Zamknij
Michał Bąkowski

Homo sovieticus żyje

11 grudnia 2011 |Dzisiejsza „Rosja”, Michał Bąkowski
Źródło: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2011/12/11/homo-sovieticus-zyje/

Tzw. „wybory” w sowietach zostały sfałszowane. Prawdę mówiąc, jest to rewelacja z gatunku tych, że niedźwiedzie fajdają w lesie. Tysiące młodych demokratów sowieckich znalazły się w Moskwie w dzień wyborów, jak za poruszeniem magicznej różdżki, i wszyscy głosowali jak jeden mąż, na partię jednego męża – głosowali wielokrotnie. Urządzono im bazę w jednym z licznych stalinowskich pałaców rozsianych nadal po Moskwie. Dzień wyborów rozpoczął się od wielkiego ataku cybernetycznego na strony internetowe stacji radiowej Echo Moskwy i niezależnej organizacji monitorującej wybory, a zakończył frekwencją wyborczą powyżej 100% oraz 99.5% głosów oddanych na partię Putina w niektórych okręgach. Ludzie o dobrych intencjach i nieprawdopodobnej odwadze, próbowali powstrzymać wielokrotne składanie głosów, ale zostali wyrzuceni z lokali wyborczych. Nic z tego nie było niespodzianką, bo tylko nadzwyczajnie naiwni obserwatorzy mogą przywiązywać wagę do wyniku wyborów w sowietach, a jednak zdumiał mnie fakt, że zauważył te drobiazgi londyński The Economist. Jest to pismo wysokiej klasy, redagowane na rzadko już dziś spotykanym poziomie, z bardzo jasno określoną linią polityczną, która często konfunduje nieobeznanych czytelników. The Economist plasuje się na prawicy w kwestiach ekonomicznych, ale jest na dalekiej lewicy w kwestiach społecznych. Jest to pismo w istocie rzeczy liberalne. A tu nagle w najnowszym wydaniu czytamy w artykule pt. The long life of Homo sovieticus takie rzeczy o „Rosji” Putina:

„Jest mniejsza, bardziej konsumpcyjna i mniej skolektywizowana niż związek sowiecki. Ale nawet jeśli ideologia znikła, to mechanizmy władzy pozostały niezmienione. Kluczowe instytucje, włącznie z sądami, policją i organami bezpieczeństwa, telewizją i systemem nauczania, są używane przez biurokratów dla utrzymania ich własnej władzy i bogactwa. Biuro prezydenta, ciało nie podlegające powszechnym wyborom, nadal mieści się w budynku centralnego komitetu kompartii.

Co więcej, sowieckie mentalne zaprogramowanie ludzi okazało się o wiele bardziej odporne niż ideologia. Kiedy w 1989 roku, grupa socjologów pod wodzą Jurija Lewady, rozpoczęła studia nad „człowiekiem sowieckim”, sztuczną konstrukcją dwójmyślenia, paternalizmu, podejrzliwości i izolacjonizmu, myśleli, że fenomen ten zanikał. Przez następne 20 lat uświadomili sobie, że Homo sovieticus przeszedł mutację i wytworzył nowe cechy takie jak cynizm i agresja. Nie jest to dziedzictwo genetyczne, a raczej wynik zinstytucjonalizowanych ograniczeń i abnormalnych ekonomicznych i moralnych bodźców propagowanych przez Kreml.”

Autor opisuje pokrótce ostatnich 20 lat w sowietach w sposób, do którego przywykliśmy od dawna. Jest to wykład oparty na informacjach z „niezależnych” źródeł w sowietach. Mamy więc obligatoryjny upadek komunizmu, który wzniecił nadzieje, że „Rosja przyjmie zachodnie wartości”, ale okazało się, że sowiecka inteligencja nie jest elitą zdolną wytworzyć nowe struktury; zepchnięci na margines, ludzie sowieccy nie chcieli wziąć odpowiedzialności za „nowe państwo”. Po roku 1993, przy wzrastającym chaosie, ogromna większość homososów tęskniła za sowiecką „stabilizacją”… Aż wreszcie, jak królik z cylindra prestidigitatora, pojawił się Putin.

Wedle angielskiego tygodnika, Putin zrozumiał, że nie ideologia jest ważna, ale pieniądze i władza, toteż z miejsca zabrał się do „konsolidacji” czyli, żeby uniknąć eufemizmów, do likwidacji potencjalnie alternatywnych ośrodków władzy. O ile za czasów Jelcyna, oligarchowie byli chronieni przed konkurencją przez swą niebagatelną władzę, to Putin zdołał przemienić ich w wasali i odtąd to jego władza gwarantowała własność oligarchów: tylko posłuszny wasal może być „rosyjskim miliarderem”. Putin dokonał więc „monetaryzacji sowieckich przywilejów”. Za wcześniejszych wcieleń sowieckiej władzy – „na górze, chciałoby się żyć najpełniej i najdłużej” – nomenklatura cieszyła się rozmaitymi przywilejami, które były zapłatą za lojalną służbę. Putin przemienił system przywilejów w system własności z nadania, ale podczas gdy w praworządnych państwach własność jest chroniona prawem, to w putinowskich sowietach własność musi być chroniona i potwierdzona przez biurokratę, a więc może być odebrana zupełnie tak samo, jak stalinowskie dacze. Najlepszym przykładem putinowskiego systemu przywilejów jest smutna historia Michaiła Chodorkowskiego, który trzymany jest w więzieniu od lat jako memento mori dla wszystkich oligarchów na wolności. Policja, prokuratura i sądownictwo są narzędziami Putina w kontroli nad gospodarką i nad społeczeństwem.

„Jest to replika sowieckiej polityki negatywnej selekcji, kiedy najlepsi i najbardziej aktywni członkowie społeczeństwa są celowo przytłumiani bądź wręcz likwidowani, podczas gdy pasożytnicza biurokracja i aparat bezpieczeństwa jest nagradzany. To co Stalin wykuł przy pomocy represji i eksterminacji, dzisiejsza Rosja osiągnęła poprzez korupcję i gwałt.”

Konkludując, dziennikarz pyta retorycznie, jak można wystąpić przeciw władcy, który nie obawia się użycia siły wobec oponentów, ale wydaje mu się także oczywiste, że zmiana przywódcy nie uwolni Rosji z sowieckich kleszczy, bo homo sovieticus żyje.

Tyle londyński tygodnik. Przytoczyłem tak obszerne fragmenty z jednego tylko powodu: bardzo rzadko zdarza się zachodnim autorom piszącym o współczesnych sowietach – które nieodmiennie i myląco nazywają „Rosją” – wskazać na podstawową charakterystykę tego tworu, na sowietyzację, jako fundament sowieckiej władzy. Terminy homo sovieticus, homosos, czy sowietyzacja, nie należą do słownika współczesnych autorów. Bywają czasami, bardzo rzadko, wspominane przez historyków i to zazwyczaj z ironią. Simon Sebag Montefiore na przykład, w swoich skądinąd znakomitych książkach o Stalinie, wyśmiewa zadufanych w sobie, niewykształconych głupków u steru władzy w sowietach, którzy wierzyli w zbudowanie nowego człowieka. No, dobrze, ale jeżeli anonimowy autor artykułu w The Economist (artykuły w tym piśmie są tradycyjnie niepodpisane) tak dobrze rozumie sytuację w sowietach, tak trafnie ujmuje istotę rzeczy, przypisując dzisiejsze problemy sowietyzacji, to dlaczego wypisuje kawałki tego rodzaju:

„Tego rodzaju taktyka, w której wrogowie są wszędzie i nikt nie może mieć szlachetnych motywów, zrodziła ogólny cynizm. W tym jednym, post-sowiecka Rosja wydaje się zupełnie inna niż związek sowiecki. Przywódcy mieli wówczas wartości, nie tylko interesy. Partia komunistyczna była na pewno sklerotyczną partią ucisku, ale nie była nazywana partią złodziei i oszustów. Sowieccy przywódcy nie zachęcali do cynizmu: brali swoje słowa bardzo poważnie.”

Jest dla mnie zupełnie jasne, że autor tych słów nie dostrzega wewnętrznej sprzeczności swej własnej pozycji, ponieważ nie rozumie istoty komunizmu. Dlaczego nie rozumie?? – oto jest pytanie. Cytat powyższy zasługuje na bliższą uwagę, bo jest charakterystyczny dla pewnego typu mentalności: mentalności dobrze wykształconych, młodych liberałów, produktów znakomitych uniwersytetów zachodnich, przez które przemaszerowała już rewolucja Gramsciego. Rezultatem tego marszu przez instytucje, jest powszechne dziś przyznawanie tej samej wagi propagandzie i prawdzie, w imię, pożal się Boże, obiektywizmu.

Putin używa klasycznie stalinowskiej metody konsolidacji społeczeństwa poprzez promowanie obrazu oblężonej twierdzy. Autor z Ekonomisty zdaje się twierdzić, że oblężona twierdza sowiecka wytworzyła pewien typ egzaltowanego idealizmu, gdy oblężona twierdza Putina produkuje tylko cynizm. Nie widzi wcale, że rzekomy idealizm sowiecki, o którym wyczytał w książkach, był tylko wytworem propagandy dla zamaskowania głębokiego cynizmu, zarówno wśród ludności, jak i wśród przywódców; że ludzie wznosili okrzyki „hura!” „no, bo jakże inaczej?”, ze strachu, z mimikry, dla kariery; że przywódcy sowieccy nie mieli żadnych wartości, a wyłącznie interesy – interesy partii i swój własny interes: przeżycie – i nazywanie tego „wartościami” jest myśleniem na poziomie przedszkolaka. Ale niech mu będzie! Niech będzie, że Jagoda wyznawał „wartości”, kiedy kazał wyjąć gorące jeszcze kule z czaszek Zinowiewa i Kamieniewa i wygrawerować na nich nazwiska ofiar. Nazwijmy Jeżowa idealistą, bo zachował te kule, gdy kazał torturować Jagodę przed egzekucją. Przypuszczam, że Beria też zasłużyłby na miano idealisty, gdy on z kolei rozkazał, by egzekucja Jeżowa była lustrzanym odbiciem śmierci Jagody. Wobec takich pseudo-wartości, ja wolę cynizm.

A! Beria! Temu bydlakowi warto przyjrzeć się bliżej ze względu na tzw. testament Berii. Żadnego testamentu w rzeczywistości nie ma, ale jest wiele relacji na temat jego planów na przyszłość. Kiedy Stalin leżał w Kuncewie, częściowo sparaliżowany i umierający, Beria wyzywał mu od najgorszych i snuł plany na przyszłość, które brzmią dziwnie znajomo. To on wymyślił określenie „kult jednostki”, to on twierdził, że Stalin nie wygrał wojny, ale zwycięstwo przyszło wbrew Stalinowi i jego strasznym błędom. Teraz planował autonomię dla narodów sowieckich, gospodarczą liberalizację, uwolnienie enerdowa i zjednoczenie Niemiec. Zamierzał otworzyć Gułag i ogłosić amnestię, obnażyć absurd stalinowskiego terroru. Nie miał wątpliwości, że jego inteligencja i świeżość antybolszewickich przekonań przyniosą mu triumf. Chciał zezwolić ludziom sowieckim na podróże zagraniczne i marzył o tym, że jego wnuki będą chodzić do prywatnych szkół w Anglii. Jego marzenia najprawdopodobniej się spełniły.

Ale być może w oczach Ekonomisty bardziej na etykietkę idealistów zasługują Chruszczow i Malenkow, zabójcy Berii? Chruszczow zdołał przekonać innych potentatów, że zamienią tylko jednego gruzińskiego mordercę na innego i obrócił ich przeciw Berii. Malenkow, który był bliskim sojusznikiem Berii i, jako Rosjanin, był desygnowany na lidera, dał umówiony sygnał dla ludzi Żukowa, żeby wtargnęli na posiedzenie politbiura i aresztowali Berię. Zgodnie z długą idealistyczną tradycją bolszewicką, aresztowano całą rodzinę Berii, po czym osądzono i skazano go za „zdradę”, której nigdy nie popełnił i zastrzelono rozebranego do gaci, przykutego do haka w ścianie i z kneblem w ustach. Generał Baticki, który zabił go strzałem w twarz – czy można to uważać za postęp destalinizacji w porównaniu ze stalinowskim strzałem w tył głowy? – został w nagrodę awansowany do stopnia marszałka.

Czy mam dalej mówić o „wartościach” wyznawanych przez sowieckich przywódców? Czy kompartia rzeczywiście nie bywała nazywana „partią złodziei i oszustów”? Mogę autora zapewnić, że była i to nie bez podstaw, ale nie sądzę, żeby moje zapewnienie zmieniło jego poglądy. Sowiecka propaganda zdołała stworzyć jednolity obraz sowieckiej historii; obraz, który informuje nawet autorów skądinąd ciekawych artykułów w Ekonomiście. Jeszcze bardziej jaskrawym przykładem ulegania sowieckiej propagandzie jest inne zdanie z tego samego artykułu:

„Jelcyn, który nienawidził komunizmu, odmówił cenzurowania środków przekazu albo nacisku na sądownictwo. Pan Putin nie miał takich wyrzutów sumienia.”

Jelcyn rzeczywiście prezydował nad okresem rzadkiej swobody dla sowieckich mediów. Ale wystarczy jeden rzut okiem na historię sowietów, żeby wiedzieć, że takich taktycznych wolt było w przeszłości mnóstwo: nepy, odwilże, glasnosti i pierestrojki. Zadaniem Jelcyna było umocnienie przekonania, że komunizm upadł, zarówno na Zachodzie, jak wśród bardziej sceptycznych (i cynicznych) ludzi sowieckich. Zachować władzę, a jednocześnie przekonać wszystkich, że się ją oddało, to nie byle jakie przedsięwzięcie. Jelcyn poradził sobie z tym znakomicie. Nie manipulował sądami, bo sądy pozostały całkowicie sowieckie, więc po co mu było na nie naciskać? Względna wolność mediów była stosunkowo niską ceną do zapłacenia. Jednocześnie Jelcyn nie wahał się zaatakować budynku parlamentu w październiku 1993 roku, kiedy jego władza była zagrożona. Ale najzabawniejsza jest ta pewność autora, że Borys Jelcyn nienawidził komunizmu. Jelcyn był partyjnym aparatczykiem, który przez całe życie wypełniał partyjne polecenia. Czy jest aż tak dziwne i trudne do uwierzenia, że podarł swą partyjną legitymację, kiedy tego żądała jego partia? Putin natomiast nie miał wyrzutów sumienia z powodu cenzury, ponieważ taka właśnie była jego rola. Osobnicy o osobowościach Putina i Jelcyna mogli byli zamienić się miejscami i wypełnić odwrotne role (rzecz jasna pomijam tu różnicę wieku). Abstynent o niebieskich oczach mógł był odegrać rolę modernizatora, reformatora, demokraty i wyznawcy kapitalizmu w latach dziewięćdziesiątych, a ochlapus i bufon mógł był dokręcać śrubę w ubiegłej dekadzie. Do pewnego stopnia nawet, tak właśnie było i jest: Jelcyn strzelał w 1993 roku do parlamentarzystów – wedle oficjalnych danych zginęło 187 ludzi, nieoficjalnie 2000 – a Putin jest przez wielu uważany za obrońcę własności prywatnej jako fundamentu kapitalizmu. Obaj robili dokładnie to, czego wymagała od nich sytuacja.

Jelcyn i Putin wycięci zostali z tego samego kawałka materiału, należeli do tego samego kolektywu kierowniczego i nie ukrywali nigdy bliskich związków, jakie ich łączyły. Nie będę tu opowiadał ponownie, w jaki sposób Putin doszedł do władzy – pisałem o tym obszernie w artykule pt. Burza w Moskwie – ale musi być zupełnie oczywiste dla każdego trzeźwego obserwatora, że przeprowadzenie operacji takiej jak „Burza w Moskwie” dla ugruntowania władzy nieznanego dotąd Putina, nie było możliwe bez wiedzy i udziału aparatu władzy.

Z jednej strony, mamy więc inteligentnego obserwatora, który dostrzega, że homo sovieticus żyje i ma się dobrze. Autor artykułu w The Economist widzi i w miarę adekwatnie opisuje stan rzecz w dzisiejszej „Rosji”, przez odwołanie się do kluczowego pojęcia status quo ante – do sowietyzacji. Ale z drugiej strony ten sam obserwator używa opisu owego status quo ante podsuniętego mu przez sowiecką propagandę. Bierze za dobrą monetę kompletny bełkot sowieckiej propagandy na temat rzekomych „wartości” wyznawanych przez sowieckich przywódców, a wydawać by się mogło, że wystarczyłoby zajrzeć do Lenina czy do Manifestu komunistycznego, by przypomnieć sobie, że żadne wartości nie mają żadnej wagi w komunizmie, że są to zaledwie symptomy choroby lewicowości, których komunista powinien się wyzbyć czem prędzej. Każda taktyczna wolta jest dozwolona, jeżeli przybliża do zdobycia władzy lub ją wzmacnia. Nasz autor natomiast zdaje się mówić: bolszewizm TAK, wypaczenia NIE, jak to trafnie określił Darek Rohnka.

Istnienie tak znakomicie opisanego przez Ekonomistę homososa, jest najlepszą gwarancją sowieckiej władzy. To właśnie postępy sowietyzacji umożliwiły sowietom przeprowadzenie rewolucji w Europie wschodniej w 1989 roku. W każdym z tych krajów, rewolucja musiała być zapoczątkowana przez tajną policję, bo bez tego żadne rewolucje nie miałyby miejsca. Po gigantycznym sukcesie, jakim były rewolucje ’89, przyszła pora na nieudany moskiewski pucz i awans Borysa Jelcyna z roli niebezpiecznego krytyka uroczego Gorbi, ulubieńca Zachodu, do roli „zbawcy świętej Rusi”. Można było tego dokonać tylko dzięki 70 latom sowietyzacji. Tak niezwykły obraz można było namalować tylko na płótnie ugruntowanym uprzednio przez homososa.

Zanim jednak zechce czytelnik wysnuć wniosek, że niezwykła odwaga tych, którzy protestują dziś na ulicach Moskwy przeciw brutalnym represjom reżymu Putina, może zapoczątkować ruch na skalę tego, do którego nawoływał Józef Mackiewicz: Dałoj sowietskuju włast’! Zanim nadzieja podpowie nam, że to światełko migające z dala, to koniec długiego tunelu terroru, krwi i sowietyzacji, pozwolę sobie zauważyć, że partia Putina według nieoficjalnych ocen przegrała wybory, a wygrali je komuniści. To nie jest koniec tunelu, to nadjeżdżający pociąg.

Źródło:
Adres artykułu: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2011/12/11/homo-sovieticus-zyje/
Kategorie: Dzisiejsza „Rosja”, Michał Bąkowski
Zamknij
 |  https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2011/12/11/homo-sovieticus-zyje/