Zamknij
Michał Bąkowski

Piszcie do mnie na Berdyczów czyli „operacja polska” V

1 maja 2012 |Cykle, Michał Bąkowski, Piszcie do mnie na Berdyczów, Ukraina
Źródło: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2012/05/01/piszcie-do-mnie-na-berdyczow-czyli-%e2%80%9eoperacja-polska-v/

Pomimo formalnego odwołania rozkazów Jeżowa, czystki i prześladowania trwały nadal pod nowym kierownictwem Berii.  Ekipa Berii wykańczała nie tylko ludzi Jeżowa, ale także wszystkich aresztowanych przez Jeżowa.  Podczas gdy w sowietach ciągle padały strzały w tył głowy, w Polsce podjęto debatę na temat Ukrainy.  Jednym z uczestników dyskusji był główny winowajca zdrady ryskiej, Stanisław Grabski.

Przez wiele lat, przy podmiejskiej willi Grabskiego stał posterunek policyjny, w obawie przed zamachem ze strony Ukraińców, którym Grabski zamknął 90% ich szkół.  Niepotrzebnie wszakże obawiano się zamachu.  Działalność ludzi takich jak Grabski, była na rękę ukraińskim nacjonalistom, którzy jak ognia bali się zbliżenia z Polską.  Prawdziwie niebezpieczny dla ukraińskiego nacjonalizmu był Tadeusz Hołówko, adwokat autonomii ukraińskiej, zamordowany przez OUN w 1931 roku – to jego należało strzec.  W 1938 roku, starzejący się Grabski, objeżdżał Polskę z serią odczytów na temat Ukrainy i chwalił się: „Zamknąłem jako minister 1500 szkół ukraińskich, a nie miałem ani jednego wypadku sabotażu za mego urzędowania.”  Publicysta Słowa, Mieczysław Pruszyński, odpowiadał na gorąco:

„Złudna iluzja!  Sabotaży i zamachów nie organizuje się z dnia na dzień.  Dla powstania masowych aktów terroru potrzeba długiego okresu wzbierania, narastania nienawiści w łonie mniejszości.  Reakcja na skasowanie szkół przez Grabskiego przyszła dopiero parę lat później.  Wiadomo, że Konowalec – najzdolniejszy oficer Petlury – był przez szereg lat zwolennikiem kolaboracji Ukraińców z Polską.  O ile wiemy, skasowanie przez Grabskiego ukraińskiego szkolnictwa, wpłynęło na zmianę jego przekonań, miało go jakoby przekonać definitywnie, że z Polską współpraca jest niemożliwa, bo Polacy dążą do wynarodowienia Ukraińców.” [1]

W tym samym czasie wypowiadał się także na temat problemu ukraińskiego w Polsce Adolf Bocheński:

„Małopolska Wschodnia była, jest i pozostanie przynależną do Państwa Polskiego.  Ukraińcom jednak, stanowiącym połowę ludności tego kraju i jego współgospodarzy, musimy zapewnić pełną swobodę rozwoju kulturalnego (szkolnictwo) i gospodarczego.  Musimy bowiem stworzyć Ukraińcom warunki znośnego życia w Polsce – w przeciwnym wypadku pozbawieni wszelkiej nadziei, pójdą za hasłami ekstremistów.  Kolonizacja Małopolski Wschodniej napływowym elementem polskim nie może załatwić sprawy…” [2]

Ilość organizacji ukraińskich w Polsce, o której z taką swadą poinformował nas pan Zeppo, nie mogła zmienić faktu, że mniejszości czuły się w międzywojennej Polsce prześladowane.  Zostawię na boku Litwinów, Żydów, Białorusinów, którym nie było lepiej niż Ukraińcom, i wspomnę tylko o jednym aspekcie polityki „polonizacji Kresów”: o akcji osadniczej.  Ziemia pochodząca z parcelacji nie mogła być legalnie sprzedana miejscowym chłopom, a szła w ręce obce, ręce wojskowych osadników.  Nawet jeśli wielu z nich było bohaterami walk o te ziemie, to nie przestawali przez to być obcy dla „tutejszej” ludności, a na domiar złego obarczeni byli misją polonizacyjną.  Słusznie więc nazywał Bocheński tę politykę „kolonizacją napływowym elementem polskim” – czy tak trudno zatem zrozumieć poczucie krzywdy panujące wśród nie-polskiej ludności tych ziem?  Czy można się dziwić, że Ukraińcy głodzeni i mordowani po jednej stronie granicy ryskiej, patrzyli początkowo ku Polsce z nadzieją, ale z czasem utracili tę nadzieję i obrócili się przeciw Polsce?  Narodowy indyferentyzm, zupełnie naturalny na ziemiach od wieków zamieszkanych przez wiele narodowości, zamienił się w nienawistny nacjonalizm prześladowanych.

Nie spełniły się nadzieje Bocheńskiego; wręcz przeciwnie, koszmarna rzeczywistość przelicytowała najgorsze przewidywania publicystów Słowa.  Bocheński przypominał [3] m.in. sławne dictum Władysława Studnickiego: „Ukraińcy to taki naród, który śpi, ciągle śpi.  Potem budzi się raz na sto lat, rżnie Polaków i znowu zasypia” – przerażająco trafne to słowa.  Bocheński zginął pod Anconą, Studnicki umarł w biedzie na emigracji, zaszczuty przez polrealistyczną większość, a Pruszyński i Grabski zrobili kariery w prlu, odciętym od Wołynia, nie tylko wewnętrzną granicą między dwoma bolszewickimi tworami, ale także strasznym plonem krwawych wydarzeń wojennych.  Nie spełniły się również nadzieje Konowalca, który jak wielu ludzi z tamtych stron, był synem Ukraińca i Polki.  W kilka tygodni po ukazaniu się artykułu w Słowie, Konowalec [4] zginął zamordowany w tajemniczym zamachu bombowym w Roterdamie.  Zabójcą był agent nkwd, Paweł Sudopłatow, zaporoski Kozak, który z czasem stał się bliskim zaufanym Stalina.

*

Po podpisaniu paktu Ribbentrop-Mołotow i ataku sowieckim na Polskę, stalinowski aparat terroru przeniósł się dalej na zachód i skoncentrował na nowo podbitych ziemiach.  Wolno chyba przypuszczać, że kiedy rozpoczęły się masowe deportacje ze Lwowa a potem z Wilna, terror w Berdyczowie, Winnicy i Żytomierzu zelżał nieco.  Ale była to tylko cisza przed kolejną burzą.  Hitler wkrótce zaatakował sowiety i żołnierze zwycięskiego Wehrmachtu witani byli na tych ziemiach jako wyzwoliciele.  Ku wielkiemu zaskoczeniu Niemców, chłopi ukraińscy samorzutnie budowali dla nich bramy powitalne.  W ciągu pierwszych sześciu miesięcy konfliktu, niespotykana liczba prawie trzech i pół miliona krasnoarmiejców znalazła się w niewoli niemieckiej.  Żołnierze niezwyciężonej armii czerwonej woleli pójść do niewoli, niż bronić nieludzkiego reżymu, który ich gnębił od dwudziestu kilku lat.  Ale przez potworną ironię historii, stali się kolejnymi ofiarami Stalina, ponieważ wiele lat wcześniej odmówił on podpisania Konwencji Genewskiej, ani nie czuł się związany Konwencją Haską, czym dał Hitlerowi pretekst do traktowania jeńców sowieckich z niesłychanym bestialstwem.  Czerwonoarmiejcy, którzy poszli do niewoli w nadziei, że będą mogli walczyć przeciw znienawidzonemu systemowi, zostali w większości zagłodzeni na śmierć w warunkach równie nieludzkich, co przymusowa praca w kopalniach Workuty.

Tymczasem terror stalinowski przybrał na sile.  Istnieje dziwnie uparty mit, że jedyny moment w historii, gdy władza sowiecka nie prowadziła wojny przeciw własnym poddanym, to lata wojny z Niemcami.  Jak wiele mitów, nie ma to żadnego potwierdzenia w faktach.  Od wybuchu wojny sowiecko-niemieckiej do końca 1942 roku 994 tysiące żołnierzy zostało skazanych, z czego 157 tysięcy rozstrzelanych.  W sierpniu 1941 roku Stalin podpisał rozkaz nr 270, który w praktyce zrównywał jeńców wojennych z dezerterami i wyjmował ich rodziny spod prawa (jakiekolwiek było to stalinowskie prawo, odebranie praw obywatelskich równało się w sowietach przymieraniu głodem, bo nie wolno było zatrudniać rodzin „zdrajców”).

Polityka niemiecka na ziemiach okupowanych była bezwzględna, czemu być może nie należy się dziwić, bo okupanci z rzadka tylko bywają sympatyczni.  Ale polityka Hitlera była przede wszystkim głupia, zamieniała bowiem w zaciętych wrogów miliony potencjalnych sojuszników.  Miliony skolektywizowanych chłopów na Ukrainie i Białorusi sowieckiej, którzy po 20 latach bolszewickich prześladowań, pragnęli tylko rozwiązania kołchozów i zaprzestania prześladowań, poddani zostali w zamian kolejnym prześladowaniom hitlerowskiej wersji bolszewizmu.  Zdziesiątkowana sowieckim terrorem ludność Berdyczowa wpadła w kleszcze dwóch wrogów: SS i sowieckiej partyzantki.  Ofiarami pierwszej fali prześladowań padli przede wszystkim Żydzi.

Na początku lipca 1941 roku założono w Berdyczowie getto, do którego spędzono także Żydów z okolic.  Już w trzy miesiące później getto zostało zlikwidowane, a wszyscy mieszkańcy wymordowani.  Zginęła w nim między innymi matka Wasyla Grossmana, słynnego sowieckiego reportera wojennego, a później głośnego „antystalinowskiego” powieściopisarza.

Tymczasem OUN pracował nad przebudzeniem narodu ukraińskiego.  Wiele było powodów, dla których to właśnie Stepan Bandera wyszedł zwycięsko z frakcyjnych podziałów i osobistych waśni z innymi przywódcami.  Był bardziej bezwzględny niż umiarkowany Melnyk i bardziej zacięty niż bardziej realistyczny Bulba-Borowiec, który z trudem uszedł z życiem z zasadzki zastawionej nań przez Banderowców.  Ale spory wśród ukraińskich nacjonalistów nie są przedmiotem moich rozważań; dość powiedzieć, że zwycięski Bandera wykazywał się przemożną chęcią „rezania Lachów”, co jak trafnie zauważył wcześniej Studnicki, zdaje się być narodowym sportem pewnego typu Ukraińców.

Ale tym razem było inaczej.  O ile rzeź humańską z 1768 roku wraz z koszmarem Koliszczyzny można od biedy zaliczyć do hajdamackich tradycji, tak żywo opisanych przez księdza Kitowicza w jego memuarach, to Rzeź Wołyńska leży już na innym planie ze względu na przerażający kontekst polityczny.  Kiedy na hulaszcze tradycje kozackich mołojców nałożono chamską dyscyplinę nacjonalizmu, tępą karność partii politycznej i bezkrytyczny posłuch bojówkarzy, to stała się rzecz niesłychana: prawdziwa operacja polska odbyła się na Wołyniu i w Galicji, i dokonana została nie przez gpu, ale rękami Ukraińców.  Nie była to hajdamacka burda, ale precyzyjnie zaplanowana i przeprowadzona z żelazną konsekwencją operacja eksterminacji Polaków i wymazania wszelkich śladów wielowiekowej obecności kultury polskiej na tych ziemiach. Diaboliczność metod nie była kwestią przypadku, ani hajdamackiego rozpasania; krwawe tortury i odrażające okrucieństwo miały na celu zastraszenie Polaków, a jednocześnie zmuszenie Ukraińców do walki do upadłego, związanie ich męczeńską krwią ofiar.  UPA posunęła się nawet do dokonania egzekucji 384 Ukraińców, którzy odważyli się ukrywać Polaków.

Ogromna ilość ofiar (wedle różnych źródeł zginęło od 30 do 80 tysięcy ludzi, w tym ogromna liczba kobiet i dzieci) i makabryczność metod stosowanych wobec Polaków z Wołynia i Galicji – piły i siekiery, kosy i sierpy, widły i młotki były rutynowo używane w masakrach, a księży katolickich notorycznie krzyżowano – czyni z Rzezi Wołyńskiej jedną z najgorszych zbrodni tej zbrodniczej wojny, ale prawdziwą tragedię robią z niej dopiero paradoksalne okoliczności sytuacji politycznej.  Józef Mackiewicz tak pisał o tych czasach w powieści Nie trzeba głośno mówić:

„Podobnie jak ćwierć wieku temu, gdy narastała wielka fala międzynarodowego bolszewizmu, narody nie łączyły się we wspólnym interesie obrony przed tą falą, lecz każdy we własnym zakresie walczył wyłącznie o swoje – takoż stało się i teraz: gdy w dalekim Teheranie, pod whisky z lodem i dobre humory zwyciężających potęg, losy i ziemie ludów układane były na stole z lekkością wyjętych z pudełka zapałek, gdy przesuwano granice i w konwersacji towarzyskiej ustępowano terytoria, przesądzając o powojennym arrangement – narody o których decydowano bez ich udziału i bez ich wiedzy, rozpoczęły między sobą krwawą walkę.  O miedzę, o wykładnię historyczną, o teoretyczne pretensje do tego lub innego miasta.  Rzuciły się sobie we włosy, targając niemiłosiernie i bez tego okrwawione głowy.  Pod wierzchnią warstwą wielkiej wojny, rozpaliła się w płaszczyźnie nacjonalistycznych, tzw. realnych interesów, druga wojna: polsko-ukraińsko-litewsko-białoruska; kozacka, tatarska, biało-rosyjska…  Katolicka, greko-katolicka, prawosławna…  O panowanie na tych ziemiach!  O Wilno, o Mińsk, Grodno, o Polesie, Wołyń, o Lwów…  O granicę na Sanie czy Bugu, na Prypeci czy Dniestrze.

Niemcy ustępowali wciąż.  Armia czerwona parła naprzód, zwycięska.”

Hitlerowskie Niemcy zostały wnet rozbite i zdenazyfikowane w bezprzykładny sposób.  Stalin zasiadł w glorii zwycięzcy na stolcu sędziego, oskarżyciela i kata.  Największy zbrodniarz najgorszej z wojen ferował wyroki i rozdawał laurki.  Vae victis.  Niemcy przegrały wojnę, ale biada Polsce, Ukrainie, Białorusi i krajom bałtyckim, które były jej największymi ofiarami.  Jeszcze w 1940 roku pisała Barbara Toporska: „nie ma ziemi, na której rozbrzmiewałby język polski, litewski, czy języki ruskie, która byłaby dla nas obcą ziemią,” ale Toporska była odosobniona w swych sentymentach już wówczas, a co dopiero w kilka lat później, po „niemiłosiernym targaniu i tak już okrwawionych głów”?

Ziemia, którą Ukraińcy „oczyścili” z wszelkich śladów polskiej kultury, znalazła się w krwawych rękach Nikity Chruszczowa.  Owiany chwałą najsprawniejszego siepacza Stalina, rządził Ukrainą jak wicekról, jak perski satrapa.  Po skutecznym rozkułaczeniu i rozkozaczeniu, wymordował unickich biskupów, zdławił niedobitki nacjonalistów, po czym w 1948 roku zorganizował deportacje elementów szkodniczych ze wsi: aresztowano prawie milion ludzi w operacji nie ustępującej brutalnością wielkim czystkom z lat trzydziestych.  Ale zanim do tego doszło, na zniszczonej wojną Ukrainie zapanował kolejny głód: 282 tysiące ludzi zmarło z głodu w roku 1946 i dalszych 520 tysięcy w 1947.

„…wtenczas po włosku: addio!
Po polsku: pisuj do mnie na Berdyczów.
Okropne słowa!  jeśli nie zabiją,
To serce schłoszczą tysiącami biczów.”

Piszcie do mnie na Berdyczów!…, wołał Słowacki w Beniowskim, czyli odczepcie się ode mnie, zostawcie mnie w spokoju.  Zaprzepaściliśmy tę ziemię, choć serce się kraje pod chłostą tysiąca biczów na sam dźwięk tych słów.  Czego nie osiągnęła ryska zdrada, oddająca współbraci pod bezbożną bolszewicką władzę, czego nie zamierzali nigdy osiągnąć czekiści ze swą „operacją polską”, to udało się zdziałać chamskim nacjonalizmom.  Nacjonaliści wszystkich krajów łączcie się w nienawiści.  Łączcie się w zawołaniu, „Polska dla Polaków”, „Szkocja dla Szkotów”, a Ameryka dla amerykańskich Indian…  Ale przecież w oczach nacjonalistów sąsiednie narody to w ogóle nie narody, a podejrzana hołota, zasługująca co najwyżej na miano „żywiołu”.  Nic więc dziwnego, że rosyjski czy niemiecki nacjonalizm poddawały Polaków rusyfikacji i germanizacji.  Trudniej pojąć, skąd wobec takiej historii wziął się u Polaków zapał do polonizacji.  Skąd ta straszna pogarda dla pobratymczych narodów?  To z braterstwa tych narodów właśnie, które polski nacjonalizm lubi zbywać jako „hołotę”, bierze się jedyna pretensja Polski do wielkości.  Koncepcja polskości wprowadzona przez Dmowskiego do tego co w Polsce uchodzi za „myśl polityczną”, polegała na zawężeniu jej do rozmiarów jednego stronnictwa.  To jest koncepcja Polski, w której nie byłoby miejsca dla Sapiehów i Sanguszków, Radziwiłłów i Chodkiewiczów, Wiśniowieckich i Czartoryskich, i to wcale nie ze względu na ich wielkopańskość, ale dlatego że żaden z tych wielkich polskich rodów nie był polskiego pochodzenia.  Jest to polskość, w której nie ma miejsca na wielkość, bez sprawdzania rasowej czystości.  Jest to koncepcja polskości, która nie przyciągnęłaby ani Wincentego Pola, ani Mikołaja Chopina, ani tysięcy Szkotów uciekających przed prześladowaniami, ani rzecz jasna Żydów.  Nie byłoby więc w tej Polsce miejsca dla Fryderyka Chopina, ani Bruno Schulza, ani dla Zbigniewa Herberta.

Zastąpienie patriotyzmu nacjonalizmem jest typowe dla współczesnej kultury, w której tylko masa się liczy, a ziemia nie niesie ze sobą żadnych wartości.  Pojęcie ojczyzny nie ma wszakże nic wspólnego z narodem, wywodzi się bowiem z ziemi jako sceny dramatu, jako źródła natchnienia, jako duchowej dziedziny zamieszkujących ją ludów.  W ojczystej ziemi znajdujemy korzenie naszej kultury i w fakcie, że dzielimy te korzenie z Rusinami i z Litwinami, z Prusakami i z Żydami, powinniśmy widzieć jej siłę, a nie słabość.

Czy już tylko dla mnie ziemia, na której rozbrzmiewają języki ruskie, nie może być ziemią obcą?  Czy tylko w moich uszach Bob Dylan, którego dziadkowie uciekli z tych ziem, brzmi jak berdyczowski kantor, gdy śpiewa:

Your breath is sweet
Your eyes are like two jewels in the sky
Your back is straight, your hair is smooth
On the pillow where you lie
But I don’t sense affection
No gratitude or love
Your loyalty is not to me
But to the stars above

One more cup of coffee for the road
One more cup of coffee ’fore I go
To the valley below

Your daddy he’s an outlaw
And a wanderer by trade
He’ll teach you how to pick and choose
And how to throw the blade
He oversees his kingdom
So no stranger does intrude
His voice it trembles as he calls out
For another plate of food

One more cup of coffee for the road
One more cup of coffee ’fore I go
To the valley below

Your sister sees the future
Like your mama and yourself
You’ve never learned to read or write
There’s no books upon your shelf
And your pleasure knows no limits
Your voice is like a meadowlark
But your heart is like an ocean
Mysterious and dark [5]

Dylan miał ponoć napisać tę piosenkę pod wpływem wizyty w Saintes-Maries-de-Mer w Prowansji, gdzie był świadkiem obrzędów kultu Świętej Sary Egipcjanki, patronki Cyganów.  Ale ja nie widzę w tym żadnego echa cygańskich wpływów.  Głos Dylana wznosi się jak głos kantora w berdyczowskiej bożnicy, a akompaniament skrzypiec nieomylnie przywodzi na myśl klezmer.  Czy już tylko ja jeden to słyszę?  Treść Dylanowej kantyleny jest jak żywcem wzięta z kozackiej dumki: dziewczyna, co umie rzucać nożem i nie jest przywiązana do niczego, wygląda w słowach Dylana tak samo, jak wolna kozacka dziewoja pod piórem Michała Czajkowskiego, Tołstoja, ba, nawet Sienkiewicza.  Bandyta, który jest „królem” w swoim świecie czymże różni się od Tarasa Bulby albo od Bohuna?  – Ale może to tylko ja mam takie skojarzenia?  Może meksykańscy bandidos i hajdamacy z zielonych stepów Ukrainy, są tak podobni do siebie, bo z takich samych zrodzeni okoliczności?

*

Nie ma już tamtej ziemi.  Nie ma już tamtych ludzi.  Lenin, Stalin i Chruszczow wykonali swoją robotę pierwszorzędnie.  Hitler i Banderowcy też nie zasypiali gruszek w popiele.  Ale czego innego oczekiwać od zbrodniarzy i bandytów?  Bolszewicy nauczyli świat, że narody i ojczyzny można przesuwać po mapach jak zapałki po stole, i Churchill zapamiętał sobie tę naukę.  Jedynym efektem jego „jałtańskich posunięć” było powstanie „polskich patriotów Szczecina”, „patriotów rosyjskiego Kaliningradu” itp., podczas gdy na wysiedlonych z Breslau czy ze Lwowa wszyscy plują i odmawiają im wszelkich praw.  W latach czterdziestych pod bolszewickimi plakatami opiewającymi uroki ziem wyzyskanych: Wrocław – twoje miasto! Szczecin – twój port! Odra – twoja rzeka!, dopisywano: Kurwa – twoja mać.  Tak to drzewiej bywało, tak nieokrzesani bywali jeszcze wówczas ci nieliczni, których nie wtłoczono wystarczająco skutecznie w bolszewickie „państwo jednego narodu”.

Problem z ojczyzną polega na tym, że tak długo jak wiąże się ona z ziemią i grobami, jest czymś namacalnym, bliskim i rzeczywistym, jest tym, co Niemcy nazywają Heimat.  Ale kiedy – jak stało się w wypadku wielu narodów, w tym niestety także Polski – ten namacalny związek przestał istnieć, to ojczyzna staje się czymś oderwanym i absolutnym, przestaje być rzeczywista i staje się przedmiotem ideologii (Niemcy, dla odróżnienia, nazywają ten fenomen Vaterland).  Tęsknimy za naszą bliższą ojczyzną (Heimat), tj. za rodzinnym majątkiem albo wioską (polskie słowo „ojcowizna” ma oczywiste konotacje z tym znaczeniem „ojczyzny”), lub choćby tylko za ulicą, po której biegaliśmy w krótkich spodenkach; inaczej mówiąc, tęsknimy naprawdę za młodością, która oblekała w nadziei złote malowidła.  Ojczyzna (w sensie Vaterland, tj. ta oderwana od ziemi i nierzeczywista) jest oczywiście nietożsama z państwem i jest czymś więcej niż „ziemią i grobami”, bo z tym da się utożsamić tylko bliższa ojczyzna (w sensie Heimat).  Niestety!  Od dwóch wieków z górą zaślepieni symboliką nacjonalizmu, Polacy sami odebrali sobie wszelkie prawa do tych ziem.  Gwoździem do trumny Najjaśniejszej Rzeczypospolitej było wyrzeczenie się jej dziedzictwa, czego najjaskrawszym symbolem była zdrada dokonana przez polskich nacjonalistów w Rydze.

Piszcie do mnie na Berdyczów!  Tam już Polski nie ma.

W profetycznym natchnieniu Juliusz Słowacki pisał o tej ziemi:

„Dobrze ją poznaj – bo wkrótce utracisz.
Jak sny przez dobre duchy malowane;
Żywot… tysiącem żywotów zapłacisz
– A zawsze jedną tę serdeczną ranę
Przyciśniesz w piersi rękami obiema
– Tę jedną smętną ranę – że Jej nie ma!
Sławę ci damy… lecz tobie obrzydnie
– Serce ci damy… ale spustoszeje.
Przyjdzie do tego, że będziesz bezwstydnie
Urągał w Bogu mającym nadzieję.”

______

  1. M. P. [Mieczysław Pruszyński], „Grabski i Bocheński”, Słowo nr 99, 10.4.1938
  2. tamże
  3. Odczyty Adolfa Bocheńskiego omawiał Pruszyński, ale ukazały się w Słowie także artykuły w nr 85 i 92 z roku 1938: Adolf Bocheński, „Sojusz polsko-ukriański 1920 r.”
  4. Pruszyński mylił się, co do wpływu polityki Grabskiego na postawę Konowalca, który był antypolski od samego początku.  Konowalec był założycielem i pierwszym liderem OUN.
  5. Bob Dylan, One More Cup of Coffee
Źródło:
Adres artykułu: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2012/05/01/piszcie-do-mnie-na-berdyczow-czyli-%e2%80%9eoperacja-polska-v/
Kategorie: Cykle, Michał Bąkowski, Piszcie do mnie na Berdyczów, Ukraina
Zamknij
 |  https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2012/05/01/piszcie-do-mnie-na-berdyczow-czyli-%e2%80%9eoperacja-polska-v/