Zamknij
Michał Bąkowski

Jestem za, a nawet przeciw czyli o uświadomionej konieczności polemizowania

25 marca 2012 |Michał Bąkowski, Rubikon rzeczywistości
Źródło: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2012/03/25/jestem-za-a-nawet-przeciw-czyli-o-uswiadomionej-koniecznosci-polemizowania/

Nie zdziwi z pewnością nikogo, że wbrew wyrażonym tu opiniom, polemika wydaje mi się najłatwiejszą możliwą formą wypowiedzi.  Cóż może być prostszego ponad przedstawienie i uzasadnienie swojej własnej niezgody?  Co rzekłszy, polemika jest domeną indywiduów pozbawionych kreatywności, wyzutych z Bożej iskry (o ile można być wyzutym z iskry); jest dziedziną próżniaków, jak na przykład niżej podpisany*; którzy leżą martwym bykiem i kontemplują świat, swobodnie błądząc myślą to tu to tam, aż nagle, użądleni wypowiedzią, z którą zgodzić się nie sposób, przebudzeni z drzemki na jawie, zrywają się z zielonej łąki, niczym byczek Fernando, i z zajadłością godną lepszej sprawy wykrzykują swoje „nie pozwalam!”  „Nikt nie znał jego życia, nie zna jego zguby: To samoluby!”, rzekł był wieszcz i pewnie miał rację, bo jeśli niezgoda ma się skończyć na owym liberum veto, jeśli polemista miałby poprzestać na wrzasku i tupaniu nogami, tj. na wyrażaniu miast uzasadniania, to byłby niewiele więcej niż pieniaczem, byłby człowiekiem szukającym sporu dla niego samego, niezależnie od meritum; człowiekiem, dla którego zaprzeczenie ma już wartość samo przez się, a względne pozycje zajęte w debacie mają tylko drugorzędne znaczenie.  Polemika jest więc najłatwiejszą formą wypowiedzi dla pieniacza, ale także dla owych nieszczęśników, którzy pragną poddać swoje własne myślenie próbie.  Dla tych ostatnich jest koniecznością, a cóż jest łatwiejszego niż uświadomiona konieczność, to przeciwieństwo trudnej wolności?

Ba, ale po co poddawać się dobrowolnie torturom?  Po co narażać się na śmieszność?  Na niechęć, na odrzucenie?  Po co stawiać się bezustannie w żałosnej sytuacji, w której zaczepiony z wyższością milczy, a w najlepszym wypadku puka się w głowę z protekcjonalnym uśmieszkiem na ustach?  Obawiam się, że moja odpowiedź zabrzmi górnolotnie i pretensjonalnie.  Trzeba to robić w imię prawdy.  Prawda nie jest nam dana, możemy co najwyżej zbliżać się do niej asymptotycznie, ale i wówczas nie mając wcale pewności co do zbliżenia.  „Co to jest prawda?” zapytał Piłat Zbawiciela i nie czekając na odpowiedź, wyszedł oznajmić Żydom, że nie widzi w Nim winy; w Nim, który narodził się by dać świadectwo prawdzie.  Nie będziemy tu jednak rozważać Prawdy Syna Bożego, Baranka bez skazy.  Nie będziemy mówić o prawdzie bytu ani o logicznej bądź semantycznej definicji prawdy, w zamian zajmiemy się czymś o wiele bardziej przyziemnym: adekwatnością naszego obrazu świata do świata, zgodnością naszych wypowiedzi ze stanem faktycznym.  To ostatnie znaczenie ma polityczne zastosowanie, bo nie można zajmować się polityką, nie przyjmując za punkt wyjścia realistycznego opisu sytuacji, w jakiej się znajdujemy.  Pisałem tutaj kiedyś w cyklu pt. Żuraw i landrynka**, na temat realizmu politycznego i podstawowych jego elementów: realizmu opisu, realizmu środków i realizmu celów.  Pozwolę sobie nieskromnie odesłać czytelnika do tamtych rozważań, a przejść w tym miejscu do istoty polemiki, która od paru miesięcy toczy się na stronach naszej witryny.

Odnoszę wrażenie, iż ta dziwna „zgoda przy jednoczesnej niezgodzie”, którą zauważyli niektórzy uczestnicy dyskusji, to podejrzanie bolkowe „jestem za, a nawet przeciw”, da się wyjaśnić nie dość wyraźnym rozróżnieniem pomiędzy elementami należącymi do opisu a metodami działania oraz stawianymi celami.  Pan Orzeł zdaje się zgadzać z redaktorami Wydawnictwa Podziemnego w kwestii opisu stanu faktycznego.  Pozwolę sobie określić ten stan następująco: 1. postępy sowietyzacji na świecie są zastraszające, co wyznacza najszersze ramy naszej sytuacji; 2. tzw. „upadek komunizmu” był wielką prowokacją obliczoną na globalny efekt, na przyspieszenie sowietyzacji tzw. „wolnego świata”; 3. sowiety istnieją nieprzerwanie od roku 1917, a od kilkunastu lat ukrywają się pod mianem „Rosji” i innych państw ościennych, jak „Kazachstan” czy „Białoruś”; 4. prl istnieje nieprzerwanie od lat czterdziestych i jako taki jest kontynuacją struktur sowieckich, a nie polskich, nie jest ani państwem, ani polskim.

Przypuszczam, że większość stałych czytelników niniejszej witryny podziela powyższy opis.  Pan Orzeł mówi na to: zgoda, i co dalej?  Co robić?  Jeżeli rzeczywiście jest tak źle, to czy nie przyczyniamy się do pogorszenia sytuacji przez oddanie pola?  Czy zejście do Podziemia nie jest przyznaniem się do porażki?  Katakumby?  To dobre dla pierwszych chrześcijan, a nie dla politycznej myśli.  Pan Orzeł porównał nas do getta, ale nie do hitlerowskiego getta dla koncentracji Żydów przeznaczonych do zagłady, tylko do współczesnych gett w bogatych miastach zachodnich, gdzie biedota żyje częściowo z wyboru a po trosze z konieczności, w oderwaniu od społeczeństwa „na powierzchni”, pełna ignorancji i całkowicie ignorowana.  Getta są z łatwością kontrolowane bez potrzeby pacyfikacji i taką przyszłość przepowiada pan Orzeł Podziemiu.  Pan Amalryk natomiast porównał nas do leprozorium.  Jednakże trędowaci wyrzuceni są poza margines zdrowego społeczeństwa dla obrony przed bakcylem choroby, którą niosą.  My zaś zeszliśmy do Podziemia dobrowolnie i celowo, gdyż w naszym oczach to właśnie społeczeństwo na powierzchni jest zarażone bakcylem sowietyzacji.

Skąd biorą się tak zasadnicze różnice w ocenie sytuacji, skoro nie różnimy się w jej opisie?  „Ocena sytuacji” jest tu ciekawym określeniem.  Kiedy „oceniamy” polityczną sytuację, to patrzymy na nią poprzez cele, jakie chcemy osiągnąć.  Opis jest pozbawiony elementu oceny, np. zdanie: „deszcz pada” jest beznamiętnym opisem, podczas gdy „leje jak z cebra, a ja muszę przejść 10 mil po błocie” zawiera niewypowiedzianą ocenę trudności sytuacji, ze względu na cel.  Jakie zatem cele stawia sobie Pan Orzeł?

O ile rozumiem, jego aspiracją jest Wolna Polska, tj. stworzenie prawdziwej Rzeczypospolitej, która by na takie miano zasługiwała.  Dla takiego celu namawia nas do wyjścia z Podziemia, gdzie nasza prawidłowa analiza marnuje się, bo jest jego zdaniem zamknięta jak w getcie i nie może mieć wpływu na wydarzenia.  Pan Orzeł zapytuje trafnie, czy wszystko musiało pójść bolszewikom zgodnie z planem w roku 1989?  „Przecież dla zachowania pozorów trzeba było mimo wszystko poluzować nieco smycz, tak pomocną we wcześniejszych dekadach do sprawowania pełnej kontroli.”  A skoro tak, konkluduje, to można było śmiałymi działaniami na powierzchni wyrwać wydarzenia spod ich kontroli.  Nie można przecież osiągnąć niczego, oddając im monopol na „dowolne manipulowanie opinią publiczną, co też z powodzeniem robili.  I robią do dziś.  Mieli również wyspecjalizowane służby, które na sygnał rzucały się do wyszukiwania haków na przedstawicieli środowisk, które stanowiły potencjalne zagrożenie dla systemu.”

Myśl chyba słuszna w ogólnych zarysach, nawet jeśli trudno się zgodzić, że moja osobista decyzja odrzucenia tzw. przemian, kiedy je na żywo obserwowałem w 1989 roku, była podstawą ich sukcesu.  Słuszna jest bez wątpienia uwaga, że nie można zwyciężyć, nie biorąc udziału w grze.  I tu znajdujemy pierwszą istotną różnicę między nami a Panem Orłem.  Z naszego punktu widzenia – Darek! wybacz, ale to „my” jakoś strasznie mi śmierdzi kołchozem, więc odtąd będę używał pierwszej osoby liczby pojedynczej – a więc z mojego punktu widzenia, bolszewicka gra obliczona jest nie na skuteczne manipulowanie opinią publiczną, która w ostatecznej analizie nic ich nie obchodzi, ale właśnie na wciągnięcie do gry jak największej ilości sił autentycznie „anty” (waham się przed nazwaniem ich antykomunistami, bo autentycznego antykomunizmu w dzisiejszych czasach w prlu nie ma).  Nie było więc nigdy możliwości, żeby „jacyś tam ekstremiści wszystko zepsuli”, ponieważ sama ich obecność w grze była już wystarczającym dla bolszewików zwycięstwem, legitymizowała ich władzę, ich grę, ich zasady gry.

Pan Orzeł nie zgadza się z takim postawieniem sprawy i wskazuje, że w 1992 roku system był w autentycznym zagrożeniu:

„Ktoś spaprał robotę. Do władzy doszli ludzie, którzy co prawda też mówili, że żyjemy w wolnej Polsce, też występowali na specjalnie przygotowanej scenie politycznej (a to w odczuciu redaktorów Wydawnictwa Podziemnego jest niewybaczalnym postępkiem), a jednak z jakiegoś powodu byli dla systemu śmiertelnie niebezpieczni. Niebezpieczni do tego stopnia, że trzeba było uruchomić już nie fachowców w białych rękawiczkach, jakichś tam Lesiaków, czy innych majorów, tylko zwyczajnie jedną kukłę, której kazano brutalnie, bez żadnej finezji dokonać nocnej zmiany. Na parę lat zagrożenie zostało odsunięte.”

Rozumiem z tego, że rząd Olszewskiego miał być szansą na prawdziwe odrodzenie.  Mam jednak wiele zastrzeżeń do powyższego wywodu.  Po pierwsze, sam Olszewski należał z pewnością do koncesjonowanej opozycji, o której tak trafnie pisze Pan Orzeł.  Ale po drugie i ważniejsze, szczerze wątpię, czy projektowana lustracja, która doprowadziła do wałęsinego puczu, była aż tak bardzo nie na rękę bolszewikom.  To nie oni „uruchomili kukłę”, ale kukła uruchomiła się sama.  Wałęsa czuł się zagrożony osobiście, więc bronił systemu, który go wyniósł na piedestał – cóż w tym dziwnego? To nie system bronił swego agenta (a już na pewno nie bronił się przed jakimś śmiertelnym zagrożeniem), tylko raczej agent bronił swojej kariery.  Posunąłbym się nawet do twierdzenia, że kompromitacja Bolka leżała jak najbardziej w sowieckich planach i raczej byli niemile zaskoczeni, że nie została dokonana rękami rządu prlu.  Kompromitacja Wałęsy była bowiem równoznaczna z obaleniem mitu, dlatego nb. jest do dziś tak trudna do przyjęcia dla wielu Polaków.  Było to zniszczenie mitu, który nagle wysunął ich ojczyznę na pierwsze strony gazet; mitu pt. „w moim kraju obalono komunizm”, mitu „ruchu społecznego”, gdy w rzeczywistości była to agenturalna gra luster i dymnych zasłon.  Po trzecie wreszcie, wyobraźmy sobie, że nie było puczu i dokonano lustracji, czy dzisiejsza sytuacja byłaby zasadniczo inna?  Tak, prawdopodobnie byłaby znacznie gorsza, ponieważ wskazywanoby bezustannie, na autentyczną dekomunizację, gdy w istocie żadna nie byłaby zaszła.

Pan Orzeł widzi działania rządów Olszewskiego i Kaczyńskiego jako „nieskuteczne, zbyt słabe i ostatecznie zakończone klęską, ale jednak w zamierzeniu właściwe.”  Proponuje zatem więcej takich samych działań.  Stworzenie elit niezależnych od służb sowieckich, by móc w przyszłości odbudować państwo.  Pytanie: czy sam fakt uwikłania w prl nie jest już wystarczająco kompromitujący dla tych nowych elit?  Jakie nowe państwo mogą zbudować, skoro sami są beznadziejnie zaplątani w prlowską sieć?  Czy tylko ja widzę tu analogię z rokiem 1989, kiedy to elity prlu zbudowały „nowe państwo” na kształt i podobieństwo poprzedniego?

I w ten sposób powróciliśmy do pytania o cel.  Celem nie może być w moim przekonaniu odbudowa polskiego państwa, ponieważ (jak zresztą zauważa Pan Orzeł) nawet autentycznie Wolna Polska byłaby dziś otoczona czerwonym morzem demobolszewii sowieckiej i niunio-europejskiej.  Nadrzędny cel polityki jest wyznaczony przez obiektywne i absolutne wartości, jest to cel w istocie swej moralny.  Możemy się spierać, jakie stosunki ekonomiczne i społeczne, jaki system prawny, jaka władza wykonawcza, najbardziej sprzyjają realizacji wartości; możemy dyskutować nad środkami i metodami, ale tylko wówczas, gdy uznajemy nadrzędny cel polityki.  Z czego wynika, że nie może być żadnej dyskusji, żadnego kompromisu z siłami, które tego moralnego a priori nie uznają.  Nie może być kompromisu z komunistami ani z ich świadomymi bądź nieświadomymi towarzyszami podróży.  I dlatego nie ma godnego miejsca na powierzchni prlu.

Dopiero z tak określonego celu wynikać muszą przedsięwzięte środki i metody działania.  Zgadzamy się z Panem Orłem co do opisu sytuacji, ale nadrzędny cel polityki, tak jak ja go widzę, narzuca mi wniosek, że jedyne realistyczne działanie może być w podziemiu.  Czy zejście do podziemia nie jest przyznaniem się do porażki?  Ależ oczywiście, że jest!  Antykomunizm przegrał z kretesem już dawno temu.  Czyżby zatem Pan Orzeł miał rację, że oddając pole zwycięskiej propagandzie demobolszewickiej, przyczyniamy się do umocnienia jej zwycięstwa?  A co powinniśmy innego zrobić?  Stać dalej na polu bitwy, kiedy bitwa już dawno przegrana?  Czy może stanąć do wyborów do sejmu prlu?  Walczyć z wybiórczymi gazetkami?  To nie my oddaliśmy pole, zostało one oddane przez polskie społeczeństwo, które woli dopatrywać się polskości w prlu.  Jedyni, którzy jeszcze opierają się prlowi, to skrajni nacjonaliści polscy, którzy oskarżają dzisiejszą prlowską wierchuszkę o sprzyjanie „ruskim”.  Niestety, nacjonalistów stosunkowo łatwo zadowolić, bo wystarczy odrobinka „antyruskiej” retoryki i przezwą na nowo prl „trzecią rp” albo czwartą, albo entą.

Wielokrotnie pisaliśmy tu o postaci Antoniego Macierewicza, niezłomnego bohatera podziemia z lat 70. i 80., który odmówił udziału w rozmowach okrągłostołowych, by z czasem stać się filarem nowej koncesjonowanej opozycji wobec autorytetów współczesnego prlu.  Co konkretnie osiągnął Antoni Macierewicz, wychodząc „na powierzchnię”?  Rozwiązał jakąś agencję, na której miejsce powstała inna.  Jego głównym tytułem do chwały wydaje się, że jest ulubionym oszołomem prlowskich elit, więc jaką cenę zapłaciłby, gdyby był ogłosił wszem i wobec, że cała ta wolna Polska to blaga, to prl i nic więcej, że popełnił błąd, legitymizując sowiecki twór jako państwo polskie – po czym zszedł do podziemia.  Pozostałby nadal ulubionym oszołomem prlowskich elit, ale zasłużyłby sobie na szacunek uczciwych ludzi.

_______

* Przed laty pewien komentator zwrócił mi uwagę, że na naszej witrynie artykuły nie są podpisywane poniżej, ale powyżej, więc utarta fraza „niżej podpisany” jest u nas pozbawiona sensu.  Miał bez wątpienia rację, ale jest to „racja” tego rodzaju, że żal ściska serce.  Dla niego samego byłoby lepiej, żeby miał restaurację.

** http://wydawnictwopodziemne.rohnka5.atthost24.pl/2008/07/12/zuraw-i-landrynka/ http://wydawnictwopodziemne.rohnka5.atthost24.pl/2008/07/15/zuraw-i-landrynka-ii/ http://wydawnictwopodziemne.rohnka5.atthost24.pl/2008/07/18/zuraw-i-landrynka-iii/ http://wydawnictwopodziemne.rohnka5.atthost24.pl/2008/07/22/zuraw-i-landrynka-iv/

Źródło:
Adres artykułu: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2012/03/25/jestem-za-a-nawet-przeciw-czyli-o-uswiadomionej-koniecznosci-polemizowania/
Kategorie: Michał Bąkowski, Rubikon rzeczywistości
Zamknij
 |  https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2012/03/25/jestem-za-a-nawet-przeciw-czyli-o-uswiadomionej-koniecznosci-polemizowania/