Narodziłeś się w Polsce ludowej…
Rozważaliśmy wielokrotnie na naszej stronie rzekomą „wolność prlu” czyli jego suwerenność albo podmiotowość. Darek Rohnka podniósł w swoim artykule O wolności inny problem „wolności w prlu”. Wyznaję, że nie chciałem się wypowiadać na ten temat z wielu powodów, ale przede wszystkim dlatego, że nie znam tego prlu, nie mam żadnych bezpośrednich doświadczeń i, choć obserwuję toto z dystansu (bez wielkiego zainteresowania), to nie czuję się uprawniony do głoszenia opinii na temat „jakości życia”. Skoro jednak napomknąłem coś nieśmiało na ten temat, to muszę teraz ponieść konsekwencje i udzielić wszelkiej satysfakcji memu towarzyszowi podziemnej niedoli.
Powiem zatem tak: na podstawie tego co słyszę, odnoszę wrażenie, że ludziom w prlu AD 2012 żyje się lepiej niż w roku 1985. Spróbujmy przełożyć tę dość nieokreśloną „jakość życia” na kategorie wolności. W roku 1985 miałem wybór: mogłem stać w kolejce po chleb i nie doczekać się upragnionego bochenka albo też nie stać w tejże kolejce z tym samym rezultatem. To jest jakiś wybór, przyznajmy, i wolność jednostki wybierającej to drugie rozwiązanie była całkiem niebagatelna. Była to wolność od nacisków społecznych i wolność od jedzenia do syta; była to wolność natury duchowej, bo przecież nie samym chlebem człowiek żyje. Stałem kiedyś wraz z moim nieocenionym przyjacielem Wojtkiem M, przez dwa dni i dwie noce po bilety na festiwal filmowy pt. Konfrontacje. Nie udało nam się nabyć takowych w drodze kupna, bo na wszystko trzeba było w prlu „mieć chody”, więc poszliśmy ze smutku zalać robaka i zobaczyliśmy ogromną kolejkę po chleb. Mój kochany Wojtek stanął na wprost smętnego szeregu i wrzasnął na całe gardło: Ludzie! Po co stoicie? Jutro te Konfrontacje i tak będą czerstwe! – i w tym też była wolność, choć nie jestem do końca pewien czy duchowej natury.
O ile mi wiadomo, w dzisiejszym prlu nie ma kolejek ani po chleb, ani do kina. To też jest jakaś wolność: wolność od stania w ogonkach. Wolność od bezustannych braków wszystkiego. Czy taka wolność zadowoliłaby ludzi wolnych? Zapewne nie. Ale czy należy się dziwić, że zadowoliła zsowietyzowaną ludność prlu? Darek ironizuje, że „nie dla wszystkich owe dobra obfite”, a jednak zgódźmy się, że nigdy nawet w najlepszym przypadku, nie mogły być dla wszystkich (tylko komunizm obiecuje „każdemu według jego potrzeb”), a z innego punktu widzenia, nawet tym, co klepią w dzisiejszym prlu biedę, też jest pewnie lepiej niż w roku 1985; wprawdzie niekoniecznie lepiej niż było wówczas im samym, ale lepiej niż było tym, co klepali biedę wtedy.
Czy nie na tym właśnie polegała ta niesławnej pamięci „transformacja ustrojowa” z roku 1989? „Żeby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej” – brzmiało hasło z czasów Gierka; czy nie to właśnie hasło zostało skutecznie podjęte w roku 1989? Ludziom żyje się dostatniej i kiedy zechcą, to biorą sobie paszport, jadą sobie na Zachód (nawet im nie odmawiają wiz, jak to niegdyś bywało) i mogą popatrzeć przez szybę na okna wystawowe. Mogą nawet myć te okna albo ustawiać manekiny na wystawach i uciułane w ten sposób grosze wydać następnie na zakup domu w prlu, więc żyje im się dostatniej, nie? I Polska rośnie w siłę, czyż nie?
Jeśli tak, to musimy się chyba zgodzić, że to jest właśnie najlepszy z prlów, bo jest wolność kupienia bułki bez stania w ogonku i wyjazdu za chlebem – też bez potrzeby wystawania w kolejkach. Darek zapytuje wprost, „czy to dobrze, czy źle, że owo poczucie [wolności] w ogóle występuje?” Wolność – w każdym rozumieniu – jest zjawiskiem ambiwalentnym; musi z definicji umożliwiać postępowanie dobre i złe, bez tego nie byłaby wolnością. „Poczucie wolności” nie powinno być wcale funkcją zewnętrznej sytuacji, ale wewnętrznej konstytucji człowieka. Innymi słowy, wolnym można być także w więzieniu, tak jak wolnym bywał ten, kto nie stawał w ogonku po kawałek chleba. Dla człowieka wolnego, natura prlu była więc kwestią drugorzędną: w latach 40. i 50. zaprowadziłaby go pod stienku, w 60. na wykłady Kołakowskiego i Brusa, w latach 70. do Koru, a w 80. do podziemia, ale w każdej z tych zewnętrznych sytuacji pozostałby człowiekiem wolnym. Taka konstatacja na temat wolności prowadzi nas zgrabnie do pytania o naturę dzisiejszego prlu.
Pozwolę sobie w tym miejscu na dłuższą dygresję.
Pewien młody przybysz z prlu zacytował w rozmowie ze mną niejakiego Franza Maurera. „Kto taki?” pytam naiwnie. I w ten sposób zapoznałem się z fenomenem, zapewne znakomicie znanym wszystkim czytelnikom niniejszej strony, który jednak dla mnie był wielkim odkryciem. Odkryciem była dla mnie i postać fikcyjnego ubeka, i filmy pt. Psy, i najbardziej może zdumiewający fakt, że w prlu takie zjawiska zalicza się do gatunku „kulturowych”. Oglądałem oba filmy w stanie graniczącym z osłupieniem. I długo nie potrafiłem sobie zdać sprawy z powodów mego zdziwienia. Dialogi są rynsztokowe, krew się leje strumieniami, ubole są sympatyczni, a świat wokół nich niesympatyczny. Niby w czym miało tkwić zaskoczenie? Czy rzeczywiście jest aż tak szokujące, że w prlu kręci się TAKIE filmy? W prlu powinno kręcić się filmy z ducha, z formy i z treści prlowskie, i filmy pana Pasikowskiego czynią swą obywatelską powinność jak przystało: płyną przez morza i oceany, i rozsławiają imię Polski ludowej. Więc gdzie tu niespodzianka? Jakie powody mego zdumienia? Przecież od lat 23 utrzymuję, że nic się tam nie zmieniło, że rok 1989 był komunistyczną prowokacją, że żadne oddanie władzy nigdy nie miało miejsca, że… mój Boże, skąd więc to straszne uczucie przy oglądaniu ubeków palących akta, ubeków weryfikowanych? I nagle pojąłem: nawet nie musieli zachowywać pozorów.
Film Psy wszedł na ekrany w 1992 roku, wolno więc przypuszczać, że jego koncepcja powstała już w roku 1990; był ponoć wielkim sukcesem kasowym i stał się z czasem „filmem kultowym” (tfu! co za koszmar). Wynika z tego jasno, że od samego początku bolszewicy nie musieli nawet zachowywać pozorów. Niezwykłość filmu Pasikowskiego polega na jego ostatecznej zwykłości. Ubol bohaterem pozytywnym? Tak było w co drugim filmie prlowskim. Zamiast paskudnej gęby Filipskiego, przystojna twarz Lindy, który był nawet kiedyś dobrym aktorem. Ubek jest twardy, cyniczny, męski, jest indywidualistą, nie poddaje się autorytetom, ale jest jednocześnie idealistą, wierzy w coś ponad pieniądze, wierzy w przyjaźń, wierność, wierzy w miłość. Czyli znowu dokładnie tak samo jak było w filmach z Filipskim, rzec by można, nic w tym nowego, nic w tym dziwnego. Ubole są cool… A jednak jest w filmie Pasikowskiego scena, która nie mogłaby znaleźć się w produkcyjniakach Wajdy czy małżonków Petelskich.
Oto w ubeckiej stołówce, siedzą sobie ubecy i piją smętnie na służbie, jak to w prlu. Piją, bo muszą co noc palić akta, a dla rozgrzewki pić wódkę, a taka mieszanka – wódka plus palenie akt – nastraja ubeka melancholijnie, więc potrzebują pić wódkę także przez cały dzień – no, a jakże inaczej? Jeden z nich, spity w trupa zasypia na stole i wówczas sześciu towarzyszy, z Franzem Lindą Maurerem na czele, bierze pijanego w sztok na barki i wynoszą sztywne ciało ze stołówki, skandując rytmicznie opozycyjną pieśń „Janek Wiśniewski padł”.
Na pierwszy rzut oka zuchwałość autorów zapiera dech w piersiach, ale jak się temu uważniej przyjrzeć, to od razu widać, że oni doskonale wiedzieli, co robili. Tak wspominał swoje wrażenia Wajda:
„Była pełna sala. I własnym oczom nie wierzyłem: pijane ‘psy’ wynoszą zamroczonego kolegę – granego przez człowieka, który wystąpił w Człowieku z żelaza – śpiewając ‘Janek Wiśniewski padł’. Pierwszy mój odruch był taki: albo wychodzę z kina, albo włażę pod krzesło. Ale słyszę, że na sali rozlega się zdrowy, żołnierski śmiech. Po paru miesiącach SLD objęło rządy w III RP. Pasikowski rzeczywiście wyczuł, co się w Polsce wyrabia, w którą stronę wychyla się społeczne wahadło.”
Tupet tej sceny polega na jej bezwzględnym sarkazmie, na cynicznym – Wajda nazywa to „zdrowiem” – wyśmianiu idiotycznie nieznośnego etosu Solidarności, tego ciągłego zawodzenia, martyrologii, obchodów, rocznic, „polskich miesiąców”, rzekomego bohaterstwa. Zuchwałe odwrócenie dokonane zostaje w sposób brutalny i dosadny, a przez to tym bardziej skuteczny, ale czy rzeczywiście domagało się wielkiej odwagi? Widz postawiony pomiędzy „chorym” jojczeniem solidarnościowym, a zdrowym, pijackim marszem ubeków, wybrać mógł tylko to drugie. Palący akta ubecy grani są przez dobrych aktorów jako zwykli ludzie, gdy nowy milicjant, który chce ich powstrzymać, przedstawiony jest jako donosiciel i do tego grany wyraźnie jako karykatura przez jakiegoś półgłówka z gębą kretyna. To są propagandowe chwyty stare jak mosfilm. Ale rzecz chyba nie w agit-prop, a raczej w niezaprzeczalnym fakcie, że ubecy należeli do prlu na równi z filmowcami i aktorami, na równi z całą widownią, więc Pasikowski nie tyle „wyczuł, co się w Polsce wyrabia”, co wiedział bez najmniejszych wątpliwości, że nic się nie zmieniło. Nie ma w jego filmie miejsca na niedomówienia, nie trzeba niczego ukrywać: palenie akt jest postępowaniem zupełnie zrozumiałym – „normalka” mówi się chyba w prlu – weryfikacja codziennym doświadczeniem, jasnym dla widzów, bo sale kinowe wypełnione są ludźmi z jakąś prlowską przeszłością, w której lepiej się nie grzebać. Każdy pochwala i wzdycha z wyrozumiałością.
Koniec dłuższej dygresji.
Czy w takiej „Polsce”, gdzie w kilka miesięcy po „ustrojowych przemianach” (niechże się udławią autorzy takiej terminologii) powstać mógł pomysł na scenariusz Psów, jest więcej wolności, niż bywało we wcześniejszych wersjach prlu? Ubecy mieli wolność palić akta, której to wolności nie mieli przed rokiem 1989; z drugiej jednak strony mieli rozkaz palić akta, a przed „przemianami” byli od takich zadań wolni. Mieli wolność śpiewać o Janku Wiśniewskim, filmowcy zaś mieli wolność kręcić takie sceny, a Wajda miał wolność schować się pod krzesło albo wyjść z sali kinowej, ale pozostał i obejrzał do końca. Też jakaś to wolność, jak sądzę.
Pora chyba dokonać semantycznych uściśleń.
Wolność od i wolność do są typowymi kategoriami marksistowskimi (choć, jak wszystko u nich, zapożyczone od scholastyków i nawet od Lutra). Marksiści użyli tych terminów, ponieważ nie potrafili sobie inaczej poradzić z kociokwikiem myślowym, do którego doprowadzić ich musiał dialektyczny determinizm. Punktem wyjścia jest dla nich zaprzeczenie wolności woli, gdyż człowiek jako byt materialny poddany jest deterministycznemu mechanizmowi praw rządzących światem naturalnym oraz rzekomych praw rządzących historią. Wolność ma więc dla nich sens wyłącznie społeczny: człowiek może być wolny od zewnętrznych warunków niezgodnych z jego naturą, np. od głodu (sic!), od terroru (sic!!), od przymusu (sic!!!) i wreszcie od strachu przed tymi warunkami (sic!!!!); albo człowiek może uświadomić sobie konieczność i, poprzez poznanie praw natury i historii, osiągnąć sprawczy wpływ na swoje własne akty czyli wolność do, która równa się przyłączeniu do rządzącej elity i przymuszaniu innych poprzez głód, terror i strach.
Wydaje się zatem, że w świetle marksistowskiej ortodoksji, w dzisiejszym prlu jest więcej wolności od wszystkich plag niesionych przez komunizm oraz więcej wolności do włączenia się do elity władzy, tak długo jak uznaje się konieczność, że bolszewicy będą tę władzę sprawować. Ale dość już o marksistowskim bełkocie, bo ich pojęcia nie opisują rzeczywistości ludzkiej, opisują jedynie bolszewicką łżeczywistość.
W rzeczywistości bowiem, człowiek nie jest zdeterminowany w swych działaniach, a będąc bytem racjonalnym jest w stanie określić warunki, w których jego wola opiera się silniejszym motywom, działając w sposób rozumny i wolny. Na przykład niewydanie sekretu wbrew naturalnej tendencji do mówienia prawdy i pomimo przymusu, głodu, terroru i strachu, jest niezwykle trudne, ale możliwe, ponieważ człowiek jest w stanie oprzeć się silniejszym bodźcom.
We wszystkich rozważaniach na temat wolności, trzeba w pierwszym rzędzie określić swoje stanowisko: jeśli uznajemy powyższy scenariusz za słuszny – wolność woli to z definicji możność działania wbrew silniejszym motywom – to odrzucić musimy wszystkie wersje determinizmu (a marksizm nie jest wcale najbardziej niebezpieczną z nich). Człowiek jest bytem granicznym. Poddani jesteśmy zwierzęcym instynktom i materialnym koniecznościom, ale jednocześnie obdarzeni duszą, mamy pretensje do świata duchowego. Pan Bóg w swej Łasce przemawia do nas, zwraca się do nas bezpośrednio, poprzez Głos Boży w sumieniu, ale my czasami nie rozumiemy tego Głosu, czasami nie chcemy zrozumieć, a niekiedy w ogóle Go nie słyszymy. Skoro wolność polega na możliwości oparcia się silniejszemu bodźcowi, to człowiek został obdarzony najstraszniejszą wolnością: potrafi bowiem oprzeć się nawet Łasce, zatkać uszy na Głos Boga. Wilk nie jest wolny, bo nie potrafi się oprzeć swej naturze. Kiedy jest głodny i widzi sarnę, to ją goni i zabija, gdyż tak mu każe jego natura, a my możemy oprzeć się nie tylko naszej naturze, ale nawet nadprzyrodzonej Łasce.
A zatem rację ma Darek Rohnka, kiedy przywołuje Sokratesa i wolność woli, wolność duchową. Odrzuca deterministyczne, społeczne, materialistyczne interpretacje, i zapytuje:
„Czy rzeczywiście jest tak, że wszyscy nagle, ni stąd ni zowąd, w tym ‘lepszym’ rzekomo peerelu zbaranieli, utracili bezpowrotnie zdolność rozumowania, umiejętność trafnego odczytywania rzeczywistości, ‘poczuli się wolni’ nagle i niespodziewanie, za to całkowicie szczerze, czy też kryje się za tymi deklaracjami jakaś całkiem jeszcze inna, smętna prawda? Czy, słowem, to zbiorowe zbęcwalnienie czy tylko grzeszne wyrachowanie, chęć przystosowania się, mimikra?”
Dokonam tu znowu pewnego uściślenia. Otóż mnie osobiście nie interesują „wszyscy”, masy. Ani nawet większość. Ani nawet elity Trzy pierwsze kategorie podatne są bardzo na „zbiorowe zbęcwalnienie”, więc dajmy im spokój, bo nie oni decydują o „poczuciu wolności w prlu”. O tym decydują prlowskie elity. Elity tzw. opiniotwórcze, zdolne podsuwać bezmyślnym masom, co i jak należy myśleć. Filmowiec, który z tupetem odwraca wektory społecznej sympatii przy pomocy jednej sceny w słabiutkim filmie, o wiele bardziej spełnia warunki „opiniotwórczości” niż nieznośne skryby z wybiórczych gazetek. Jednakże pamiętać chyba trzeba, że są to elity władzy. Nieszczęsna „transformacja ustrojowa” poszerzyła te elity z dawnej partyjnej nomenklatury do czegoś co na Ukrainie nazywają trafnie „demokraturą”, tj. do odrębnej klasy społecznej, w której interesie leży utrzymanie status quo.
I dlatego, drogi Darku, jest tak źle.