Katakumby stoją otworem
Bo czem jest bolszewictwo? Politycznie jest ideą demokratyczną doprowadzoną do absurdu, filozoficznie jest zwyrodnieniem wiary w człowieka…
Marian Zdziechowski, Renesans a rewolucja.
Przejdźmy od razu do sedna, czyli do ostatniego fragmentu wypowiedzi Pana Orła, który pisze w ten oto sposób:
Oczywiście w tym miejscu padnie zarzut powiększania semantycznego chaosu i legitymizowania spreparowanej sceny, na której toczy się bitwa. Niewątpliwie w starciu z bolszewicką dżunglą luster można się nieźle poobijać, a nawet całkiem zagubić i stracić kurs. Takie ryzyko istnieje. No cóż, jest to koszt, jaki trzeba ponieść próbując realizować przyjęte cele. Czy na taki koszt warto się decydować? Czym tak naprawdę to grozi?
Stawiając to retoryczne pytanie, nie chce dopuścić do siebie oczywistego, jak mi się zdaje, wniosku, że dwa prezentowane tu „programy”: „semantycznej lampy” z jednej, oraz działania na warunkach podyktowanych przez bolszewickiego wroga, z drugiej strony, że te programy wykluczają się wzajemnie, że nie ma między nimi ani jednego stycznego punktu, że są jak dwa kawałki metalu, namagnesowane odwrotną wartością. Czym tak naprawdę to grozi? Tym, że miliony ludzi w tym kraju nadal będą trwały w przekonaniu, że żyją w wolnej Polsce; tym że stracona zostanie kolejna szansa (albo i tylko cień szansy), że jakiś, choćby znikomy, procent tych ludzi przejrzy na oczy; zrozumie w jakim świecie, w jakiej rzeczywistości żyje.
Pan Orzeł ma swój plan. Chce realizować swoje cele, działać tu i teraz, a nie w jakieś mglistej, odległej przyszłości; działać, a nie tylko dyskutować, nie tylko toczyć wirtualne spory. Czy to źle? Nikt chyba, ani ja, ani ktokolwiek czytający te słowa nie odpowie twierdząco. To oczywiście bardzo dobrze, tyle że zdecydowanie nie za każdą cenę.
Poszperajmy w przemyśleniach naszego adwersarza i spróbujmy przekonać go do naszych racji. Co robić? – zapytuje Pan Orzeł, i przyznać zaraz muszę, że tak sformułowany tytuł wydaje mi się niezwykle trafny. Bo też istotnie, czyż odwołanie do programu działacza, który przewrócił świat do góry nogami, sprawiając, że żadna sfera życia nie miała być już taka jak dawniej, nie jest możliwie najtrafniejszym posunięciem? Co robić? – napisał Lenin i w mgnieniu oka, boć w ciągu zaledwie piętnastu lat, runęły fundamenty starego porządku. Czyż nie okazał się skuteczny, funkcjonalny, pragmatyczny, nietrwoniący nadmiernie czasu na inteligenckie rozterki? Dokładnie takie metodyczne zacięcie w działaniu przedstawia i proponuje Pan Orzeł. Mówi wprost i wyraźnie, że nic nie zdoła go odwieść od raz podjętej decyzji. Pisze całkiem brutalnie:
Ale nie zmienia to mojej opinii o zmaganiach na powierzchni, bo po prostu nie ma innej areny. Skoro liczą się wybitne jednostki, powiedzmy wysocy rangą oficerowie, a szeregowi żołnierze i tak nigdy nie ogarną całej skomplikowanej strategii, to ten napiętnowany rozwidlony język okaże się nie jakimś tam pogwałceniem etyki, tylko czystym pragmatyzmem, stosowanym z powodzeniem od czasu, kiedy wynaleziono ludzkość. No jakby to wyglądało, gdyby Napoleon pod Borodino tłumaczył każdemu ze swoich szwoleżerów, że, wiecie, z lewej flanki ich zaskoczymy, uderzymy tu i… no sami rozumiecie…
Nasz adwersarz, mimo deklaratywnie rozdwojonego języka, mówi prosto i zrozumiale. „Sowietyzacja” – powiada – jest problemem, ale skoro i tak liczą się tylko wybitne jednostki, Napoleony, którym (z racji zapewne ich wybitności) „sowietyzacja” nie zagraża, problem nie jest aż tak wielki jak się redaktorom Wydawnictwa Podziemnego zdaje. W każdym razie na tyle mały, że spokojnie można przejść nad nim do porządku i robić swoje, czyli zwalczać komunistów na ich własnym pseudodemokratycznym podwórku, wedle reguł jakie ustanowią.
Czy z tak naszkicowanym programem można się zgodzić? Czy jest dostatecznie ambitny, dostatecznie racjonalny? Zastanówmy się przez moment. Co my tu mamy tak, jakże klarownie, wyłożone? Po pierwsze, nie przejmujmy się masą armatniego mięsa, która przecież i tak nie posiada (i nie posiądzie) umiejętności racjonalnego myślenia. Nie ważne zatem, co myśli, bo to i tak myślenie bezwartościowe poznawczo. Czy w takim razie gra, jaką zamierzamy prowadzić (albo i prowadzimy) z komunistami, może pogłębić proces „sowietyzacji”? Oczywiste jest, że nie może. Tak przynajmniej zdaje się twierdzić Pan Orzeł.
Przyznam się, że już ten tylko punkt argumentacji wprowadza mnie w stan konsternacji. Skoro, a tak powiada nasz adwersarz, pomiędzy grupką (kliką?) kilku uduchowionych przywódców, a resztą, czyli ową masą, jest dokładnie nic, ludzka pustynia, do której przemawiać nie ma sensu, dla kogóż, w takim razie, cały ten znój, owo „Polskie Państwo”? Czy uduchowiony przywódca sam dla siebie nie jest już dostatecznie „Państwem”? Czy może, aby lepiej się poczuć, rządzić, potrzebna mu jednak owa ludzka masa?
Wróćmy teraz do początku, do celu, który na wstępie swojego artykułu naszkicował Pan Orzeł, do „reanimacji Państwa Polskiego”. W percepcji Pana Orła nie ma celu wyższego, ważniejszego; zakłada przy tym apriorycznie, że nie jest to w żadnym razie kwestia sporna, ale oczywista dla wszystkich uczestników dyskusji. To wyznanie, traktowane jako oczywistość, daje wiele do myślenia, myślenia na temat priorytetów. Może tu właśnie tkwi istota problemu?
Zacznijmy jeszcze raz, tym razem od drobiazgu. Pan Orzeł, pisze, w kontekście Polskiego Państwa, o „reanimacji”. Sugeruje w ten sposób, że Polskie Państwo jednak nie umarło, że mizernie, ale przecież – żyje? Może myśli tak istotnie, dlaczego jednak ten swój nad wyraz subiektywny pogląd przypisuje wszystkim uczestnikom dyskusji? Czyżby tylko lapsus? Jeśli tak, to zastąpmy „reanimację” „przywróceniem” i wróćmy do istoty pytania: czy przywrócenie Państwa Polskiego jest celem w hierarchii wartości najwyższym?
Państwo we wszystkie dziedziny się wciska, wszystko nadzoruje i „narody poczynają godzić się z tem, że rząd za nie myśli, nimi komenderuje dla ich dobra i wygody”, ludzie niewieścieją i głupieją, odwykając od samodzielności. Zanika barbarzyński nieraz, lecz niezbędny w zdrowym społeczeństwie pierwiastek osobistej dzielności.
Tak wypowiadał się na temat „Państwa” Marian Zdziechowski, cytując przy tym książkę dziewiętnastowiecznego filozofa, polityka oraz kawalarza, Wojciecha Dzieduszyckiego; książkę zatytułowaną (czy nie ironia losu?): Dokąd nam iść wypada? Dzieduszycki pisał niemal dokładnie w tym czasie, gdy swoje słynne pytanie zadawał wódz bolszewizmu. Już wówczas, a jeszcze przed kataklizmem, pojęcie „Państwa” niosło ze sobą coś podejrzanego, źle pachnącego, ograniczającego, ogólnie rzecz ujmując, liczne negatywne cechy, których osobiście nigdy bym nie chciał wspierać, tym bardziej przywracać. „Państwo” zaczęło przejmować funkcje, które wcześniej pozostawały daleko poza obszarem jego zainteresowania, ingerować w dziedziny, które wcześniej objęte były zwyczajowym tabu prywatności. „Państwo” demokratyzowało się, wykazując, co wydać się może paradoksem, coraz więcej pogardy wobec szeregowego „obywatela”.
Był to pogląd wyłożony na samym skraju dwóch epok, pomiędzy wiekiem dziewiętnastym i dwudziestym. Czy od tego czasu zaszły jakieś zmiany? Czy z biegiem lat proces się pogłębiał? Józef Mackiewicz, pracujący w latach 20-tych i 30-tych jako publicysta wileńskiego Słowa, nie miał wątpliwości, że tak właśnie jest. W felietonie Szabla i pałka gumowa pisał na ten temat:
Oczywiście, Rosja jest kulminacyjnym przykładem ujemnych przeobrażeń ustrojów powojennego czasu. Ale ten powszechny pęd w ograniczaniu, w totalizowaniu, prześladowaniu, zglajchszaltowaniu swobód obywatelskich, indywidualnego romantyzmu, przybrał w nowej Europie znamiona piętna i zdecydowanego jarzma.
Nie był to obraz przypadkowy, ani podyktowany subiektywną oceną zjawisk. Ulegając pod naporem nowoczesnych ideologii: demokracji, nacjonalizmu, totalitaryzmu, świat zmieniał swoje oblicze i zmienia je dalej. A to co sto lat temu mogło się wydawać skrajnym radykalizmem politycznym czy społecznym, dzisiaj stało się już tylko normą:
Nie potrzebujemy szczegółowego procesu dowodowego – pisałem kilka lat temu – aby stwierdzić jedno z całkowitą pewnością: widmo komunizmu nie krąży już dłużej nad Europą. Podobnie, nie krąży w żadnym innym zakątku świata, pod żadną szerokością geograficzną, na żadnym kontynencie. Czy zostało zdemaskowane i zniszczone? Bynajmniej! Zostało zmaterializowane i wprzęgnięte w służbę państw i społeczeństw. Wystarczy sięgnąć do treści „Manifestu komunistycznego”, aby ze zdziwieniem skonstatować, że jeśli nie z litery to z ducha, główne postulaty Marksa, Engelsa i towarzyszy zostały zrealizowane w tzw. państwach demokratycznych.
Pojęcie „Państwa”, przynajmniej „Państwa” ukształtowanego w tradycji polityczno-ustrojowej dwudziestego wieku nie stanowi dla mnie osobiście jakiejś przemożnej wartości. Nawet okraszenie tego „Państwa” epitetem narodowym niewiele tu zmieni, tym bardziej, jeśli miałoby to być „Państwo” zbudowane na fundamencie demobolszewickiego kompromisu. Nie tędy droga.
Droga, która wiedzie do wymarzonego celu (a każdemu z nas cel ten wyznacza jego osobiste pragnienie) jest zdecydowanie prostsza, choć może i dłuższa, i bardziej wyboista. Dłuższa, bo sięgnąć trzeba po same korzenie bolszewickiego, czy też demobolszewickiego chwastu, prostsza ponieważ nie wymaga politycznego meandrowania, a wręcz przeciwnie – prostolinijnego postawienia sprawy, czy raczej silnego zaparcia się nogami i rwania, aż po wytrzebienie ostatniego korzonka.
W przełożeniu na język quasi-polityczny, zastosowania programu, który dziesiątki lat temu sformułował Józef Mackiewicz w postaci jakże nęcącego zwoje mózgowe pragnienia: „tęsknoty za życiem na prawie stuprocentowego ‘człowieka prywatnego’”. Osobiście jestem zdania, że to jedyny realny program polityczny, pod którym podpisać się może człowiek wolny albo uwalniający się dopiero spod wpływów bolszewickiego skażenia.
Czy taki program da się stosować w praktyce, czy może doprowadzić do celu, jakim jest zmiecenie bolszewizmu i demobolszewizmu z powierzchni ziemi? Niewątpliwie tak. Należy tylko założyć laboratoryjny fartuch, sięgnąć po stosowne przyrządy i wyławiać z ciżby ludzi, gotowych za taki program, jeśli nawet nie iść na wojnę z bolszewizmem, to przynajmniej powalczyć z własnym zniewoleniem. Katakumby stoją dla wszystkich otworem.
Efekty, cele polityczne nie są w tej wojnie najważniejsze, ale i o nich nie musimy zapominać. Teraz „walka jest niemożliwa, więc tym bardziej należy do niej dążyć” – pisała przed laty Barbara Toporska, a pisała tak, ponieważ walka prowadzona gdzieś w bardzo odległej przyszłości nie będzie możliwa bez zachowania samej idei walki. Przebudzenie z bolszewickiej „hypnozy”, jeśli tylko przytrafi się dostatecznej ilości pojedynczych ludzi, może łatwo przerodzić się w pragnienie nagłego działania. Czy godzi się to zepsuć programem kompromisu z bolszewizmem? W żadnym wypadku!