Golicyn, Nosenko i kilka zapomnianych drobiazgów V
Koncepcja numer trzy – mordowanie prezydenta
Zadajmy jedno, zasadnicze w odniesieniu do opisywanej tu historii, pytanie: po co morduje się prezydenta, przywódcę, kanclerza, króla? Powodów może być niezmierzone mnóstwo, albo też jeden, uniwersalny – ponieważ stoi (albo stać może) na drodze do realizacji jakiegoś celu. Oczywiście, chętnie się z tym poglądem zgodzimy, choćby dlatego tylko, że jest to koronny argument popularnej tezy, tej mianowicie, że sowieci nie mieli absolutnie żadnego interesu w mordowaniu prezydenta Kennedy’ego. Istotnie, z jakiego powodu mieliby mordować prezydenta tak, rzec chyba można otwartego, chętnego do współpracy, do polubownego załatwiania spornych kwestii, w pełni przewidywalnego, któremu na dodatek słowo postęp nie schodziło z ust, a jak wiadomo, „postęp” to ulubiony konik sowieckich towarzyszy? Dlaczego miano by go sobie zastępować nieprzewidywalnym, deklaratywnie antykomunistycznym wiceprezydentem, który – kto wie – mógłby przecież poważnie wziąć się do roboty, do ratowania tego, co z wolnego świata jeszcze pozostało? Oczywiste więc, że sowieci nie mieli wyraźnego motywu.
Cóż w takim razie począć z tym problemem? Jeśli nie sowieci, to kto? Kto odważyłby się podnieść rękę na najpotężniejszego polityka niekomunistycznego świata? Spośród około setki najróżniejszych interpretacji, których z oczywistego braku miejsca nie będziemy tutaj omawiać, żadna nie wydaje się dostatecznie ugruntowana czy wiarygodna. Jedyne racjonalne i zarazem uniwersalne wyjaśnienie – dzieło szaleńca – w tym przypadku raczej nie działa. Jeśli nawet Oswald nie był najbardziej typowym młodzieńcem swoich czasów, to przecież musiał mieć świadomość działania pod sowiecką kuratelą. Klasyczny ślepy zaułek. Co ciekawe, w tym właśnie zaułku spotkać można samego Jamesa Jesusa Angletona.
Angleton, który przez dziesięć lat prowadził tajne śledztwo w sprawie morderstwa Kennedy’ego, za najbardziej prawdopodobną uznawał tezę o sowieckim udziale, ale i on również miał raczej poważny problem z motywem, a teza, którą ostatecznie postawił jest równie intelektualnie pociągająca, co i… naciągana. W osobie Kennedy’ego, zdaniem szefa kontrwywiadu CIA, sowieci mieli mianowicie widzieć „zagrożenie ze strony charyzmatycznego przywódcy, który mógł 'sprzedać’ wrażliwy społecznie antykomunizm Trzeciemu Światu, a nawet zachodnim liberałom. Na jego miejsce przychodził Johnson, mogący jedynie 'uwypuklić przeciwieństwa’ pomiędzy Wschodem i Zachodem, i w ten sposób przyspieszyć (zgodnie z leninowską dialektyką) ostateczny rozpad schyłkowego kapitalizmu.” Jedno z dwojga: albo wiara Angletona w polityczne kwalifikacje Kennedy’ego (i w sowieckie obawy z nimi związane) była przemożna, albo też nie bardzo sobie z tym problemem potrafił poradzić.
Czy jednak na pewno teza o usuwaniu silnego przeciwnika nie ma w tym wypadku alternatywy? Czy nie istnieje inna, przynajmniej równie prawdopodobna interpretacja tych wydarzeń? Cóż jeśli (co za ujma na amerykańskim honorze) mordowany prezydent nie był w danej chwili traktowany z należną powagą i podmiotowo? Jeśli to nie on był przeszkodą na drodze do realizacji czegokolwiek, a jedynie (proszę z góry o wybaczenie) przedmiotem w prowadzonej z całą powagą i zapalczywością politycznej grze o wszystko? Słowem, jeśli nie chodziło wcale o zabójstwo tego konkretnego prezydenta, a o rodzaj demonstracji siły?
Nie jest to bynajmniej myśl oryginalna, ani nawet świeża. Po raz pierwszy z tezą o podobnej treści wystąpił znany nam już dezerter z sowieckich służb specjalnych, Piotr Deriabin, i to w zaledwie cztery dni po zamachu. Deriabin mówił o demonstracji „czystej siły” ze strony wroga, o jej demoralizującym wpływie na amerykańską społeczność wywiadowczą, o tym że wróg będzie miał teraz pełne prawo powiedzieć: możemy z łatwością dotrzeć w odpowiednie miejsce i zrobić to, a wy nie możecie zrobić nic, żeby nas za to ukarać.
W cztery dni po zamachu nie mógł Deriabin swojej tezy ani odpowiednio uzasadnić, ani udokumentować. Był to zapewne rodzaj intuicji doświadczonego pracownika dwóch wywiadów o bogatych podsowieckich doświadczeniach. W odróżnieniu od wielu swoich amerykańskich kolegów Deriabin doskonale wiedział przeciwko komu pracuje. Czy po niemal pięćdziesięciu latach można uznać tę Deriabinową intuicję za wiarygodną? Spróbujmy przynajmniej zbliżyć się do wyjaśnienia.
Zacznijmy tę część rozważań od zasadniczego wykluczenia tezy ukutej latem 1964 roku przez Komisję Warrena, mówiącej o tym, że Oswald działał sam. Po pierwsze z tego powodu, że jedynie przy takim założeniu będziemy mogli popchnąć nasze rozważania choćby o jeden krok naprzód. Po drugie dlatego, że nie sposób dzisiaj, przy takiej masie dokumentów, poszlak, przesłanek, traktować Warrenowej tezy poważnie (jest to zresztą zgodne z późniejszymi o 14 lat ustaleniami HSCA).
Cóż zatem mamy? Oswalda jako egzekutora czyjejś woli, dodajmy od razu – woli politycznej (wrzućmy między bajki tezę o morderczych aspiracjach mafii). Skoro tak, skoro ta sprawa ma charakter zdecydowanie polityczny, pozostaje do dyspozycji zdumiewająco nikła ilość możliwości: Kubańczycy Castro, sowieci, wewnątrz-amerykańscy przeciwnicy prezydenta. Tych ostatnich pozostawimy na uboczu. Po cóż mordować kogoś, kto śmiertelnie nie zagraża, kogo można usunąć przy pomocy o wiele bezpieczniejszej (z punktu widzenia ewentualnej porażki) politycznej intrygi, kto w końcu i tak sam odejdzie. Poza tym przecież naszym celem nie jest przeprowadzenie twardego dowodu, raczej pochylenie się nad intrygującą hipotezą.
Na placu boju, albo też raczej – w kręgu potencjalnego spisku – pozostają jeszcze, u boku sowietów, castrowscy Kubańczycy (oszukanych w Zatoce Świń Kubańczyków antykomunistycznych z oczywistych powodów z kręgu podejrzanych eliminuję – ewentualne wykrycie ich udziału w mordzie w praktyce niweczyłoby możliwość współpracy z najpotężniejszym potencjalnym sojusznikiem na długie dziesięciolecia). Następca zastrzelonego prezydenta, Lyndon Johnson, był przekonany, że jego poprzednik został zamordowany z inspiracji, czy też na zlecenie Castro. Swojemu zaufanemu doradcy, Josephowi Califano miał wyznać: „Powiem ci coś, co tobą wstrząśnie. Kennedy próbował dostać Castro, ale Castro dostał go pierwszy.” Nowy amerykański prezydent tkwił po uszy w oczywistym błędzie, sądząc zapewne, że współczesna gra polityczna ma coś wspólnego ze średniowiecznymi rozgrywkami międzydynastycznymi. Jedynie chyba w ten sposób można wyjaśnić przekonanie Johnsona, że Castro mógłby mścić się za próbę eliminacji jego własnej osoby. Po pierwsze, byłby to z jego strony drastyczny dowód braku wyobraźni, po drugie rażący przejaw niesubordynacji wobec sowieckiego partnera. Ściśle rzecz ujmując – jeżeli w jakikolwiek sposób kubańscy komuniści byli uczestnikami mordu – to tylko i wyłącznie na wyraźne zlecenie moskiewskich mocodawców.
Ludzie nieco lepiej zorientowani w meandrach sowieckich praktyk, w tym i agenci CIA, nie mieli problemów tego typu co ich nowy prezydent. Panowało przekonanie, że żaden z przywódców krajów bloku komunistycznego, w tym i Castro, nie pozwoliłby sobie na przeprowadzenie tego typu operacji bez wiedzy i zlecenia KGB. I to był prawdziwy problem: z jednej strony, bardzo prawdopodobny trop komunistyczny, z drugiej, eliminacja Castro w charakterze głównego podejrzanego.
Mark Riebling, autor wyśmienitej książki Wedge: the Secret War Between the FBI and CIA opisuje rzeczy niesamowite. Stwierdza m. in., że od samego początku chciano ukryć wskazówki i poszlaki na temat roli jaką mieli w zamachu odegrać komuniści. Ujawnienie każdego kolejnego tropu wywoływało panikę zarówno w szeregach CIA, jak i FBI. Tak było m. in. w przypadku aresztowania przez meksykańskie władze pracownicy kubańskiego konsulatu, Sylvii Duran, która kilkakrotnie spotykała się z Oswaldem i to w kwestiach nie wyłącznie służbowych. Agenci CIA zaangażowani w sprawę obawiali się, że ujawnienie kubańskiego zaangażowania w zamach może wywołać bardzo poważny międzynarodowy kryzys, krótko mówiąc, bali się końca świata. Jeden z wysokich funkcjonariuszy CIA, asystent Helmsa, Thomas Karamessines wysłał do placówki CIA w Meksyku depeszę o treści następującej: „Aresztowanie Sylvii Duran jest sprawą skrajnie poważną… Upewnij się, że jej aresztowanie jest utrzymywane w najściślejszej tajemnicy, że żadne informacje uzyskane od niej nie zostaną opublikowane, albo nie wyciekną, że wszystkie tego rodzaju informacje będą przesłane do nas.” Gdy nieświadomy powagi sytuacji amerykański ambasador w Meksyku, Thomas Mann, zakwestionował twierdzenie Duran, że jej kontakty z Oswaldem dotyczyły wyłącznie sprawy wizy, Helms (wówczas zastępca dyrektora amerykańskiego wywiadu) już osobiście depeszował do Meksyku z sugestią, że „ambasador naciska na tę sprawę zbyt mocno…”.
Identycznie zachowywało się FBI, usiłując za wszelką cenę nie dopuścić do wypłynięcia jakichkolwiek wątków komunistycznych. W ciągu zaledwie kilku godzin od śmierci prezydenta, na polecenie wicedyrektora, Williama C. Sullivana (tego samego Sullivana, który kilkanaście lat później zginął w incydencie myśliwskim, choć nie brał udziału w polowaniu) z siedziby w Dallas usunięte zostały dwa istotne dokumenty, wiążące Oswalda z kagebowskim ekspertem od „mokrej roboty”, Kostikowem. Jak później stwierdził jeden z pracowników Biura, dokumenty te zatajono przed Komisją Warrena, ponieważ niebezpieczeństwo konfrontacji ze Związkiem Sowieckim na tle zabójstwa Kennedy’ego było zbyt duże.
Obawa przed wojną, przed milionowymi ofiarami była powszechna, nie tylko w agencjach, ale także na szczytach władzy, nie był to jednak jedyny powód tuszowania komunistycznych powiązań ze sprawą. Szczególnie FBI obawiało się (i słusznie) o swoją reputację. Sam już fakt dopuszczenia do udanego zamachu na życie prezydenta był dostatecznie kompromitujący. Nawet pozycja samego Hoovera nie była pewna. Gdyby okazało się, że za śmiercią prezydenta kryje się komunistyczny spisek, los jego i jego podwładnych byłby przesądzony. Z tego właśnie powodu FBI, podobnie jak i CIA, nie było w najmniejszym stopniu zainteresowane drążeniem wątku komunistycznego.
Oczywiście, tego rodzaju obawy nie mogły powstrzymać wszystkich pracowników obu instytucji przed wnikliwym śledztwem i próbą odkrycia prawdy. Wolny od tego typu rozterek był najwybitniejszy przedstawiciel swojej profesji tego czasu James Angleton. W chwili zamachu Angleton przypomniał sobie z pewnością słowa Golicyna, wypowiedziane na samym początku ich znajomości, wiosną 1962 roku, o tym że 13 Departament KGB przygotowuje zamach na ważnego zachodniego polityka. Poza tym zasób informacji, jakimi dysponował Angleton, był imponujący. Oficer łącznikowy pomiędzy FBI i CIA, Sam Papich, odwiedził Angletona następnego dnia po zamachu. Usłyszał nie tylko o zapowiedzi Golicyna, ale też znacznie bardziej konkretne szczegóły, m. in. o tym, że znany kontakt sowiecki Oswalda w Meksyku i jednocześnie pracownik Departamentu 13, Kostikow, planował wcześniej opuszczenie Meksyku 22 listopada (dzień zamachu), o tym że akurat tego dnia lot z Hawany do Meksyku opóźniony został o 6 godzin, a powodem opóźnienia było oczekiwanie na niezidentyfikowanego pasażera. Pasażer w końcu przybył na lotnisko dwusilnikowym samolotem, ominął odprawę celną, gdzie byłby zmuszony do okazania paszportu, po czym kubański samolot odleciał do Hawany, unosząc na swoim pokładzie nieznanego pasażera, dyskretnie umieszczonego w kokpicie samolotu, tak aby żaden z pozostałych pasażerów nie mógł go rozpoznać. Późniejsze śledztwo wykazało, że nie był to co prawda ten sowiecki fachowiec od mordowania niewygodnych polityków, sam opis potwierdza jednak wyjątkową dociekliwość szefa kontrwywiadu.
Angleton twierdził, że tajemnicza podróż Oswalda do miasta Meksyku wpisuje się w zestaw ortodoksyjnych zachowań przewidzianych dla agentów tajnych służb, takich jak sowieckie KGB czy kubańskie DGI. Agenci często wyjeżdżają ze swojego kraju, żeby w możliwie bezpiecznych warunkach spotkać się ze swoimi oficerami prowadzącymi. Angleton twierdził także, że wiele cech Oswalda pasuje do charakterystyki wyszkolonego i doświadczonego agenta: używał pseudonimów, skrzynek pocztowych, nie mieszkał z rodziną, znaleziono u niego książki z powycinanymi literami; listy pisane do matki z sowietów o pragnieniu powrotu do Stanów sprawiają wrażenie dyktowanych (nie mają charakterystycznych dla niego błędów gramatycznych, zawierają za to terminy prawnicze, których nie mógł znać). Oswald dysponował także umiejętnością fałszowania dokumentów – na niższym co prawda poziomie niż standardy obowiązujące w CIA – gdzieś się jednak tego nauczył.
Według Angletona najbardziej prawdopodobne było przypuszczenie, że Oswald przeszedł stosowne szkolenie w Związku Sowieckim. Jeden z raportów CIA z tego czasu stwierdzał wprost, że zarówno Oswald jak i jego poślubiona w sowietach żona, Maryna Prusakowa, zostali zwerbowani przez KGB. W okresie pobytu w Związku Sowieckim Oswald uzyskał licencję myśliwską, ale nigdy nie chodził polować. Spekulowano, że w pobliżu Mińska znajduje się obóz szkoleniowy dla terrorystów, gdzie Oswald mógł być intensywnie szkolony lub nawet „zaprogramowany” przez sowieckich specjalistów, np. przy użyciu środków psychotropowych w rodzaju LSD. Znaków zapytania było zdecydowanie więcej niż odpowiedzi. Angleton nie potrafił na przykład wyjaśnić z jakiego powodu Oswald usiłował nawiązać kontakt z sowiecką ambasadą w Waszyngtonie. Wiele informacji (podobnie jak ta ostatnia) było sprzecznych z pozostałymi. Jeśli istotnie Oswald był wyszkolonym zabójcą z zadaniem zabicia prezydenta Stanów Zjednoczonych, jak jednocześnie wyjaśnić cały szereg jego bardzo naiwnych poczynań?
Angleton, od kilku już wówczas lat na przymusowej emeryturze, zeznawał przed HSCA w październiku 1978. Mówił o Nosence. Zwrócił uwagę Komisji, że już pierwsze informacje pozyskane od Nosenki w 1962 roku były, mimo obiecującego pierwszego wrażenia (takie przecież, zdecydowanie pozytywne, wrażenie odniósł podczas pierwszego kontaktu z Nosenką Bagley) albo mało wartościowe, albo w ogóle nie przestawiały żadnej wartości. Odniósł się także do niewiarygodnej oferty Nosenki, który w związku z niewielkimi kłopotami materialnymi zaoferował Amerykanom sprzedaż swojej sowieckiej ojczyzny (dopiero znacznie później Nosenko odwoływał się do ideowych powodów swojej dezercji) za znikomą kwotę 250 dolarów. Uznał ten stopień degeneracji za nieprawdopodobny. Skoro syn ministra Związku Sowieckiego stoczył się był aż tak nisko, dlaczego zażyczył sobie tak znikomej kwoty? Znając realia swojej profesji, mógł żądać przynajmniej kilku tysięcy za jeden fragment informacji (nie zamierzał przecież kończyć z piciem alkoholu i z dziewczynkami). Angleton zrelacjonował przed komisją sposób w jaki przedstawił sprawę Nosenki Golicynowi. Nie uczynił tego wprost, ale przy użyciu anonimowego rzekomo listu. Po tej lekturze Golicyn stwierdził z pełnym przekonaniem, że list jest rodzajem prowokacji. Nie miał z tą oceną najmniejszych problemów. Wbrew opinii podtrzymywanej z zapałem przez pracowników Agencji w latach siedemdziesiątych (i także później) żadna z rewelacji Nosenki nie była oryginalna, łącznie z informacją na temat mikrofonów zainstalowanych w amerykańskiej ambasadzie w Moskwie. Angleton zeznał, że specjalne memorandum w tej sprawie przekazał do Departamentu Stanu w czerwcu 1962 roku, a więc w chwili kiedy ta rzekoma rewelacja była dopiero pozyskiwana od Nosenki. Źródłem informacji Angletona był jednak nie Nosenko, a Golicyn. Nieprzypadkowo, po raz nie wiadomo już który, oba te nazwiska pojawiły się w bezpośrednim sąsiedztwie. W istocie bowiem głównym, jeśli nie jedynym celem Nosenki było odebranie lub choćby tylko uszczuplenie autorytetu, jakim w kręgach agencyjnych cieszył się Golicyn.
Trzy różne koncepcje powiązań, łączących Nosenkę z Oswaldem, mimo że bardzo od siebie odległe, doskonale ze sobą współgrają z punktu widzenia nasuwających się, mocno hipotetycznych, wniosków. Wersja autora książki o Oswaldzie, Epsteina, który miał przy okazji rzadką sposobność osobistej rozmowy z Nosenką, wersja niezwykle bogato udokumentowana doskonale ugruntowuje pogląd, że Oswald był sowieckim agentem. Jeśli nim był, jeśli istotnie przyczynił się do jednego z największych militarno-technicznych sowieckich zwycięstw tamtego czasu – zestrzelenia amerykańskiego samolotu szpiegowskiego; jeśli w trakcie dwu i półrocznego pobytu na terenie Związku Sowieckiego przeszedł intensywne szkolenie w jednym z ośrodków terrorystycznych; jeśli jego sowieccy mocodawcy zdecydowali o jego powrocie do Stanów Zjednoczonych – oznacza to, że nie tylko był agentem w pełni przygotowanym do wyznaczonej mu misji; oznacza przede wszystkim, że nie miano najmniejszych wątpliwości w odniesieniu do jego poczytalności, charakterologicznych uwarunkowań, zawodowych predyspozycji. Jeśli tak było, jeśli Oswald nie miał żadnej istotnej skazy, wówczas kwestia funkcjonalności, czy też potencjalnej wydajności tego agenta przedstawiona być musi w całkiem innym świetle. Taki Oswald nie tylko mógł wykonywać drobne prace szpiegowskie, na przykład (jak chce Epstein) wykradać dla sowietów amerykańskie mapy wojskowe. Mógł być przygotowany do znacznie poważniejszych zadań, takich jak mordowanie prezydenta.
Koncepcja skrajnie przeciwna, wersja Nosenki-Oswalda, obarczona niewyobrażalnie dużą ilością słabych punktów i niekonsekwencji nie powinna być interpretowana wprost. Jest rodzajem bajki, przygotowanej na użytek amerykańskiej raczej niż sowieckiej propagandy; rodzajem współczesnego palimpsestu, w którym pod pierwszą, oficjalną wersją propagandową ukrywa się rodzaj podprogowego przekazu, zakamuflowanego a jednak czytelnego, przekazu, który brzmi następująco: spójrzcie, możemy nie tylko zadać wam istotny cios w dowolnym czasie i miejscu, potrafimy też boleśnie z was zakpić.
Koncepcja trzecia, oparta w dużej mierze na Deriabinowskiej intuicji, jest właściwie niczym więcej jak tylko próbą wyciągnięcia najprostszych wniosków z tego co o całej tej sprawie wiemy na pewno. U progu lat 60. komuniści całego świata pod wodzą sowietów przeszli do zdecydowanej ofensywy. Nie interesowały ich drobne cele, w rodzaju dozbrajania zamorskich terytoriów, „wyzwalania” kolejnych krajów kolonialnych, budowania murów dzielących dwa światy etc.; cel był i pozostał jeden – zdobycie panowania nad światem. Jeśli tak, jeśli taki właśnie cel założyli sobie sowieccy przywódcy wraz z towarzyszami, wówczas żaden krok nie mógł uchodzić za nadmiernie śmiały, w tym i mordowanie przywódcy światowego mocarstwa, tym bardziej jeśli dysponowało się stosowną wiedzą, mianowicie, że owo mocarstwo ani pomyśli, aby na ten niejawny przecież do końca atak odpowiedzieć w sposób adekwatny. W kontekście tego celu, celu ostatecznego, wypadnie także spojrzeć na Nosenkę, Golicyna i związaną z nimi historię.