Wędzenia Europy ciąg dalszy
Przed trzema laty z górą opublikowaliśmy artykuł pt. Europa się wędzi. Sytuacja w Niuni Europejskiej była zła, ale przewidywaliśmy jej zasadnicze pogorszenie. Bliższą przyczyną kryzysu w Europie było wbicie europejskiej gospodarki na złoty hak €uro, ale dalszych przyczyn upatrywaliśmy w oparach bojowego Gazpromu, który był niczym więcej jak przejrzystą metaforą sowieckich zakusów na Europę.
Analiza sytuacji w Europie zarysowana w styczniu 2009 roku wydaje mi się nadal słuszna. Zajmijmy się zatem szczegółami typowymi dla czerwca 2012. Przede wszystkim, przyjrzeć się musimy Grecji. Czy jest rzeczywiście możliwe, żeby niewielki kraj na peryferiach kontynentu miał doprowadzić potężną i bogatą Europę do upadku?
Nie podlega dyskusji, że Grecja jest od dawna państwem „dysfunkcjonalnym” (brr, okropne słowo), od wielu lat pozbawionym zasadniczych cech współczesnego państwa, tj. przede wszystkim władzy wykonawczej, która potrafiłaby np. stworzyć skuteczny mechanizm zbierania podatków, oraz legislatury, której prawa byłyby szanowane. Od niedawna Grecja jest pozbawiona parlamentu, rządu, a nawet niezależnego sądownictwa, odkąd sędzia sądu najwyższego pełni obowiązki premiera. Rzecz jasna, z mojej podziemnej i reakcyjnej perspektywy, im mniej państwa, tym lepiej. Nie zbierają podatków? Znakomicie! To znaczy, że nie mogą włazić wolnemu człowiekowi z butami do łóżka. Ba! ale w Grecji jest inaczej. Tłumy manifestują na rzecz jak największego udziału tego upadłego „państwa” w ich życiu. Grecy zdają się pragnąć państwa, na które łożyć nie trzeba, ale które daje wszystko za darmo. Wczesne emerytury, subsydiowany transport publiczny, wysokie płace na państwowych posadach – jednym słowem, socjalizm albo „każdemu wedle jego potrzeb”. Tak długo tańczyli w rytm bouzouki i radośnie tłukli talerze na cudzy rachunek, że teraz nie podoba im się, kiedy trzeba za tę zabawę zapłacić. Zanim jednak z pogardą wyśmiejemy greckie mrzonki, warto chyba zwrócić uwagę, że schylenie się by podnieść leżący na trotuarze banknot, nie jest zbrodnią ani grzechem. Greccy politycy brali pełnymi garściami od europejskich komisarzy ludowych i rozdawali swemu elektoratowi łapówki w postaci wczesnych emerytur, dotacji, subsydiów, a i sami ustawili się niezgorzej. Wina leży nie po stronie tych co brali, a tych co dawali.
Rozdawanie pieniędzy na lewo i prawo ma zazwyczaj dwa skutki: powoduje inflację i dewaluację, a w dalszej konsekwencji podniesienie stopy procentowej i zasłużony upadek rządu, który doprowadził był do monetarnej sraczki. I w tym właśnie tkwi problem: skoro grecka waluta nie może być zdewaluowana, ani nie ma tam inflacji (płace są za wysokie i spadają), to grecka gospodarka jest jak kocioł pozbawiony wentyla bezpieczeństwa – wiadomo niestety, jak takie kotły kończą. Nic zatem dziwnego, że grecki elektorat – postawiony wobec wyboru między Scyllą drakońskich cięć i drastycznych oszczędności, a Charybdą porzucenia €uro i powrotu do drachmy, które równałoby się oddaniu decyzji monetarnych w ręce ich własnych skorumpowanych polityków (co oczywiście nie jest jedynym złym następstwem, ale jedynym, które nie ma żadnych dobrych stron) – nie może zdecydować, na które partie głosować.
Ale dlaczego aż tak bardzo koncentrujemy się na Grecji? Francuzi i Włosi mogą otrzymać państwową emeryturę jeszcze wcześniej niż Grecy. Francuskie rolnictwo jest subsydiowane w stopniu nieznanym nawet Grekom. Rządy w wielu krajach Niuni są zadłużone po uszy i gdyby nie było Grecji, to bylibyśmy w tym samym miejscu, ponieważ współczesna Europa jest jednym słowem socjalistyczna, a socjalistom zawsze w końcu braknie cudzych pieniędzy. Kiedy nie mają kogo opodatkować, socjaliści pożyczają pieniądze na rynku, a kiedy rynek nie wierzy ich gwarancjom i ceny wystawionych przez socjalistów obligacji lecą na pysk, podnosząc tym samym koszt dalszych pożyczek, to socjaliści mają w zwyczaju winić „spekulantów”. Patron socjalistów, Wołodia Ilicz, domagał się słusznie, by „spekulantów rozstrzeliwać na miejscu”.
Nadchodzące (drugie w ciągu sześciu tygodni) wybory w Grecji mają być rzekomo rubikonem, przekroczenie którego musi wywołać jeden z dwóch skutków: albo Europa pogrąży się anarchii, albo zwróci się ku federacji.
Sytuacja gospodarcza Grecji jest tak fatalna, że jedynym wyjściem byłaby deregulacja, obniżenie podatków i dewaluacja, przy jednoczesnej dramatycznej redukcji państwa, ale żaden z tych kroków nie może być podjęty wewnątrz Niuni, bo nie zezwolą na to europejskie instytucje. Wyobraźmy sobie następujący scenariusz: w dzień po nadchodzących wyborach junta czarnych pułkowników – koniecznie w ciemnych okularach – dokonuje przewrotu i obejmuje władzę w Grecji. Niunia odpowiada zawieszeniem członkostwa Grecji i zatrzymaniem subsydiów, bo tylko demokraci mogą mieć dostęp do demokratycznego raju. Ale pułkownicy odmawiają płacenia długów, przez co zdejmują ogromny ciężar z barków greckiej gospodarki, można wreszcie obciąć podatki, a drachma jest tak tania, że nikt nie chce jechać na wakacje do Hiszpanii, która pozostaje wciąż wbita na (coraz mniej złocisty) hak €uro. A jakie byłyby skutki poza Grecją? Upadają banki w całej Europie, ponieważ to one pożyczyły pieniądze Grecji i innym. Rzecz jasna, w dzisiejszych czasach wszystkiemu winne są banki, więc niech sobie upadają, tylko że na systemie bankowym opiera się współczesna fikcja tzw. fiat walut – czyli walut opartych na sztuczce prestidigitatorskiej: „ten oto kawałek papieru zwany banknotem jest wart tyle, ile ja mówię, tylko dlatego ŻE ja tak mówię…” Jednym „stań się” z mocy centralnego bankiera stoi współczesny system finansowy, więc upadek banków oznacza koniec dobrobytu i wygód, do jakich wszyscy przywykliśmy, choć na pewno nie oznacza końca świata. Prywatni inwestorzy zdeponowali w bankach wewnątrz strefy €uro prawie 6 bilionów €uro – żaden rząd nie ma wystarczającej ilości gotówki, żeby gwarantować takie sumy. Co rzekłszy, nawet jeśli centralny bank europejski zdoła zażegnać groźbę natychmiastowej katastrofy (co jest możliwe i prawdopodobne), to niebezpieczeństwo dla Niuni pozostaje zupełnie oczywiste: w imię czego Włochy, Portugalia, Hiszpania, Irlandia, a nawet Francja, miałyby nie pójść tą samą drogą co Grecja? Wydaje mi się zrozumiałe, że brukselska rada komisarzy ludowych nie może na to pozwolić.
Stąd drugie rozwiązanie, druga możliwa konsekwencja greckich wyborów: federacja. Skoro grecki – albo włoski, irlandzki, portugalski itd. – elektorat nie ufa swoim własnym politykom w kwestiach ekonomicznych, to niech zda się na brukselski sownarkom. Innymi słowy: koniec fikcji suwerennych państw.
Ale właściwie co w tym złego? Wielu wybitnych ludzi nawoływało do stworzenia „Stanów Zjednoczonych Europy”, gdyż ich zdaniem, tylko taki federacyjny organizm zapewnić może Staremu Kontynentowi rolę na zmieniającej się globalnej scenie politycznej. Wobec monolitycznych potęg na wschodzie i militarystycznego molocha po drugiej stronie Atlantyku (a tak właśnie jawi się europejskim politykom Ameryka), tylko zjednoczona Europa może się ostać. Pomocne głosy amerykańskie przypominają, że federalny rząd nie musi być rządem autokratycznym, że moment w amerykańskiej historii, gdy federalny rząd zgodził się gwarantować długi poszczególnych stanów, był momentem postępu ku lepszemu. Grecy odpowiadają na to entuzjastycznie, że z chęcią zagwarantują niemieckie obligacje rządowe… Widać z tego od razu, że problem nie jest natury ekonomicznej, ani nawet finansowej, ale politycznej: jedyną logiczną konsekwencją unii monetarnej MUSI być unia polityczna.
Albo może ściślej byłoby powiedzieć tak: bezpośrednia przyczyna kryzysu tkwi w absurdalności €uro, a jednak zarówno najgłębsze źródła jak i konsekwencje tego absurdu są polityczne. €uro musiało w nieunikniony sposób doprowadzić do sytuacji, gdzie Grecja i Hiszpania mają rekordowo wysokie bezrobocie, a Niemcy rekordowo niskie; kiedy Włochy i Irlandia są zarżnięte przez mocne €uro i wysokie koszty kapitału, a Niemcy kwitną, bo oprocentowanie pożyczek niskie i niemiecki eksport tani, gdyż €uro jest o wiele słabsze niż byłaby niemiecka marka. Ale z drugiej strony, jakkolwiek dobrze powodzi się niemieckim podatnikom, to nie zamierzają wcale fundować wczesnych emerytur nierobom z ciepłych krajów, ani gwarantować tanich pożyczek dla ich skorumpowanych rządów; jakkolwiek źle się powodzi podatnikom poza Niemcami, to nie ufają wcale swoim własnym rządom, że wyciągnąć ich mogą z tarapatów.
Poszczególne rządy wewnątrz Niuni europejskiej mają od lat poważny problem z legitymizacją decyzji brukselskiego sownarkomu, a trudność potęguje się wewnątrz strefy €uro. Chodzi rzecz jasna o powikłany szkopuł suwerenności państwowej. Politycy europejscy nie lubią mówić na ten temat, więc wymyślili koncept „dzielenia się suwerennością” (pooled sovereignty). Ale dla każdego myślącego człowieka musi być oczywiste, że państwo, które oddało dobrowolnie część swojej suwerenności innej organizacji, nie jest już suwerenne.
Lewicowi krytycy widzą w tym zjawisku niedostatki europejskiej demokracji i nazywają je „demokratycznym deficytem”. Rozwiązania upatrują w bezpośredniej demokracji paneuropejskiej, gdzie operetkowy parlament w Strasburgu otrzymałby pełną władzę prawodawczą i z niego wyłoniony byłby dopiero paneuropejski rząd, który zastąpić by miał „niedemokratyczną” radę komisarzy ludowych w Brukseli.
Rozważaliśmy często na tej stronie problemy suwerenności (choć głównie w kontekście prlowskim): w dyskusji z Adamem Dankiem, w polemice ze Ściosem, w wielokrotnych potyczkach z Sonią Bellechasse itp., nie będę więc wchodził w szczegóły. Dość powiedzieć, że mam tu na myśli wyłącznie suwerenność państwową w sensie wąskim i zewnętrznym, nie wnikam więc w ontyczny status suwerena ani w źródła suwerenności (choć wrócę do tego jeszcze poniżej), a mówię tylko o autonomiczności państwa wobec innych państw oraz struktur ponadpaństwowych. Czy tak rozumiana suwerenność jest warta sporu? Nawet gdyby współczesne państwo greckie utraciło władzę stanowienia podatków i pożyczania pieniędzy, czy byłby to casus belli dla Greków?
Józef Mackiewicz pisał po wielekroć, że osobista wolność jest ważniejsza od państwowej suwerenności. Wypowiadał podobne zdanie, pisząc o życiu w „niewoli carskiej” i porównując je z życiem w przedwojennej wolnej Polsce. To straszna konstatacja, że było więcej wolności pod cesarskim knutem niż w nacjonalistycznych demokracjach, że na ruinach europejskich monarchii stworzono „suwerenne państwa”, które okazały się więzieniami.
„Czy rozśpiewany, ukwiecony Wiedeń Franciszków Józefów moglibyśmy porównać do jego dzisiejszej manii samobójstw?! Czy straszny pruski ‘junkryzm’ sprzed 1914 roku do ‘heilhitleryzmu’ ograniczeń obywatelskich’? Czy monarchia Wiktora Emanuela bardziej ciążyła obywatelom włoskim, zanim przyszedł faszyzm Mussoliniego?”
Mackiewicz pisał te słowa w kwietniu 1939 roku, ale i dziś, tak jak wówczas, nie trzeba czynić złotego cielca z suwerenności państwowej i padać przed nią na twarz. Jeśli Grekom, Portugalczykom i Francuzom ma być lepiej w sfederalizowanej Europie, to niech sobie mają. Zupełnie tak samo, jak lepiej żyje się obywatelom dzisiejszego prlu niż to drzewiej bywało, więc niby dlaczego mają się przejmować niesuwerennością okrągłostołowej respubliki? (Pozostawiam na boku kwestię, czy jest to tylko wolność pozorna, czy mamy tu do czynienia wyłącznie z wrażeniem, z odczuciem wolności.) Im to wystarcza, a mnie nie, ale daleki jestem od wytykania im czegokolwiek, w zamian wspomnę tylko, że niezależnie od „poprawy bytu” w prlu w okolicach roku 1956, Józef Mackiewicz wolał klepać biedę na emigracji, niż tam wracać na wzór swego brata, i pozwolę sobie wysnuć przypuszczenie, że jego decyzja mogła mieć podobne uzasadnienie, co decyzja jednego z bohaterów Lewej wolnej:
„Ojczyzna ujarzmiona pozostaje ojczyzną. Ale ojczyznaakceptująca rabstwo, to dla mnie nie ojczyzna, a zagroda dla bydła.”
Mackiewiczowska teza, że osobista wolność jest ważniejsza niż wolność narodu lub państwa, wydaje mi się słuszna. Weźcie sobie pseudo-suwerenne państwo demokratyczne, a dajcie mi w zamian cesarsko-królewską wolność i poszanowanie prawa. Nazywam dzisiejsze wcielenie prlu „najlepszym z prlów”, bo bez wątpienia ludziom żyje się lepiej, czują się wolni, cokolwiek by to miało znaczyć.
Pozwólmy więc Grekom wybierać między nędzą a brakiem suwerenności, ale postawmy pytanie zasadnicze:
Do czego to wszystko prowadzi?
Wielu twierdzi, że europejska integracja prowadzić musi do dominacji Europy przez Niemcy. Nie przebierając w środkach, nazywają na przykład Angelę Merkel – nazistką. Powiedzmy wprost: to już nie jest przesada, ale kompletny bełkot niedorozwiniętych idiotów. Z niemieckiego punktu widzenia, €uro jest niczym więcej niż niewinnym kamuflażem, który w zamian za zgodę na ciągnięcie za sobą śmieci (w rodzaju Grecji), pozwala niemieckiej gospodarce korzystać z zalet stabilnej, ale taniej waluty. Niemiecka marka była bardzo stabilna, ale karała niemiecką wydajność wysokimi kosztami eksportu, więc mniej wydajne gospodarczo kraje nie mogły sobie pozwolić na zakup lepszych wyrobów niemieckich, bo wymiana walutowa czyniła je zbyt drogimi – €uro jest odpowiedzią na ten problem. Na tym kończą się niemieckie korzyści, za które nb. Niemcy płacą ogromnymi składkami na budżet europejskiej Niuni – ponad 20% gigantycznego budżetu pochodzi z Niemiec – a w nagrodę niemieccy turyści nie są mile widziani w Grecji. Nic więc dziwnego, że opinie na temat Niuni są w Niemczech podzielone, dziwi mnie natomiast, że dorośli ludzie potrafią ostrzegać przed €uro jako tajnym planem niemieckim dla ostatecznego panowania nad Europą. Jeśli wyższość BMW nad Peugeotem (niech mi puryści wybaczą, ale odmawiam używania prlowskiej pisowni mark samochodów z małych liter – to zupełnie nie do przyjęcia) ma być oznaką dominacji politycznej Niemiec, to ja nie rozumiem na czym polega polityka.
Inni widzą w projekcie europejskim lewicowy spisek przeciw narodowemu państwu. Ta opinia jest już bardziej uzasadniona. U podstaw ideologii paneuropejskiej leży przekonanie, że integracja kontynentu doprowadzi do stopniowego zaniku narodowego państwa, co miało być w mniemaniu ojców Niuni jedynym sposobem zapobieżenia dalszym wojnom. Na pierwszy rzut oka, wygląda to logicznie, ale w praktyce bezustanne zabiegi integracyjne, ciągła presja ze strony brukselskich komisarzy w kierunku ujednolicenia Europy, mają dokładnie przeciwny efekt: wywołują wzrost nastrojów nacjonalistycznych i popularność partii narodowych. Nacjonalizm w dzisiejszej Europie przybiera dwie formy: stronnictw odśrodkowych, separatystycznych, jak np. w Szkocji, Katalonii, w kraju Basków czy w północnych Włoszech; albo partii antyimigracyjnych, których przykładów są dziesiątki, od La Penów do „złotej jutrzenki” w Grecji. W ślad za bolszewicką propagandą z lat trzydziestych, nazywa się te partie do dziś „prawicowymi” albo nawet „skrajną prawicą”, nie szczędząc im także epitetów „faszystów” i „neonazistów”. Jest to bez wątpienia wygodny zabieg, ponieważ zarówno ruchy z lat 20-30 ubiegłego wieku, jak i dzisiejsze partie nacjonalistyczne są klasycznymi reprezentantami lewicy. Po pierwsze dlatego, że u źródeł ich leży kolektywna ideologia narodu, a po drugie, ponieważ były i są bezwstydnie socjalistyczne. Zarówno Hitler, którego ideologia nazywa się narodowo-socjalistyczną, więc nie można mu nawet zarzucać, że krył się ze swą lewicowością, jak i dzisiejsze partie, w rodzaju szkockich nacjonalistów, przyznają się wprost do socjalizmu. Mamy tu paradoksalną sytuację, w której lewacka ideologia integracyjna, chcąc nie chcąc karmi lewackie tendencje odśrodkowe. (Czy myśmy już tego gdzieś nie widzieli?) Najbardziej jaskrawym przykładem służyć mogą znowu wydarzenia w Grecji, gdzie siły „pro-europejskie” domagają się kontynuacji subsydiów, bez cięć oszczędnościowych, a siły anty-europejskie żądają powstrzymania cięć i kontynuacji subsydiów, z tą różnicą, że chcą także wyrzucenia wszystkich emigrantów na zbity pysk.
O ile można przyjąć, że integracjoniści od lat przyjmowali długoterminowy plan integracji Europy poprzez dokonywanie drobnych kroków, to trudno jednak zgodzić się, że w ich planach od dawna leżało stworzenie głębokiego kryzysu €uro, by móc pchnąć kontynent w ramiona federacji. Jest to typ myślenia, w jakie popadał zbyt często świętej pamięci Christopher Story, któremu każde wydarzenie wydawało się elementem szerszego spisku. Kryzys €uro jest bez wątpienia nie na rękę federalistom; woleliby na pewno płynąć statecznie ku federacji, przyciągając coraz więcej członków unii do strefy €uro. Ale jest zupełnie oczywiste, że wykorzystają dzisiejszy kryzys dla zacieśnienia federacji.
Dokąd więc zmierzamy? Do krwawej dezintegracji? Czy do przymusowej integracji?
Powyższa alternatywa byłaby słuszna, gdyby Europa rozwijała się w oderwaniu od sytuacji globalnej. Trudno wprawdzie zaprzeczyć, że Grecja byłaby w tarapatach, niezależnie od sytuacji w Ameryce; że bez względu na strategiczne posunięcia chrlu, Niemcy stałyby nadal przed tym samym dylematem: ładować miliardy w europejski projekt dla utrzymania niskiego kursu swej waluty czy nie?; że Hiszpania i tak stałaby w obliczu ruiny, abstrahując od sowieckich manewrów. Co rzekłszy, nie wolno w takiej sytuacji ignorować globalnego kontekstu, a to jest właśnie błąd, który popełnia większość obserwatorów i, jak mi się zdaje, nieliczni uczciwi politycy europejscy.
Kraje europejskie są słabe i liczą się coraz mniej na globalnej arenie politycznej. W ciągu ostatniego półwiecza tylko Wielka Brytania i Francja chciały odgrywać taką rolę, ale nie mają po temu żadnych podstaw. Paszportem do roli mocarstw miało być dla nich posiadanie broni nuklearnej, ale w czasach gdy Pakistan posiada taką broń, kilka rakiet typu Trident nie ma strategicznego znaczenia. Stan liczebny armii francuskiej i brytyjskiej jest niewielki (brytyjskie siły lądowe zostaną wkrótce zmniejszone do 80 tysięcy żołnierzy!), a wydatki wojskowe maleją (zabawne, że nieproporcjonalnie duże armie mają Włochy, Hiszpania i … Grecja). Jedyny kraj europejski, który mógłby odgrywać rolę globalną, Niemcy, nie ma najmniejszej na to ochoty. Głęboki kryzys gospodarczy na kontynencie może mieć zatem dwie konsekwencje: może osłabić gotowość obronną i uniemożliwić obronę interesów europejskich poza Europą. Słabość militarna krajów europejskich nie oznacza wcale, że nie mogą się obronić w wypadku ataku. Oczywiście, że mogą i to skutecznie, dlatego między innymi wizja czołgów sowieckich na ulicach miast zachodnich jest mrzonką; że mogą, to jasne, ale czy społeczeństwa będą chciały się bronić – to inne pytanie. Ich militarna słabość ma jednak poważniejsze konsekwencje globalne: nie są mianowicie w stanie bronić swych interesów poza kontynentem, nawet gdyby potrafili je prawidłowo rozpoznać, na co nadzieje są nikłe.
Oprócz kontekstu strategicznego istnieje też kontekst duchowy, ideowy.
Kosmopolityczna demokracja i ekskluzywistyczny nacjonalizm, choć pozornie ze sobą sprzeczne, często zawierają sojusze, ale ważniejsze, że zarówno ponadnarodowy paneuropeizm jak i najdrobniejsze separatyzmy w Europie, są ideowo bliższe bolszewizmowi, niż mogłoby się na pozór wydawać. Wszyscy razem wywodzą się z tej samej formacji duchowej, która stawia człowieka w centrum; wszyscy mają prawa człowieka na ustach, ale zapominają, że najpewniejszym sposobem uszanowania jego własnych praw jest przestrzeganie praw boskich. Mogłoby się na pozór wydawać, że indywidualistyczny liberalizm nie może mieć nic wspólnego z kolektywistycznym nacjonalizmem (bądź bolszewizmem, co na jedno wychodzi). Ale każda kolektywistyczna ideologia wychodzi z punktu „dobra” człowieka jako celu. Nacjonalizm widzi kontekst narodowy jako najpełniejsze spełnienie człowieka: jednostka poddana wyższej „woli narodu”, rozpłynięcie się w bycie ważniejszej całości, ma być zarazem godnością i celem człowieka. Bolszewicy także mają zawsze usta pełne frazesów, że „człowiek, to brzmi dumnie”.
Jedynym rzeczywistym przeciwstawieniem tych pozornie sprzecznych i skłóconych ideologii jest tradycjonalny, konserwatywny indywidualizm, który dostrzega, że zniszczenie praw boskich jest najpewniejszą drogą do naruszania praw człowieka. Kiedy wywodzi się podstawy władzy, prawodawstwa i państwa w ogóle, nie od Boga, ale od ludzi (w demokratycznej ortodoksji „lud” jest suwerenem, w nacjonalistycznej „naród”), praworządność staje się kwestią wyboru, a prawo pochodną ideologii. Zanika tradycyjna spójnia społeczna, wyrastająca naturalnie ze wspólnych wartości, a na jej miejsce przychodzi spójnia narzucona odgórnie, jak np. wspólnota narodowa. Zarówno w zachodnich „demokracjach”, jak i w sowieckim systemie, nie ma miejsca dla Boga w życiu rodzinnym, w małżeństwie, w szkole, w miejscu pracy. Przykład pierwszy z brzegu: w Wielkiej Brytanii, której „monarcha” jest głową kościoła anglikańskiego, rząd mianujący się „konserwatywnym”, pragnie wprowadzić zmianę do prawa rodzinnego, która zezwoli na „małżeństwo” osób tej samej płci. Nie na darmo w powyższym zdaniu tyle cudzysłowów, bo słowa „monarchia”, „konserwatyzm” i „małżeństwo” zamieniły tu swe znaczenie na przeciwne. Na jaki ład liczyć może państwo, dopuszczające się takiego zamachu na ład naturalny, na odwieczne prawo Boże, ale także na zdrowy rozsądek i fundamentalne odczucie językowe? Ani z nich konserwatyści, ani monarchiści, ani nie bronią tradycyjnej rodziny. Konfuzja semantyczna leży u podstaw duchowego zamieszania i kulturalnego kociokwiku.
W imię czego zatem mają się zachodnie społeczeństwa bronić przed potencjalnymi agresorami? W imię czego miałyby kiedykolwiek wyzwalać narody zniewolone? Ani w latach czterdziestych i pięćdziesiątych, kiedy Polacy oczekiwali wybawienia od Ameryki, ani w 1956 roku w Budapeszcie, ani w przyszłości. Tłumy manifestują dziś na ulicach zachodnich stolic pod hasłami, które można bez żenady nazwać komunistycznymi. I to nie w sensie takim, w jakim używamy tego określenia w Podziemiu, tj. w sensie, w którym Putin jest komunistą. Putin jest bolszewikiem, czekającym z boku na osłabienie Europy wędzonej na złotym haku; jest bolszewikiem, tzn. jak przystało spadkobiercy Lenina, Trockiego i Stalina, gotów przyjąć każdą ideologię i porzucić ją bez mrugnięcia okiem – dla władzy. Demonstranci na ulicach Aten, Barcelony i Londynu są komunistami, tzn. wyznawcami i ofiarami komunistycznej ideologii. Domagają się nacjonalizacji banków i odebrania przywilejów „bogaczom”. Czy to już jest leninowska „sytuacja rewolucyjna”? Nie potrafię powiedzieć, ale wiem, że taka sama ideologia leżała u podstaw potworności bolszewickiego przewrotu.
Do czego więc zmierza europejski kryzys? Przymusowa integracja czy chaotyczny rozpad – obie możliwości wróżą klęskę.
To nie o Grecję tu idzie ani o śródziemnomorskie państwa, które nie potrafią wstrzymać swej naturalnej tendencji do finansowej biegunki. Nie o niemieckich turystów ani o hiszpańskie banki. Nie o €uro ani nawet nie o paneuropeizm.
Idzie chyba o to, że Europa stacza się sama, bez pomocy z zewnątrz, wprost do rąk bolszewików.
Europa się wędzi niby łosoś królewski
W dymie gazów bojowych wbita na złoty hak,
Żre się kucharz francuski z szefem kuchni niemieckiej
Z ryby tak smakowitej co przyrządzić i jak.
Żaden stary się przepis nie wydaje jej godny,
Tak czy siak, trzeba będzie rybę przeciąć na pół,
Już rozpruto podbrzusze, płynie z głębi jam rodnych
Czarny kawior narodów politykom na stół.
[…]
Pan zaś spluwa żółtawo, smarka w palce bez chustki
I na krzesło „stół” mówi, a na stół mówi „stoł”,
Patrzy kucharz niemiecki wraz z kucharzem francuskim
Jak łososia z kawiorem między zęby już wziął.
Sok po brodzie mu płynie niewątpliwie czerwony
Łyka skórę i ości, wyssał oczy i mózg.
Wszak przez wieki ten łosoś był dla niego wędzony
A on czekał cierpliwie ciemny Bóg pustych ust.