Zamknij
Orzeł

Szto diełat’?

16 lutego 2012 |Orzeł, Rubikon rzeczywistości
Źródło: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2012/02/16/szto-dielat-3/

Spór, w który wdałem się z autorami Wydawnictwa Podziemnego ma na łamach niniejszej witryny długą historię i nie wypada go kontynuować nie zapoznawszy się najpierw z dotychczasową wymianą argumentów. A zatem odrobiłem pracę domową i przypomniałem sobie teksty:

Rolex, FYM i podziemny polrealizm, Masowe niecnotki  oraz polemikę z Jeffem Nyquistem. *

Po wydestylowaniu stanowisk wyjściowych dyskutantów z obu stron (nie, nie barykady, bo przecież wszystkim chodzi o reanimację Państwa Polskiego), wychodzi mi taki obraz:

Przywołani w dyskusji autorzy – Aleksander Ścios, Rolex, FYM – szansę na demontaż postpeerelowskiego tworu widzą w zwycięstwie siły politycznej, która na pierwszy rzut oka wydaje się prowadzić walkę na śmierć i życie z obrońcami (i twórcami) neosowieckiego organizmu, zwanego czasem III RP. Czyli uważają oni aktywność na zastanych warunkach za sprawę oczywistą.

Z drugiej strony, redaktorzy Wydawnictwa Podziemnego ze stoickim spokojem, używając rzeczowych i logicznych argumentów, dowodzą, że wdawanie się w jakąkolwiek grę z sowieckimi namiestnikami nie jest niczym innym, jak uleganiem prowokacji zastawionej na takich właśnie szczerych ale naiwnych patriotów. Ich zdecydowanie, zapał i determinacja została na kilka ruchów naprzód przewidziana przez komunistycznych planistów, stąd też o żadnym zaskoczeniu, czy skutecznym działaniu na tej płaszczyźnie, mowy być nie może. Dalej jest tylko, argumentują autorzy WP, czołganie się przez bagno kompromisów, po którym następuje powtórka którejś z licznych w najnowszej historii „normalizacji”. Jak nie wiec poparcia dla towarzysza Wiesława z 1956 roku, to Sierpień 80, albo bruderszafty rocznik 1989. Krótko mówiąc, zmagania polityczne, których dziś jesteśmy świadkami miałyby być tylko pozorem, a siły deklarujące walkę z systemem, niczym innym, jak kolejną fałszywą, koncesjonowaną opozycją, jak ta z pierwszego PRL-u, której celem było między innymi skanalizowanie niepokojów społecznych i dezinformacja.

Od dawna padają wciąż te same argumenty i dyskusja tak jakby utknęła w martwym punkcie, bo żadna ze stron nie jest w stanie przekonać drugiej. Chociaż tak po prawdzie, to chyba wcale się ze sobą nie komunikują…

Jeśli przyjrzeć się uważniej argumentom Pana Dariusza (m. in. w artykule „Rubikon rzeczywistości”, ale również w wielu wcześniejszych tekstach), to zasadniczą przeszkodę w realizowaniu się na jedynej dostępnej obecnie płaszczyźnie politycznej widzi on w semantycznej zapaści, która wywarła tak silne piętno na umysłach współobywateli, że nie są oni w stanie dostrzec, że państwo, w którym żyją nie jest ich państwem, a tylko kolejną mutacją PRL-u. Taki proces degeneracji zdolności poznawczych nazwano sowietyzacją. Każda próba zignorowania tego zjawiska musi prowadzić zatem na manowce i wypaczać ogląd rzeczywistości.

No dobrze, ale sowietyzacja nie jest przecież sztuką dla sztuki. To precyzyjnie zaplanowany proces, środek do osiągnięcia określonych celów. Jakich? Obawiam się, że wciąż tych samych, co po 22 lipca 1944 roku. Po pierwsze, na zawsze mamy pozostać pozbawionym prawdziwej elity zbiorowiskiem, niezdolnym do samodzielnego planowania i osiągania jakichś wspólnych celów. Naszym przeznaczeniem ma być realizowanie zadań narzucanych przez kolejnych nadzorców, przy czym zmiana tego, czy innego nadzorcy nie wpływa na ogólny charakter samego procesu sowietyzacji. Bez względu na to, czy pada rozkaz budowy gułagu sowieckiego, czy europejskiego, my powinniśmy wciąż tak samo wsłuchiwać się pilnie, jaki to rozkaz przekazuje nam na sztandarze rewolucji profil czwarty (piąty, szósty, dziesiąty). Wszelka aktywność zmierzająca do formułowania wspólnych interesów, wytyczania jakiejś strategii, w ogóle samo integrowanie się wokół zakazanych symboli, które mogłyby obudzić poczucie wspólnoty, jest systematycznie piętnowane. Metodyczne powtarzanie takich połajanek doprowadziło w końcu do absurdalnej sytuacji, wytworzyła się mianowicie specyficzna autocenzura, na analogicznej zasadzie, jak odruchy Pawłowa. Używanie zwrotów takich jak „ojczyzna”, „patriotyzm”, „naród” wywołuje automatycznie skojarzenia typu „terror”, „nacjonalizm’, „faszyzm”. Pierwszy lepszy konsument medialnej leguminy być może nie potrafiłby przyswoić dłuższej wypowiedzi pisemnej, ale bez trudu dopasuje odpowiednie hasła z powyższego przykładu. To bezsprzecznie wielki sukces autorów sowietyzacji i dziś korzystają z niego coraz to nowi przybysze z różnych metropolii, którzy zaprzęgają nas do swoich rydwanów. To, czy ostatecznie uda się odtworzyć struktury niepodległego państwa, czy też pozostanie ono tylko rezerwuarem taniej siły roboczej, rynkiem zbytu masowo wytwarzanych przez wielkie korporacje towarów niskiej jakości i drogą tranzytową pomiędzy dwoma wielkimi sąsiadami, zależy w dużej mierze, niestety od czynników zewnętrznych, ale aktywność samych obywateli może w jakimś stopniu zachwiać podstawami systemu ustanowionego gdzieś w drugiej połowie lat 80-tych.

Kiedyś strażnikiem (bezpiecznikiem) utrzymującym omawiany system był fizyczny terror. Dziś jest to terror ekonomiczny. Był taki moment, że polska (postpeerelowska, jeśli kto woli) gospodarka miała potencjał wystarczający do skumulowania kapitału, dzięki któremu cały ten misterny plan zniewolenia intelektualnego zwyczajnie wziąłby w łeb. Tak, to początek lat 90-tych ubiegłego wieku. Jasne, wiem, że wszystkie kluczowe, strategiczne rejony gospodarki były już przejęte przez różnej maści „ludzi honoru”, że banki, stocznie, huty, kopalnie zostały już dawno rozkradzione. Ale był też olbrzymi sektor drobnych firm, przedsiębiorców, różnej maści wolnych strzelców, którzy nie mając komunistycznych korzeni, dysponowali dla odmiany otwartymi umysłami i wykorzystując chwilową swobodę legislacyjną (zanim system się uszczelnił) ruszyli swoimi własnymi drogami. To wszystko były fantastycznie barwne historie. Tak zaczęły powstawać pierwsze, małe fortuny bez czerwonego wspomagania. Z tych drobnych firm, warsztatów, manufaktur, mogły w przyszłości powstać zręby rodzimego przemysłu, a kapitał zgromadzony w rękach nieuwalanych komunistycznymi powiązaniami miał szansę uodpornić nowych przedsiębiorców (a więc finansową elitę) na pranie mózgów. Oczywiście oni też podlegali wcześniej procesowi sowietyzacji przez cały PRL, ale stając się niezależnymi przedsiębiorcami, współtworząc gospodarkę opartą na prawdziwej konkurencji szybko oczyściliby swoje umysły. Niestety, u progu XXI wieku ta wizja była już tylko wspomnieniem. Zgodnie z intencją naszych nowych przyjaciół, tym razem zza zachodniej granicy, ich tutejsi kolaboranci doprowadzili do przekształcenia efektów tych wszystkich heroicznych starań w infrastrukturę całkowicie uzależnioną od przemysłu (głównie) niemieckiego. Ten wielki potencjał wytwórczy z początku lat 90-tych sprowadzony został do przemysłowej przystawki do wykonywania najbrudniejszej, często po prostu adaptacyjnej roboty. Efekt po dwudziestu latach jest taki, że polska gospodarka jest niezdolna do wytwarzania samodzielnie własnych towarów, w zasadzie można powiedzieć, że w stu procentach została uzależniona od kontrahentów z zachodu. Również, a może przede wszystkim w sensie politycznym.

Na tej gospodarczej płaszczyźnie sowietyzacja również poczyniła straszliwe spustoszenia. Nowe kadry wchodząc w życie zawodowe, bijąc się o miejsca pracy w zachodnich korporacjach (bo drobne polskie firmy żadnej stabilności finansowej nie zapewnią), tresowani są w ścisłym wypełnianiu dyrektyw przysyłanych z centrali, a każda próba samodzielnego myślenia, przejawianie choćby najmniejszej inicjatywy jest surowo karane. Efektem tego procesu jest wyhodowanie kadr wąskich specjalistów, niezdolnych do jakiegokolwiek samodzielnego, perspektywicznego myślenia. I tak krajowe filie wielkich korporacji stały się rezerwatem słynnych skądinąd „młodych, wykształconych”, obsługujących najprostsze sprzęty biurowe. To po prostu rzesze pozbawionych własnej inicjatywy, źle opłacanych niewolników, którym skutecznie wybito z głów najmniejszą choćby chęć tworzenia czegoś, co nie byłoby kopią, mniej lub bardziej udaną podróbką. Czy trzeba w tym miejscu dodawać, że gospodarka, która nic nie wytwarza skazana jest na degenerację?

No dobrze, ale to były rozważania o sowietyzacji umysłów, tu jak sądzę raczej się ze sobą zgadzamy. Różnica zdań ujawnia się, kiedy zaczynamy dyskutować o sposobach przeciwdziałania, metodach odwrócenia tego procesu. Zresztą nie, zagadnienie jest dużo szersze, niż sama sowietyzacja, bo ona jest przecież tylko środkiem. Celem jest natomiast całkowite pozbawienie nas potencjału i chęci odzyskania własnego państwa. Czy z takim sformułowaniem też się zgadzamy?

Jeśli tak, to zanim podyskutujemy o metodzie, spróbujmy w tym miejscu zagłębić się w pewne konkrety i zdefiniować, jakie warunki brzegowe muszą być spełnione, żeby można było państwo nazwać wreszcie niepodległym i suwerennym. Bez takich założeń nie da się dobrać odpowiedniej strategii.

A więc, tak na roboczo można określić kilka niebudzących chyba większego sprzeciwu punktów:

  1. Całkowity demontaż struktur agenturalnych uplasowanych w różnej maści postpeerelowskich służbach specjalnych. Bez takiego odcięcia, jakiekolwiek dalsze próby zmiany status quo skazane są na porażkę, ponieważ wyżej wymienione siły będą skutecznie torpedowały każdą zewnętrzną inicjatywę, słusznie definiując ją jako zagrożenie dla ich dalszego pasożytowania na organizmie państwowym.

  2. Zniesienie medialnej blokady i umożliwienie tym samym rozpoczęcia stopniowej neutralizacji skutków sowietyzacji.

  3. Ujawnienie uzależnienia większości sił politycznych od państw ościennych. Tu być może wystarczyłoby upowszechnienie wiedzy o genezie powstania niektórych partii.

  4. Stworzenie warunków do prowadzenia niezależnej polityki zagranicznej, nie obciążonej uzależnieniem pojedynczych postaci i całych grup interesu od związków z obcymi wywiadami, agenturą wpływu, itp.

  5. Odtworzenie potencjału gospodarczego i zerwanie więzów zależności od gospodarek zewnętrznych. Dzięki temu powstaną warunki sprzyjające kumulacji rodzimego kapitału, niezależnego od międzynarodowych powiązań politycznych. Można tu oczywiście podać warunek wystąpienia z UE, ale to są już szczegóły techniczne sposobu realizacji powyższego punktu.

To oczywiście nie wyczerpuje całej listy życzeń, ale te punkty wydają się być kluczowe.

No dobrze, skoro mamy określone założenia brzegowe, rozejrzyjmy się teraz za przeszkodami, które jak dotąd okazały się nie do pokonania w realizacji powyższych celów. Tu można powołać się na wspominany już przez Pana Jaszczura w komentarzu pod artykułem „Rubikon rzeczywistości” tekst Józefa Darskiego (Jerzego Targalskiego) i przypomnieć bezpieczniki systemu, o których pisał:

„(…)URZĘDY SKARBOWE będą niszczyły każdego biznesmena, który nie jest związany z układem i przekroczy granice małego, ewentualnie średniego biznesu. Przykład Kluski jest tu symboliczny, ale takich wypadków były setki. Chodzi o to by normalny kapitalizm nie powstał, gdyż wówczas pieniędzmi, a więc możliwością ubiegania się o władzę, dysponowaliby ludzie spoza elity władzy. Wielkie pieniądze można robić tylko na styku z państwem (np. prywatyzacje Kulczyka, zamówienia publiczne), a więc w wyniku decyzji politycznych elity władzy i kosztem społeczeństwa. Gdyby jednak ktoś dorobił się nie na okradaniu narodu – wkroczy urząd skarbowy i go zniszczy. Oczywiście drobne biznesy mogą sobie bezpiecznie funkcjonować byle nie wyrastały ponad wyznaczone im granice.

TRYBUNAŁ KONSTYTUCYJNY. Gdyby przez pomyłkę lub nieuwagę Sejm uchwalił jakąś ustawę godzącą w interesy elity władzy, Trybunał Konstytucyjny z pewnością uczenie uzasadni niezgodność ustawy z Konstytucją. A gdyby jakaś ustawa uchwalona w celu propagandowym zaczęła być realizowana i w toku aplikacji okazała się niekorzystna dla elity władzy, kroczy Trybunał. Tak było z uczynieniem z ustawy lustracyjnej pośmiewiska i umożliwienie każdemu agentowi wydania glejtu o braku współpracy z SB i WSW.

AGENTURA sensu stricte wkracza raczej rzadko. Kiedy jakaś partia może okazać się niebezpieczna dla elity władzy, agentura dokonuje rozłamu. Wystarczy przypomnieć los Porozumienia Centrum i ROPu. Teraz agentura będzie się starała dokonać rozłamu w PiS-ie. Dotychczas tej metody nie zastosowano, ponieważ liczono na inne bezpieczniki, a poza tym w walce jaką toczył obóz Prezia z grupą Millera, PiS był przydatny do gnębienia „bandy Leszka” i nikt nie miał czasu zajmować się Kaczyńskimi. Uwierzono bowiem w skuteczność operacji Cimoszewicz-Carex. Bezpieka na szczęście nie jest nieomylna.

ZAJĘCIE PRZESTRZENI SPOŁECZNEJ przez organizacje zneutralizowane, tj. bezpieczne dla układu, nawet jednak takie organizacje trzeba kontrolować. Przykładem było powołanie AWS. Utworzenie tej koalicji się udało, bo celem strategicznym było zajęcie przestrzeni politycznej, w którą mógłby wlać się ROP, gdyby nie zadziałała w nim skutecznie agentura. Bezpieczniki muszą się uzupełniać i współdziałać. Unia Wolności jednak kontrolowała AWS w obszarach, które mogłyby być niebezpieczne dla systemu; natomiast awsowcy mogli sobie kraść byle nie atakować systemu, mogli dołączać do elity władzy (to była oferta systemu pod ich adresem), ale nie uderzać w nią. Jest to tylko jeden przykład ale w grę wchodzą różne instytucje życia politycznego i społecznego.

MEDIA należą do najważniejszych bezpieczników nie tylko dlatego, że umożliwiają manipulowanie społeczeństwem – socjotechnikę, ale także ponieważ służą do tresowania inteligencji. Jeśli chcesz robić karierę, awansować w mediach, a nie gnić na bezrobociu lub do końca życia odbierać depesze czy parzyć kawę w redakcji, musisz udowodnić nie tylko swoją lojalność ale przede wszystkim inicjatywę w obronie układu. Doskonałym przykładem są tu kariery Tomasza Lisa i Małgorzaty Łaszcz. (…)”

Do ostatniego bezpiecznika, mediów, należałoby dopisać jeszcze jeden, ściśle powiązany punkt, czyli właśnie opisywaną poprzednio sowietyzację. To być może najskuteczniejszy bezpiecznik i w systemie fasadowej demokracji może się on okazać najtrudniejszy do wyłączenia.

W tym miejscu mamy, jak sądzę, wstępnie i bardzo pobieżnie zdefiniowane środowisko, w którym się obracamy i które jest, póki co jedynym dostępnym polem aktywnego działania. Teraz dopiero można zacząć dyskusję, jak, dlaczego, kiedy i czy w ogóle.

Wydaje się, że sensowne pytanie na tym etapie, to nie czy żyjemy w wolnym państwie, bo odpowiedź jest chyba oczywista, tylko, czy dysponując wiedzą o stanie tego państwa, znając własne cele i zagrożenia przygotowane przez drugą stronę, można sformułować jakąś sensowną strategię działania. I nie jest to pytanie stawiane ZAMIAST tego o wolne państwo i PRL nr 2, tylko OBOK niego. Czyli, mówiąc krótko dyskusja o zawartości PRL-u w tworze nas otaczającym może toczyć się niezależnie od realnych działań politycznych, bo wynik tej dyskusji jest dość oczywisty. Ci, którzy podejmują działania zmierzające do zmiany tego stanu rzeczy znają odpowiedź na pytanie o stan obecnego państwa, ich przekonywać nie trzeba.

W tekście Podziemie czy Katakumby? Pan Michał Bąkowski pisze o braku sensu w docieraniu ze swoim przekazem do mas. Chyba rzeczywiście coś w tym jest. Masy niczego nie zmienią, a jednostki i owszem, mogą. Więc może zrewiduję swój pogląd na skuteczność witryn takich, jak WP. Może warto dotrzeć do nielicznych jednostek, bo któraś z nich, kto wie, okaże się kiedyś tą kluczową, która doprowadzi do przełomu? Ale nie zmienia to mojej opinii o zmaganiach na powierzchni, bo po prostu nie ma innej areny. Skoro liczą się wybitne jednostki, powiedzmy wysocy rangą oficerowie, a szeregowi żołnierze i tak nigdy nie ogarną całej skomplikowanej strategii, to ten napiętnowany rozwidlony język okaże się nie jakimś tam pogwałceniem etyki, tylko czystym pragmatyzmem, stosowanym z powodzeniem od czasu, kiedy wynaleziono ludzkość. No jakby to wyglądało, gdyby Napoleon pod Borodino tłumaczył każdemu ze swoich szwoleżerów, że, wiecie, z lewej flanki ich zaskoczymy, uderzymy tu i… no sami rozumiecie… tak będzie lepiej. A jeśli tak, to zupełnie bez problemu mogę sobie wyobrazić dobrze przeszkoloną, choć nieliczną kadrę, która wiedząc o skrzywieniu rzeczywistości, bez strachu się w nią zanurza, realizuje zadanie we wrogim środowisku i unika przy tym „normalizacji” i kompromisów, które mogłyby przekreślić ostatecznie ich wysiłki. Przekonywanie, że ta grupa działa w dobrze pojętym interesie mniej aktywnej reszty obywateli może sprawie wydatnie pomóc.

Oczywiście w tym miejscu padnie zarzut powiększania semantycznego chaosu i legitymizowania spreparowanej sceny, na której toczy się bitwa. Niewątpliwie w starciu z bolszewicką dżunglą luster można się nieźle poobijać, a nawet całkiem zagubić i stracić kurs. Takie ryzyko istnieje. No cóż, jest to koszt, jaki trzeba ponieść próbując realizować przyjęte cele. Czy na taki koszt warto się decydować? Czym tak naprawdę to grozi? A, tu już potrzebny będzie dobry strateg, czy może analityk, który oceni aktywa i pasywa i określi skalę owego ryzyka. Ja się nie podejmuję, przedstawiam tylko jeden z możliwych punktów widzenia.

Na koniec proszę mi wybaczyć ten drażniący tytuł, ale autor cytowanych słów czasem zadawał właściwe pytania. Z odpowiedziami było gorzej.

_________

* Nieznośny ciężar semantyki

   Obiegowe pojęcia w strategii i taktyce


Źródło:
Adres artykułu: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2012/02/16/szto-dielat-3/
Kategorie: Orzeł, Rubikon rzeczywistości
Zamknij
 |  https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2012/02/16/szto-dielat-3/