie była skora do walki z komunizmem.  Piłsudski walczył z „czerwoną Rosją”, ale się jej bał mniej niż białej i wiele jego pociągnięć politycznych w praktyce uratowało międzynarodowy komunizm.  O hańbie ryskiej nie będę wspominał, pisaliśmy tu o tym wielokrotnie.  1 września 1939 roku Wódz Naczelny, marszałek Rydz-Śmigły, wydał słynny rozkaz do żołnierzy: „Za każdy krok zrobiony w Polsce musi wróg drogo zapłacić krwią.”  A 17 września: „Z bolszewikami nie walczyć, chyba w razie natarcia z ich strony albo próby rozbrojenia oddziałów.”  Pozwolę sobie zostawić te słowa bez komentarza.

Pozostawmy na boku akcję „Burza”, przekazywanie danych wywiadowczych sowieciarzom podczas II wojny, wysadzanie pociągów z uzbrojeniem podążających na front wschodni, wspólne „wyzwalanie” Wilna przez AK i armię czerwoną.  Zostawmy to, bo płakać się chce.  Pisaliśmy tu także kilkakrotnie o losach Kotwicza-Kalenkiewicza i Łupaszki-Szendzielarza.  A więc jaka była sytuacja, kiedy już nie mogło być żadnych wątpliwości co do intencji sowieckich, to znaczy po klęsce Operacji Ostra Brama, po aresztowaniu 16 przywódców Polski Podziemnej (nawiasem mówiąc, jest to z mojej strony tylko figura stylistyczna, gdyż w rzeczy samej nigdy nie można było mieć żadnych wątpliwości co do intencji sowieckich), kiedy bohaterski Kotwicz, autor planu operacji „wyzwalania Wilna”, już nie żył, a bohaterski Łupaszka otwarcie walczył z bolszewikami?  Jaka była wtedy sytuacja?  Czy istniał „masowy ruch antykomunistyczny” na ziemiach polskich?  Nie spierajmy się o drobiazgi: ilu żołnierzy czyni ruch masowym?  Nie ma na takie pytanie dobrej odpowiedzi.  Zgadzamy się z pewnością, że opór był znacznie poważniejszy na wschodnich ziemiach Rzeczpospolitej, czyli na dzisiejszej Litwie, Białorusi i Ukrainie, niż w prlu.  Ale i w prlu były oddziały, które podniosły oręż przeciw sowieckiemu najeźdźcy.  W dzisiejszym prlu bywają oni fetowani jako „żołnierze wyklęci”.  Jeśli masowość tego ruchu pozostaje dyskusyjna, to jak wygląda ich „antykomunizm”?  Przyjrzyjmy się jednemu z „wyklętych”.

Józef Kuraś, ps. Ogień, miał dobry patriotyczny rodowód.  Bracia walczyli w wojnie z bolszewikami, a on sam w kampanii wrześniowej.  W konspiracji już od listopada 1939 roku, znalazł się w AK w 1943 roku w randze kaprala.  Skazany na śmierć za niesubordynację (przez którą miało zginąć dwóch żołnierzy AK, ale zaznaczyć warto, że cała sprawa wyroku nie jest jasna), uciekł z kilkoma innymi do batalionów chłopskich, a w 1944 roku nawiązał kontakt z sowiecką jaczejką pod dowolną nazwą armii ludowej.  Brał czynny udział w propagandzie sowieckiej oskarżającej Akowców o współpracę z Gestapo, uznał „bolszewicki rząd lubelski” i całkowicie podporządkował się dowództwu al.  Wreszcie szczyt kariery tego „antykomunisty”: wspomagał armię czerwoną w zdobywaniu Nowego Targu.  Mianowany komendantem bolszewickiej milicji, odwołany, mianowany na szefa ub i znowu odwołany, uciekł w końcu do lasu (już w stopniu majora), obawiając się wyroku śmierci.  Innymi słowy, dopiero wtedy zaczął walczyć z sowieciarzami, gdy jego życie było zagrożone.  A dziś uważany jest za bohatera antykomunistycznego podziemia.  Jego obrońcy twierdzą, że współpraca z ub była zaledwie „próbą infiltracji”, a że wspomagał armię czerwoną?  No to co?  AK też wspomagało!  Trudno odmówić im słuszności.  W panteonie prlowskiego „antykomunizmu” bohaterskie negocjacje z msw, heroiczna pomoc dla krasnoarmiejców w okupacji Polski, wszystko to nie kłóci się z „antykomunizmem”.  Kuraś był klasycznym oportunistą: zwrócił się przeciw sowieciarzom dopiero wówczas, gdy (choć nie wiadomo tego na pewno) dowiedział się, że wiezie wyrok śmierci na siebie samego.  Był z pewnością fascynującą postacią, i pod piórem wielkiego pisarza, stałby się złożonym i ciekawym bohaterem – ale nie ideowym antykomunistą.  Jestem gotów wybaczyć mu wiele, bo w końcu zwrócił się przeciw bolszewickiemu najeźdźcy, ale jego motywy nie były czyste, a jego uprzednie zachowanie wobec tegoż najeźdźcy było zdradą.  Nazywanie Kurasia antykomunistą jest analogiczne do określania Czesława Miłosza tym mianem.  I jeden, i drugi przysłużył się bolszewickiemu najeźdźcy, po czym z jakichś powodów porzucił okupanta i obrócił się przeciw niemu: Kuraś z karabinem w ręku, Miłosz piórem.  Wydaje mi się, że należy uznać ich przemianę, wybaczyć im błędy, ale nie wolno czynić z nich bohaterów i wynosić ich na piedestał.

Nie sądzę, że Kuraś był reprezentatywny dla antybolszewickiego podziemia, ale nie był przecież także wyjątkiem.  Nie mam wątpliwości, że wśród licznych żołnierzy walczących z bolszewią w latach 40. byli ideowi antykomuniści, mam natomiast zastrzeżenia co do tego, jak „masowe” mogły być takie motywacje.  Musimy pamiętać, że źródłem wiedzy na temat liczebności oddziałów podziemnych była na ogół komunistyczna propaganda (dawniej), a dziś archiwa ub.  Ta pierwsza nie przejmowała się nigdy faktycznym stanem rzeczy, a przedstawiała taki obraz, jaki na danym etapie był jej właśnie potrzebny.  Historia WiNu jest w tym wypadku bardzo pouczająca.  Na archiwach ubeckich nie można w ogóle polegać, o czym pisałem obszernie w tekście o Operacji polskiej nkwd, i ta sama historia WiNu jest dobrym przykładem, jak należy w takich punktach być ostrożnym i sceptycznym.

Darek Rohnka wspomina także NSZ, wyklęte oddziały narodowe, które nigdy nie próbowały „dogadywać się z komunistami, a cel stawiali sobie jednoznaczny – usunięcie sowieckiej okupacji”.  Po czym zapytuje retorycznie: „Czy Twoim zdaniem to nie był ruch antykomunistyczny?”  Nie wypada mi doprawdy wobec wielkiego znawcy dzieła Józefa Mackiewicza powoływać się na Zwycięstwo prowokacji, gdzie w moim mniemaniu, autor wykazał, że nacjonalizm wyłącza się wzajemnie z antykomunizmem.  Muszę więc z przykrością odpowiedzieć, że podobnie jak Banderowcy na Ukrainie, NSZ – pomimo swej bohaterskiej walki, pomimo całej antykomunistycznej retoryki – nie były siłami prawdziwie antykomunistycznymi.

Rzecz jasna, poszukiwanie czystego i niezłomnego antykomunizmu nie jest naszym zadaniem.  Nie zamierzamy wystawiać cenzurek ani wysuwać oskarżeń w imię czystości intencji, należy jednak być świadomym, że nie każda walka z komunizmem podniesiona może być do rangi antykomunizmu.  Przykład Hitlera, który antykomunistą nie był, wydaje mi się rozstrzygający.

Dalej stawia Darek kolejne retoryczne pytanie na temat żołnierzy wyklętych: „Czy rzeczywiście większość społeczeństwa ich ‘wyklęła’ czy raczej wychowywała jeszcze wówczas młodzież śniącą o wyzwoleniu z pęt komunizmu, a epitet ‘wyklęci’ zawdzięczamy półwieczu komunistycznej indoktrynacji?”

Nie może być żadnych wątpliwości co do słuszności słów o indoktrynacji.  Propaganda prlowska konsekwentnie nazywała oddziały partyzanckie, które pozostały w lesie i kontynuowały walkę z sowieckim najeźdźcą – „bandami”.  Popiół i diament zarówno w wersji powieściowej Andrzejewskiego, jak i w znacznie lepszej i sławniejszej wersji filmowej Wajdy, jest przykładem takiej „inteligentnej roboty propagandowej”.  Bohaterami takich „dzieł” byli biedni, zagubieni chłopcy z lasu; chłopcy jak malowanie, ale ogłupieni propagandą z Londynu; ofiary zaplutych reakcjonistów, śliczni chłopcy, co szczerze pragnęli żyć i pracować dla Polski, ale zginęli w egzystencjalnym absurdzie pomylonych lojalności…  Bywała także propaganda mniej inteligentna, jak choćby niesławnej pamięci film Kuca pt. Znikąd donikąd (tytuł niewątpliwie celowo nawiązujący do arcydzieła Józefa Mackiewicza).  Zostawmy więc znowu bolszewicką propagandę na boku, bo robiła jedyne, co robić mogła.  Kazali wyklinać?  To wyklinano.  A tzw. społeczeństwo?  Czy rzeczywiście marzyło o wyzwoleniu z pęt bolszewii?  Jaki był jego stosunek do oddziałów leśnych?  Czy te liczne organizacje miały rzeczywiste poparcie w szerokim społeczeństwie?  Wyznaję, że nie badałem tego zagadnienia, ale delikatnie mówiąc, nie mam takiego wrażenia.  Co rzekłszy, chętnie dam się przekonać.

Tymczasem (tj. do czasu aż ktoś mnie przekona) spójrzmy na to w ten sposób: społeczeństwo z jednej strony bało się bolszewików, a z drugiej oczekiwało porady i przewodnictwa od przedstawicieli Kościoła, bo niby do kogo miało się zwrócić?  A jakie było oficjalne stanowisko Episkopatu?  14 kwietnia 1950 roku, zawarto w Krakowie „porozumienie między przedstawicielami Rządu Rzeczpospolitej Polskiej i Episkopatu Polski”.  Żeby uniknąć nieporozumień: ów „rząd” to była bolszewicka jaczejka z Bierutem i Cyrankiewiczem czyli reprezentacja sowieckiej okupacji Polski.  Natomiast na czele Episkopatu stał wówczas nie kto inny, jak Prymas Polski, Stefan Wyszyński.

Warto przyjrzeć się punktom 7 i 8 porozumienia.  Przytaczam je in extenso.

„7. Kościół – zgodnie ze swymi zasadami – potępiając wszelkie wystąpienia antypaństwowe, będzie przeciwstawiał się zwłaszcza nadużywaniu uczuć religijnych w celach antypaństwowych.

8. Kościół katolicki, potępiając zgodnie ze swymi założeniami każdą zbrodnię, zwalczać będzie również zbrodniczą działalność band podziemia oraz będzie piętnował i karał konsekwencjami kanonicznymi duchownych, winnych udziału w jakiejkolwiek akcji podziemnej i antypaństwowej.” *

Więc jeszcze raz: kto wyklinał żołnierzy wyklętych?

Z mojego punktu widzenia, zasadniczej wagi wydaje mi się uświadomienie sobie, że niestety nie było nigdy żadnych ruchów masowych przeciw bolszewikom.  Kiedy rzeczywiście strzelano do nich, to (jeśli tylko trochę poskrobać antyczerwoną patynę) okazywało się, że powody były inne.  Najbardziej masowym ruchem oporu była prawdopodobnie partyzantka kułacka w latach 20. głównie na Ukrainie, ale nie tylko.  Tłukli się z bolszewią bezlitośnie, ale ich motywy były bardzo różne, głównie bolesna świadomość, że sowiety są przeciw nim na śmierć i życie, że pragną ich zniszczyć bez reszty.  (Nawiasem mówiąc, nie jest to wcale zły motyw oporu, tylko nie do końca antykomunistyczny.)  Dalej był opór wśród ludów muzułmańskich imperium rosyjskiego, ale ci walczyli wyłącznie z „Rosją” i czerwonych nienawidzili tylko tak samo jak białych (w czym zresztą niewiele różnili się od Polaków).

Kiedy w latach 40. i 50. Józef Mackiewicz znalazł się w izolacji na „niepodległościowej emigracji polskiej”, to głównym problemem, pierwszą i naczelną przyczyną niezgody z otoczeniem, było jego głębokie przekonanie, że nikt nie walczył z okupacją bolszewicką.  „Wybijcie sobie z głowy, że Kraj walczy,” nawoływał, „odrzućcie ten mit.”  Cała emigracja, jednym głosem wołała o „oszczędzanie substancji narodowej”, a nie o walkę.  Nawet wówczas, gdy masowo podnoszono broń przeciw bolszewikom, nie czyniono tak z pobudek antykomunistycznych.  Gdybyż tylko wzniósł się okrzyk, „Dałoj, sowietskuju włast’!” i przerodził się w masowy ruch… – ale tak się nigdy nie stało.

Możemy się domyślać, że izolacja Mackiewicza-antykomunisty miała coś wspólnego z działalnością służb sowieckich wśród emigracji, ale była także naturalnym efektem pro-lewicowego nastawienia dominującego wówczas – tak samo jak dziś – na całym świecie.  Pozwolę sobie powrócić do tego punktu za chwilę.

„Nad słabością antykomunizmu można się długo rozwodzić, ale dlaczego stawiać sprawę tak drastycznie?”  Te słowa Darka zastanowiły mnie, przyznam.  Rozwodzenie nad czyjąś słabością uznałbym w zasadzie za znęcanie się, ale jak inaczej „stawiać sprawy”, jeśli nie drastycznie??  Sytuacja antykomunizmu jest, jaka jest, dlaczego nie nazywać jej po imieniu?  Czyżbym jednak był rzeczywiście winny odmawiania „przywileju pamięci” tym wszystkim dzielnym i szlachetnym ludziom, którzy z bronią w ręku walczyli z bolszewikami?  Jeśli którekolwiek z moich słów można zinterpretować w ten sposób, to wystarczyłoby zupełnie, żebym bez zwłoki wdział worek pokutny i podreptał do Kanossy.

Dwie kultury

Czy z dwóch kultur – masowej i elitarnej – ta pierwsza musi zawsze dominować, pyta Darek Rohnka.  Pytanie jest oczywiście paradoksalne, bo kultura masowa nie jest w ogóle kulturą.  Jest zaledwie pseudo-kulturą.  Jeśli kulturę definiować, jako uprawę ludzkich wartości, to tzw. kultura masowa jest ich tak doszczętnie pozbawiona, że nie może tu być mowy o jakiejkolwiek uprawie.  To co nazywamy masową kulturą jest jałowe, choć bez wątpienia wywodzą się z niej autentyczne prądy kulturalne, tylko muszą zostać wysublimowane i przeszczepione na żyzny grunt.  Nie może więc być mowy o żadnej dominacji.

Przypuszczam, że Darek miał na myśli narzucającą się dominację „popularności” czyli bezapelacyjne (bo statystyczne) zwycięstwo najniższych form kultury nad jej wyższymi wcieleniami.  Tylko że kultura nie powinna stawać w takich szrankach.  Wielka sztuka nigdy nie była popularna.  Poważna myśl nigdy nie mogła liczyć na masowy odbiór.  Nie ze względu na środki przekazu, ale raczej z powodu niewystarczających możliwości odbioru wśród szerokich mas…, ale zacznijmy od środków przekazu.  Zanim to uczynimy, musimy się tylko zgodzić, że można porównywać!  Jeśli bowiem nie wolno porównywać sytuacji przeciętnego czytelnika w AD 1791 i 2013 (a tak można zrozumieć słowa Darka) – to niczego w ogóle nie wolno porównywać, a gdzieżbyśmy byli bez porównań??  Brnijmy więc śmiało w porównania, a jakże!

W moim głębokim przekonaniu, zasadnicza, jakościowa różnica w metodzie rozpowszechniania idej zaszła wraz z wynalezieniem prasy drukarskiej.  Tak się składa, że zajmuję sią akurat innym tematem, w którym zastanawiam się dokładnie nad tym samym punktem: skryba w średniowiecznym klasztorze mógł przepisać jedną wielką księgę rocznie, a Guttenberg mógł wydać powiedzmy 150 egzemplarzy nakładu w ciągu pół roku, a może nawet kilku miesięcy.  Różnica jest więc kolosalna: 150 razy więcej!  Pojawienie się internetu nie dokonało takiej samej przemiany.  Różnica pomiędzy internetem a radiem (albo prasą, albo telewizją) nie jest tej samej miary.  W latach 50. szmatława angielska gazeta News of the World rozchodziła się w 9 milionach nakładu.  Na krótko przed zamknięciem w roku 2011 brukowiec nadal sprzedawał 2,6 miliona kopii.  Proszę mi pokazać witrynę internetową, na którą wchodzi – płacąc za to – 150 razy 9 milionów ludzi tygodniowo!  Nie ma tak masowego odbioru.  Internet nie jest więc zasadniczą zmianą na skalę guttenbergowską, jest po prostu kolejnym masowym medium, kolejnym środkiem masowego przekazu i musowego przykazu – to wszystko.  Podczas gdy druk był taką właśnie istotną przemianą.

A teraz wróćmy do atrybutów koniecznych dla odbioru kultury.  Niezależnie od środków przekazu, niezależnie od ich masowości bądź względnej elitarności, czy możemy się zgodzić, że Piero della Francesca nie może być popularny?  Czy Gesualdo może trafić do milionów?  Czy masy będą czytać Elliota albo Wittgensteina?  Darek wysuwa przykład Burke’a i jest to godne zastanowienia.

Przyznaję z radością, że nie wiedziałem nic o nakładach i wydaniach Refleksji.  Bardzo to było ciekawe i bardzo jestem wdzięczny za te informacje.  (Na marginesie dodam, że internet jest komicznym źródłem, bo moje poszukiwania na witrynie British Library dały inne rezultaty: większość tekstów na temat rewolucji w 1791 roku dotyczyła … Haiti.)  Czy jednak zmienia to moją percepcję dzieła Burke’a?  Nie zmienia.  Działa tu następujące prawo: percepcja nie powinna być funkcją recepcji.

Rewolucję (anty)francuską przyjęto na świecie zgodnie jako „jutrzenkę swobody”, pozwolę sobie jednak ograniczyć do recepcji w Anglii, gdzie ton w salonach (a nic poza salonami się nie liczyło) nadawali czterej wybitni poeci, Byron, Shelley, Wordsworth i Coleridge – wszyscy czterej (przynajmniej początkowo) popierali rewolucję (nawet sam Burke wahał się początkowo między admiracją i potępieniem).  Burke pisał wszakże na krótko po pierwszej fazie rewolucji, a poeci pisali wiele lat później.  Burke pisał przed królobójstwem i przed jakobińskim terrorem, ale precyzyjnie przedstawił naturę rewolucji; poeci perorowali na temat oderwanych idej i to oni sformułowali romantyczną wersję przewrotu.

Nakłady Refleksji rzeczywiście rozchodziły się, ponieważ  posiadanie tomu na poczesnym miejscu na półce uznane zostało za oznakę dobrego tonu wśród posiadaczy ziemskich (zaznaczam, że jest to wyłącznie moje osobiste odczucie, na które nie mam żadnych dowodów, ale szczerze wątpię, żeby rzeczywiście szeroko czytywano Burke’a).  Oddźwięk był wyjątkowy, ponieważ nie było żadnych innych dzieł, broniących ancien regime na tak wysokim poziomie.  Nie może jednak ulegać wątpliwości, że przeważająca większość reakcji na dzieło Burke’a była ostro krytyczna, począwszy od Paine’a The Rights of Man, poprzez pre-feministkę Mary Wollstonecraft (nb. była ona matką Mary Shelley), aż do wspomnianego uprzednio Williama Hazlitta.  Nie wspominam o żywiołkach drobniejszego płazu, ale tak czy owak Burke płynął pod prąd tak dalece, że nawet członkowie jego własnej partii Wigów obawiali się go poprzeć publicznie.  Chciałbym uniknąć fałszywego wrażenia, że czytywano Paine’a, Byrona, a nawet Mary Shelley więcej niż Burke’a!  Nawet ta ostatnia zdobyła prawdziwą popularność i stała się częścią masowej pseudo-kultury, dopiero wraz z hollywoodzkimi ekranizacjami Frankensteina.

Wracając do Burke’a, mamy tu do czynienia z XVIII-wieczną wersją pro-lewicowych sympatii wspomnianych wyżej.  Józef Mackiewicz określał to hasłem „lewa wolna!”, tzn. wróg jest tylko na prawicy.  Niestety nie inaczej było za czasów Burke’a i nie inaczej jest dziś.  Po co się narażać?  Po co wychylać się i oberwać po łbie?  Po co płynąć pod prąd?

To oczywiście ironia z mojej strony, bo naprawdę z prądem płyną tylko śmiecie.  Zmierzam jednak do tego, że w świetle faktów nie mogę się zgodzić co do recepcji Burke’a.  Darek pisze:

„W czasach Burke’a jego elitarne słowo nie tylko nie było skazane na niebyt, ale z niewątpliwą łatwością zdobywało popularność, i nie było to wyłączną zasługą jego oczywistego talentu.  Mądry głos nie był ignorowany.  Dlaczego?  Wymienię 3 powody: ponieważ intelektualne właściwości (i gusta) czytających ówcześnie pozwalały na jego ogarnięcie; ponieważ wszyscy roszczący pretensje do samodzielnego myślenia, w tym i pretendenci, nie śnili nawet, że poziom zostanie obniżony, dostosowany do ich aktualnych możliwości, byli za to gotowi na podjęcie intelektualnego trudu; sankiuloccy protoplaści dzisiejszych bolszewików nie znali widać konceptu, że najskuteczniejszą formą polemiki z myślą niebezpiecznie mądrą jest jej przemilczenie.”

Obawiam się, że jest to idealizacja przeszłości.  Jeśli było tak dobrze, to dlaczego było tak źle?  Co rzekłszy, Burke bronił istniejącego stanu rzeczy, nic więc dziwnego, że znalazł jakieś śladowe oparcie.  A od tego czasu jest zamilczany i przemilczany.  W dzisiejszych czasach Burke raczej „nasadziłby czapkę na oczy i poszedł z dwururką do lasu”, niżby miał przyłożyć rękę do obrony status quo.  Jeżeli jednak czegoś możemy się od niego uczyć, to chyba przekonania, że nie należy nigdy obniżać lotów dla dostosowania się do gustów chwili.

Internet jako Wolna Trybuna

Taki był punkt wyjścia niniejszej debaty: internet może być Wolną Trybuną.  Powiedzmy otwarcie: nie jest nią, ale zawiera taki potencjał.  Czy może być gorzej w kwestii świadomości? – zapytuje Darek.  Szczerze mówiąc, wyobraźnia podpowiada mi, że w tym względzie możliwości są nieograniczone.  Darek widzi w internecie obniżenie lotów w porównaniu z „dorożkarzem i gazetą” z wieku XIX.  Wyznaję, że nie widzę wielkiej różnicy.  Na koźle dorożkarskim z rzadka tylko czytywano filozofię, częściej brukowce.  Rynsztok jest popularniejszy niż Wieża z Kości Słoniowej, a gdyby nie był, to stałby się ucieczką dla łaknących i pragnących.  Z mojego punktu widzenia, atrakcją internetu jest ten niezwykły potencjał: może stać się Wolną Trybuną, a czy się stanie, to zależy tylko od nas.

Zaczynam dostrzegać, że moje trzy punkty są w istocie jednym i tym samym.  Antykomunizm nie mógł być masowy, bo nie przynależy do „masowej kultury”.  Burke nie może być powszechnie znany z tych samych dokładnie powodów.  Zasada „lewa wolna!” panuje niepodzielnie na wszystkich ideowych drogach świata od kilkuset lat.  Internet pozostanie rynsztokiem, bo taka jest jego natura.  Ale wszystko to furda!  Czy aby nie powinno nam być szczerze obojętne, z jakich motywów Kuraś strzelał do uboli?  Antykomunistą nie był, ale strzelał.  Burke’a nie będą czytać masy, i Bogu niech będą dzięki.  Czy nie wystarczy, że czytają go ludzie inteligentni?  Nie widzę powodów, dla których elitarna (czyli jedyna możliwa) kultura, miałaby kiedykolwiek „dominować” masową swą karykaturę.  Nie widzę powodów, dla których miałaby o to zabiegać, ale gdyby takie zabiegi podjęła, to poszłaby na kompromis, z definicji, przestałaby być kulturą i coś innego zajęłoby jej miejsce.

To coś innego byłoby jak drobny strumyczek, płynący w przeciwnym kierunku niż potężna, rwąca rzeka dziejów.  Byłoby jak wąziutka, niepozorna ścieżka, skryta w mroku, niewidoczna z wielkiej, rzęsiście oświetlonej, jednokierunkowej autostrady.  Byłoby jak płynięcie pod prąd.  Byłoby jak Podziemie, jak Wydawnictwo Podziemne w rynsztoku internetu.

Wyobraźmy sobie, że nie ma strony Wydawnictwa Podziemnego, czy tak byłoby lepiej?  Internet nie będzie nigdy barykadą, ale dzięki niemu mamy Wolną Trybunę, gdzie możemy się wypowiedzieć bez cenzury i bez nacisków.  Wielu przed nami nie miało takiej szansy.  Dlaczego więc narzekać na przemilczanie?  Czy nie powinniśmy w zamian zrzędzić, że być może nasze wypowiedzi nie są wystarczająco „mądre”, na wzór Burke’a?  Jedyne na co wolno nam wyrzekać, to poziom naszych własnych wypowiedzi, bo tylko na to jedno mamy wpływ…

Powrócę jeszcze na koniec do erystyki, tej diabolicznej sztuki wygrywania sporów.  Erystyka jest zawsze złym doradcą, ponieważ spór wygrany zgodnie z jej zasadami, nie przybliża nas do prawdy.  Nie ma w tym nic dziwnego, gdyż nazwa tej złej sztuki wywodzi się od Erydy, ciemnej bogini gniewnej niezgody.  A nam chodzi o twórczą niezgodę, nieprawdaż?

_______

* http://www.opoka.org.pl/biblioteka/T/TH/THW/porozumienie_RP_1950.html

Źródło:
Adres artykułu: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2013/04/12/kto-wyklinal-zolnierzy-wykletych-czyli-o-masowym-antykomunizmie/
Kategorie: Internet jako Wolna Trybuna, Michał Bąkowski
Zamknij
 |  https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2013/04/12/kto-wyklinal-zolnierzy-wykletych-czyli-o-masowym-antykomunizmie/