Wołodia Putin – aparatczyk z gutaperki (II)
Masza Gessen* opisuje obszernie okoliczności dojścia Putina do władzy. Nie będę jednak zajmował się szczegółami, które są znane czytelnikom niniejszej strony choćby z tekstu pt. „Burza w Moskwie”.** Dość powiedzieć, że Gessen relacjonuje fakty z podziwu godną dokładnością. Jej obiektywizm spotkał się jednak z krytyką z najbardziej niespodziewanej strony. Londyński The Economist napisał w recenzji, że „opowieść Gessen jest zeszpecona tendencją do dawania wiary najciemniejszym teoriom spiskowym, jak choćby przekonaniu, że zamachy bombowe na rosyjskie bloki mieszkalne w 1999 roku były dziełem siłowików.” Korci mnie, żeby powiedzieć, że postawa Ekonomisty jest zeszpecona hegeliańską tendencją do odrzucania faktów, kiedy nie pasują do teorii. W tym wypadku, teorią jest, że Rosja jest normalnym państwem, więc fakty takie jak wysadzanie w powietrze śpiących obywateli własnego kraju przez agencje rządowe, muszą być odrzucone jako „ciemne teorie spiskowe”, ponieważ nie pasują do jasnego obrazu dyktowanego przez wishful thinking. Tak długo, jak podobna postawa dominuje wśród wciąż jeszcze wolnych mediów na Zachodzie, nie ma żadnej szansy na realistyczną ocenę sytuacji w tak zwanej „Rosji”. Oczywiście poziom zachodniej prasy w ogóle jest niski, ale Ekonomista jest rzadkim wyjątkiem, więc rozczarowanie jest także większe; tym bardziej, że redaktorem wydziału spraw międzynarodowych w tym pismie jest znakomity Edward Lucas. Ale dość już o tym – gdzie ten Putin?
Kiedy już jelcynowska „Rodzina” zdecydowała, że Putin będzie odpowiednim następcą, kiedy zapewniono mu zwycięstwo w wyborach prezydenckich przez stworzenie rzekomego zagrożenia ze strony Czeczeńców, ale jeszcze zanim Putin zabrał się z wigorem za podbijanie bębenka w tworzeniu mentalności oblężonej twierdzy, odbyła się ceremonia inauguracji nowego prezydenta. Gessen ma słuszność, podkreślając obecność na uroczystościach Władymira Kriuczkowa, szefa kgb i najwyższego rangą organizatora „sierpniowego puczu”. Jako szef kgb w latach 80., Kriuczkow musiał z definicji być głęboko zaangażowany w planowanie i wykonanie operacji takich, jak rozmowy w Magdalence, czeskie zamieszki z udawaną śmiercią studenta***, gwałtowne obalenie Ceausescu w Rumunii itd. Gessen ma także rację, nie zbywając jako żartu, toastu wzniesionego przez Putina podczas bankietu w kgb:
„Grupa oficerów fsb oddelegowana do tajnej pracy w rządzie federacji, raportuje wykonanie pierwszej części zadania.”
Słowa te zostały wypowiedziane 18 grudnia 1999 roku, gdy Putin był zaledwie premierem. Jelcyn zrezygnował dopiero ostatniego dnia stulecia, stulecia zdominowanego przez bolszewicką zarazę. Tak, zarazę, a nie żadne procesy społeczne, ani tym mniej przez komunistyczną ideologię. Czy rzeczywiście wiek techniki mógł być zdominowany przez parcianą teorię centralnego zarządzania? Czy wiek niezwykłych postępów w technice militarnej mógł być zdominowany przez komicznego kolosa na glinianych nogach, który nie mógł sobie poradzić nawet z maleńką Finlandią? Nie. Ton wieku XX został nadany nie przez komunistyczną ideologię, ale przez bolszewicką zarazę. Szczerze wątpię, czy Masza Gessen widzi to w ten sposób. W pewnym miejscu znajduję u niej następującą refleksję:
„Jak większość sowieckich obywateli jego pokolenia, Putin nie był nigdy politycznym idealistą. Jego rodzice może wierzyli w komunistyczną przyszłość, a może nie; może ufali w ostateczny triumf sprawiedliwości dla proletariatu albo w którekolwiek z innych ideologicznych sloganów, które zdarte zostały na strzępy w czasach, gdy Putin dorastał. Ale on sam nigdy nie rozważał swego stosunku do tych ideałów.”
Komunistyczna ideologia, niedorzeczne teorie gospodarcze, androny o centralnym zarządzaniu, banialuki o świetlanej przyszłości, przedstawiane choćby na plakatach sowieckiej agit-prop, wszystko to nie było niczym więcej ponad propagandową paszę dla bydła – to było bolszewickie opium dla mas. Elita klasy robotniczej nie miała nigdy wierzyć w te brednie, tylko powtarzać je na użytek mas. Ich zadaniem było pozostać jak najbardziej giętkim w kwestiach ideologicznych. W istocie, ideologiczna elastyczność była dla nich wymaganiem o żywotnej wadze. Musieli bowiem umieć dokonywać ideowych wygibasów, by móc nadążać za subtelnymi zmianami oficjalnego kursu, i wytrwale podążać za wszelkimi taktycznymi woltami kierownictwa. Była to żywotna umiejętność w najdosłowniejszym znaczeniu: ich własne przeżycie było przedmiotem gry. Wszystkie pokolenia sowieckich aparatczyków zrobione były z gutaperki, zdolne do ideologicznej gimnastyki, dzielenia zwykłego włosa na czterdzieści cztery sowieckie włosy i dialektycznego przeczenia sobie samemu w obrębie jednego zdania. Nie ma więc żadnego znaczenia, do którego pokolenia należy Putin; jego „stosunek do tych ideałów”, jak to wyraziła Gessen, był zawsze wyłącznie relacją funkcjonalną, i takim właśnie miał być. „Ideały” były dla niego – i dla wszystkich gutaperkowych aparatczyków – wyłącznie narzędziami. Można to jeszcze ująć inaczej: ideologia jest dla tych ludzi jak skóra dla węża; skóra, którą zrzuca się bez żalu, bez przysłowiowego mrugnięcia okiem.
Po inauguracji Putina jako prezydenta, chaotyczne i względnie wolne środki masowego przekazu zostały prędko ukrócone i przywrócone do swego stanu naturalnego, tj. środków musowego przykazu. Putin dokonał tego z łatwością, ponieważ znajdowały się w rękach garstki tak zwanych oligarchów, tak samo zresztą jak większość sowieckiej gospodarki, która nie była nadal formalnie w rękach państwa. Wystarczyło więc pogrozić Bierezowskiemu czy Gusińskiemu, żeby przejąć kontrolę nad mediami. Większość dziennikarzy robiła i tak co im kazano, a ci którzy nie chcieli, zginęli w niewyjaśnionych okolicznościach. Gessen nazywa następną fazę „demontażem demokracji”, z czego wynika jasno, że nadal wierzy, iż Gorbaczow naprawdę próbował zreformować sowiety, ale się nie udało, komunizm upadł, zsrs się rozpadł, w rezultacie czego „Rosja” była w latach dziewięćdziesiątych „państwem demokratycznym”. Tylko że materiał dowodowy tak misternie skonstruowany przez nią samą, świadczy o czymś wprost przeciwnym: nie było żadnej „Rosji” w tamtych latach, ani żadnej demokracji, ale te same parszywe sowiety pod inną nazwą, te same sowiety w kolejnej zgniłej odwilży. Jeśli Gessen rzeczywiście uważa sowiecki system w owych latach za „demokratyczny”, to musiałaby jakoś pogodzić bombardowanie budynku parlamentu z rozkazu prezydenta z zasadami demokracji; jeśli uważa toto za „Rosję”, to musi uznać sowiecki hymn i inne parafernalia bolszewickie za „rosyjskie”. Mówiąc prawdę, po przeczytaniu jej wynurzeń na temat niedawnego procesu hożych dziewoj z Pussy Riot, mam wrażenie, że Gessen musi być przekonana o słuszności „tezy rosyjskiej” (nic, tylko Rosja!), skoro porównała proces feministycznych punkówek… nie, nie z sowiecką pseudo-sprawiedliwością, ale z XVII-wieczną Świętą Rusią.
Gessen podaje listę pogwałceń prawa wyborczego przez Putina na dowód, że taki z niego marny demokrata. Pisze o tym z zupełną powagą, jak gdyby „prawo wyborcze” w sowietach naprawdę miało jakiekolwiek znaczenie. Czytamy więc, że podanie kandydata zostało odrzucone, ponieważ zamiast pisać „Sankt Petersburg” pisał „St Petersburg” – a może na odwrót? Wypełnione uprzednio listy wyborcze były dostarczane do oddziałów psychiatrycznych – a gdyby nie były wypełnione, czy to zmieniłoby pogląd Gessen na wybory? Czy może zmieniłoby wynik tych wyborów? Po 95 latach bolszewickiej władzy, Gessen nadal nie rozumie, że nie wolno brać udziału w żadnych wyborach pod bolszewikami. Będą łgać i oszukiwać, będą twierdzić, że biały sufit jest czarny, że przymus to wolność, a okupacja to wyzwolenie, zrobią wszystko, by utrzymać się u władzy – bo taka jest natura bolszewizmu.
Opowieść Gessen jest najlepsza we fragmentach dotyczących niezwykłych historii masakry w Biesłanie i oblężenia moskiewskiego teatru. Z początku spokojnie relacjonuje wydarzenia, jak się jawiły światu zewnętrznemu, po czym opowiada o drobiazgowych wysiłkach odważnych ludzi, którzy próbowali dojść prawdy o tych dziwnych wydarzeniach, i wreszcie na koniec oddaje im głos i zdaje sprawę z tego, co się naprawdę wydarzyło. Na przykład, oblężenie teatru wydawało się początkowo sukcesem sił bezpieczeństwa, potem zdawać się mogło, że akcja ratunkowa została sknocona przez służbę zdrowia, ale bliższa analiza pokazała, że wiele ofiar umarło, ponieważ nie dopuszczono do nich medyków na czas, przewożono ich z miejsca na miejsce, pomimo bliskości szpitala, układano ich w pozycji, w której dławili się, i wreszcie w szpitalach odmówiono wyjawienia lekarzom, jakiego gazu użyto, co uniemożliwiło w wielu wypadkach pomoc. Jednak prawdziwą rewelacją był dopiero wywiad udzielony Annie Politkowskiej przez niejakiego Chanpaszę Terkibajewa. A było tak: mieszkający już wówczas w Londynie, Aleksander Litwinienko, przeanalizował z pomocą Ahmeda Zakajewa wszystkie dostępne dokumenty, relacje, ale także taśmy wideo z oblężonego teatru, i wspólnie dokonali odkrycia, że jeden z terrorystów nie został zabity przez szturmujące oddziały, które pozwoliły mu opuścić budynek. Zakajew spotkał Terkibajewa wkrótce w Strassburgu, gdzie terrorysta był członkiem sowieckiej delegacji. Litwinienko przekazał dokumenty na temat roli Terkibajewa Sergiuszowi Juszenkowowi, który zaangażowany był w parlamentarne dochodzenia na temat wydarzeń w teatrze. W dwa tygodnie później Juszenkow został zastrzelony w biały dzień na ulicy, ale na krótko przedtem zdołał przekazać dokumenty otrzymane od Litwinienki Annie Politkowskiej, która odnalazła Terkibajewa i przeprowadziła z nim wywiad.
Terkibajew okazał się komicznie próżny. Potwierdził otwarcie swoją rolę w oblężeniu teatru. Przechwalał się, że przeprowadził grupę uzbrojonych po zęby terrorystów z Czeczeni do Moskwy, że dowodził akcją w teatrze, że miał mapę teatru, której rzekomo nie miała nawet policja, i wreszcie zapytany dla kogo pracował, odparł z prostotą: dla Moskwy. Nawet jeśli założyć, że Terkibajew był fantastą, mitomanem i zwykłym kłamcą – wszystko rozsądne przypuszczenia – to nadal uporać się trzeba z faktami: Terkibajew był w teatrze i uszedł z życiem. Nie tylko był wolny, ale był członkiem oficjalnej promoskiewskiej delegacji czeczeńskiej. Terkibajew udzielił także sensownej odpowiedzi na jedną z nierozwiązanych zagadek oblężenia teatru: dlaczego terroryści nie detonowali rozlicznych ładunków wybuchowych, które widać było na wielu zdjęciach, gdy gaz począł wypełniać budynek? Nie mogli tego uczynić, bo nie mieli prawdziwego dynamitu. A skoro wiedział o tym agent provocateur, to wiedzieli także ci, którzy go posłali. Chanpasza Terkibajew zginął wkrótce w wypadku samochodowym w Czeczenii.
Wydawać by się mogło, że po odtworzeniu wydarzeń na podstawie wysiłków innych ludzi, Gessen zdoła wyciągnąć wnioski z opowieści, którą przytacza, ale interpretacja nie jest jej mocną stroną. Zdecydowanie oskarża Putina o zorganizowanie obu ataków – zarówno zajęcia teatru jak i szkoły w Biesłan – oraz o pokierowanie obu akcjami w taki sposób, by maksymalnie zwiększyć ilość ofiar, osiągnąć jak najbardziej krwawy wynik, a tym samym wzburzyć opinię przeciw krwawym terrorystom. „Czy sprowadza się to do serii szczegółowo zaplanowanych wydarzeń, których celem było wzmocnienie pozycji Putina w kraju, podatnym na politykę strachu?” zapytuje Gessen i odpowiada, że nie można wyciągnąć takiego wniosku, ponieważ Czeczeńcy ponoszą część odpowiedzialności za te katastrofy…
Dalej Gessen opisuje, w jaki sposób Putin wprowadził w życie starą leninowską maksymę, że „kapitaliści sprzedadzą nam sznur, na którym ich powiesimy”. Najpierw wybitni rosyjscy akademicy popierali Putina, bo „on umiał słuchać” (czyli dlatego, że w ogóle słuchał ich bełkotu). Zachodnie media popierały Putina, bo słuchał wybitnych rosyjskich akademików. Zachodni inwestorzy byli zachwyceni Putinem, bo pozwalał im inwestować, a wielkie zachodnie koncerny były w siódmym niebie, bo pozwalał im nie tylko inwestować, ale nawet operować w Rosji. „Rosyjscy” biznesmeni byli wniebowzięci na samą myśl o Putinie, bo mogli wreszcie mieć jakieś zyski, ale także dlatego, że ich podejrzane machlojki z poprzedniej dekady zostały na pozór zapomniane, a ich nowo zdobyte bogactwa nabrały dostojnej patyny z błogosławieństwa Putina. Nie na długo. Akademicy mówili dalej, tylko nikt ich już nie słuchał, zachodnie firmy zostały wyrzucone na zbity pysk, a biznesmeni potraktowani brutalnie. Historie Chodorkowskiego czy Gusinskiego są świetnie znane, pozwolę sobie więc skupić się na mniej znanej postaci Billa Browdera, wnuka sowieckiego agenta i genseka amerykańskiej kompartii, Earla Browdera. Według Gessen, Bill Browder był „prawdziwym ideologiem: przybył do Rosji, by budować kapitalizm. Gorąco wierzył, że poprzez zbijanie kasy dla swych inwestorów, tworzył świetlaną kapitalistyczną przyszłość dla kraju, dla którego miłość otrzymał w spadku od poprzednich pokoleń.”
Browder był „udziałowcem-aktywistą”, jakich wielu jest na Zachodzie. Wierzą oni w tzw. demokrację akcjonariuszy czyli prawo – ale także powinność – udziałowców do wpływania na zmiany w firmach, których są współwłaścicielami, wpływania ku lepszemu. Browder kupował więc akcje jakiejś rosyjskiej firmy, przeprowadzał dogłębną analizę (Masza Gessen nazywa to „dochodzeniem”, ale chodzi naprawdę o najprostszą analizę księgowości, sprzedaży, kosztów i projekcji na przyszłość) i w nieunikniony sposób odkrywał korupcję alby codzienne sowieckie nonsensy i niewydajność. Rozpoczynał wówczas kampanię w celu poprawy wyników firmy i w rezultacie ceny akcji szły w górę. Putin go lubił i popierał jego działalność, nic zatem dziwnego, że jego fundusz o nazwie Hermitage wzrósł z 25 milionów dolarów do 4.5 miliarda dolarów. Kiedy Chodorkowski – najbogatszy człowiek w Rosji w owych czasach – został aresztowany, Browder wyraził swoją radość, ponieważ wydawało mu się stanowić to dowód, iż Putin „nie zatrzyma się przed niczym, by wprowadzić prawo i porządek”. Mniej mu się podobało, kiedy putinowskie prawo zostało zastosowane wobec niego samego.
W 2005 roku, bez żadnego ostrzeżenia, Browder został zatrzymany na lotnisku w Moskwie i nie wpuszczono go do sowietów. Większość zdrowych psychicznie ludzi w dawnych czasach ucisku i niewoli, pocałowałaby w rączkę i odjechała, śmiejąc się w kułak, że udało się uciec z sowieckiego raju krat, ale czasy się zmieniły i teraz Browder był zaniepokojony. Bardzo zręcznie i po kryjomu usunął lub sprzedał akcje warte 4 miliardy dolarów, więc kiedy w końcu Putin był gotów odebrać mu aktywa trzymane w funduszu Ermitaż, okazało się, że nic tam nie ma oprócz pustych nazw. Nie od razu zrozumiał Putin, że tym razem ktoś zdołał go wykiwać, ale kiedy mu wreszcie zaświtało, co się wydarzyło, to rozkazał regionalnym sądom ściganie Ermitażu o miliony dolarów. W jaki sposób puste muszle firm, które niczego nie posiadają, mogą być zasądzone o cokolwiek? Browder zatrudnił prawników i księgowych, by dociekali źródła nieporozumienia i ze zgrozą dowiedział się, że jego firmy zostały przerejestrowane na nazwiska kryminalistów i podane do sądów na ogólną sumę miliarda dolarów. Próbował starej taktyki, tj. użycia drogi prawnej, w odpowiedzi jednak jego reprezentanci zostali oskarżeni o zmyślone przestępstwa. W końcu zrozumiał, że nie może wygrać tej walki i zaoferował swoim ludziom w Moskwie emigrację do Londynu. Tylko jeden z nich odmówił. Sergiusz Magnicki uważał, że nie zrobił nic złego i nie zamierzał uciekać z własnego kraju bez powodu. Został aresztowany w listopadzie 2008 roku i zmarł w więzieniu w niecały rok później. Miał trzydzieści siedem lat. Jego dziennik więzienny jest kroniką znęcania się nad chorym człowiekiem.
Ostatni rozdział książki Maszy Gessen zatytułowany jest „Z powrotem do zsrs”. Sądy wykonują wolę głowy państwa, cała gospodarka jest w rękach państwa w ten czy inny sposób, ale jej zdaniem, jest to kraj bez ideologii, bez polityki, a tylko „w pełni rozwinięty autorytaryzm graniczący z tyranią”. Dlaczego zatem sądzi, że mamy do czynienia z powrotem do zsrs? W moim mniemaniu, dzisiejsza „Rosja” jest niczym innym jak sowieckim pseudo-państwem. Jest krajem bez polityki, to prawda, ponieważ polityka w sowieckim państwie jest pozostawiona małej klice rządzącej elity. Jest krajem bez ideologii, to też prawda, bo nie ma potrzeby usypiać ludności opium idiotycznej ideologii, kiedy homo sovieticus trzyma się sam w ryzach i nawet nie potrzebuje czytać Wielkiego Lingwisty, by wiedzieć co ma myśleć o języku. Nie może tu jednak być mowy o powrocie do zsrs, gdyż zsrs nigdy niestety się nie rozpadł, ani komunizm nigdy nie upadł. Komunizm nie jest tożsamy z komunistyczną ideologią. Komunizm nie jest żenująco śmieszną teorią na temat centralnego zarządzania środkami produkcji. Komunizm jest Metodą zdobycia i utrzymania władzy.
Nie podzielam entuzjazmu Maszy Gessen dla śnieżnej rewolucji, ale nawet gdyby demonstracje w Moskwie miały obudzić jakieś nadzieje w moim sercu, to nadal nigdy nie postałoby w mojej głowie, by jakikolwiek Plac Rewolucji – a Bóg jeden raczy wiedzieć, że wiele jest nadal takich placów w naszej części świata! – może być „znakomicie nazwany”, jak to zechciała określić Gessen. Nie zapominajmy bowiem, że wszystkie te nędzne skwerki i smętne place w tysiącach miast i miasteczek we Wschodniej Europie (i nie tylko!) zostało tak przezwane na cześć i chwałę wydarzenia, które przeszło do historii jako rewolucja październikowa, a było w istocie rzeczy niczym więcej, jak bolszewickim przewrotem, przewrotem dokonanym przez szajkę międzynarodowych opryszków. Przewrót ten przyniósł okrucieństwo, strach, niewolę, głód i nędzę na skalę niespotykaną w dziejach i utorował drogę do władzy najgorszym kanaliom, jakie ziemia nosiła. Putin, elastyczny ideolog bez ideologii, giętki taktyk bez kręgosłupa, gumowy strateg bez twarzy i bez cech osobistych, jest tylko jednym z wielu. Gdyby nie on, to ktoś inny zająłby jego miejsce, inny gumowy aparatczyk bez właściwości, inna kreatura z gutaperki wychynęłaby z jakiegoś sowieckiego zakamarka – i zrobiła dokładnie to samo. A kiedy przyjdzie pora na czasowe odkręcenie śruby, to nazwą to de-putinizacją i obwinią człowieka bez twarzy za wszystkie wypaczenia.
Czy zatem powinniśmy się łączyć z Maszą Gessen w nadziei na lepszą przyszłość dla zsrs? Czy mamy wypatrywać wśród siepaczy Putina nowego Chruszczowa? Wiele wskazuje na to, że na fali śnieżnej rewolucji szykowane są nowe kadry koncesjonowanej opozycji, której będzie można w przyszłości oddać władzę. Aleksiej Nawalny, najnowsza gwiazda opozycji, jest finansowany przez Aleksandra Lebiediewa i zasiada otwarcie w zarządzie państwowych linii lotniczych Aerofłot. Jego główny zarzut pod adresem Putina? Że Putin jest jak car… Czy mamy więc wyczekiwać kolejnej odwilży? Nowej pierestrojki? Następnej głasnosti? Nadchodzącej de-putinizacji?
Dziękuję. Beze mnie.
_______
*Masha Gessen, The Man Without Face, The Unlikely Rise of Vladimir Putin, Granta Books, London 2012
** http://wydawnictwopodziemne.rohnka5.atthost24.pl/2008/03/21/burza-w-moskwie/
*** por. Dariusz Rohnka, http://wydawnictwopodziemne.rohnka5.atthost24.pl/2010/10/04/spowite-w-aksamit/