Golicyn, Nosenko i kilka zapomnianych drobiazgów III
Potrójny agent
W doskonale napisanej książce Bagleya (mimo wskazanych ograniczeń niewątpliwie nadal zasługuje na polecenie) nieustannie natykamy się na ciekawe fragmenty. Do tych ostatnich należy opinia byłego majora KGB, Piotra Deriabina, analityka Agencji, który miał okazję osobiście przesłuchiwać Jurija Nosenkę. Nie ulega wątpliwości, że z racji swojej dotychczasowej praktyki zawodowej, znajomości zagadnień związanych z sowieckim wywiadem oraz innych kwalifikacji, Deriabin był osobą najlepiej przygotowaną do tego zadania. W oświadczeniu podpisanym 15 marca 1981 roku Deriabin pisał:
Jestem przekonany, że człowiek znany CIA jako Jurij Nosenko jest wtyczką KGB. /…/ Nosenko nie wstąpił do KGB w czasie i w okolicznościach, o których mówił. Nie zajmował wskazanych przez siebie stanowisk w KGB i prawdopodobnie nie był prawdziwym oficerem KGB z kwatery głównej. Nie prowadził sprawy Lee Harveya Oswalda i wiedział tylko to, co na rozkaz sowieckich przywódców, KGB nakazało mu powiedzieć Amerykanom na temat Oswalda. Jego informacje na temat działalności i operacji KGB zostały mu przekazane przez KGB w celu wzmocnienia jego legendy i dla odwrócenia naszej uwagi od ważnych działań KGB. Jego życiowa historia, obejmująca wykształcenie i służbę wojskową, nie może być uznana za godną zaufania. Sposób w jaki wyjaśnia swoją obecność w Genewie, w okresie jego kontaktów z CIA, nie może być prawdziwy.
Deriabin doszedł do tych wniosków na podstawie setek stron raportów przygotowywanych dla CIA na przestrzeni wielu lat i wnioski te opatrzył dodatkowo komentarzem, który zdaje się jednoznacznie rozstrzygać sprawę wiarygodności Nosenki. Rozpoczyna od kwestii okoliczności przyjęcia Nosenki do służby w KGB (Nosenko wahał się pomiędzy rokiem 1953, 52, a nawet – w jednym przypadku – 1951), stwierdzając przede wszystkim, że żaden prawdziwy eks-oficer sztabowy KGB nie miałby wątpliwości przynajmniej w kwestii miesiąca, w którym został przyjęty do służby. Za całkowicie nieprawdopodobne uznał też twierdzenie Nosenki, jakoby ten nie pamiętał czy miało to miejsce przed czy po śmierci Stalina. Nieprawdopodobne pozostają także okoliczności jego przyjęcia. Był w tym czasie chory na gruźlicę, miał złe wyniki w szkole; w okresie pobytu w szkole marynarki wojennej dokonał samookaleczenia, co samo w sobie eliminuje potencjalnego kandydata do służby w KGB. Jakby tego było jeszcze mało, Nosenko nie zaliczył kursu z marksizmu-leninizmu w Instytucie Stosunków Międzynarodowych. Miał kłopoty małżeńskie, a jego teść siedział w więzieniu. Czynnikiem negatywnym było także szlacheckie pochodzenie matki oraz kompromitujące materiały na temat jego ojca i rodziny. Do tego istniała wówczas zasada, która nie zezwalała na przyjmowanie do KGB synów ministrów i generałów (Nosenko był synem ministra przemysłu stoczniowego). Jeśli zakładać trafność tych uwag, wniosek końcowy może być tylko jeden – historia rekrutacji Nosenki to jeden z najbardziej niewiarygodnych elementów kagebowskiej legendy. Ale to zaledwie początek.
Nosenko utrzymywał, że przez pierwsze trzy lata służby nie powodziło mu się najlepiej, nie osiągał zadowalających wyników w pracy, przełożeni byli w stosunku do niego zdecydowanie krytycznie nastawieni, wykonywał tylko najmniej istotne zadania itp. Twierdził ponadto, że sytuacja zmieniła się radykalnie w połowie 1956 roku, po śmierci jego ojca, kiedy, jak stwierdził, „odnalazł siebie”. Zdaniem Deriabina taka wypowiedź to w praktyce przyznanie, że w okresie 1953-1956 w ogóle nie służył w KGB. Świadczy o tym także nieumiejętność odpowiedzenia na najprostsze pytania z tego okresu. Tym bardziej zaskakuje nieprawdopodobne pasmo błyskawicznych sukcesów. W ciągu zaledwie dwóch lat dostał nominację na zastępcę szefa sekcji. Następnie, półtora roku później, został przeniesiony do bardziej prestiżowej sekcji. Po kolejnych zaledwie dwóch latach zostaje szefem innej jednostki. Sześć miesięcy później, z czego trzy miesiące spędził zagranicą bez istotnego celu i w zupełnie innym charakterze, po raz kolejny otrzymał awans – tym razem na stanowisko zastępcy szefa wydziału. Jednocześnie, w tym dokładnie czasie, nie awansował na wyższy stopień oficerski ponieważ wyniki jego pracy były złe. W oczach byłego oficera KGB, jakim przecież był Deriabin, był to po prostu czysty nonsens, który nie mógł się wydarzyć w „prawdziwym Związku Sowieckim”.
Opisując swoją drogę służbową Nosenko mówił o sukcesach jakie odnosił w akcjach przeciwko amerykańskim i brytyjskim turystom, nie potrafił jednak przytoczyć szczegółów choćby jednej takiej operacji, nie znał obowiązujących w takich sytuacjach procedur. W jedynej operacji, w której jego udział mógł być poświadczony przez niezależne źródło, okazało się, że Nosenko występował jako szeregowy agent lub nawet tylko jako tłumacz.
Nosenko kłamał na temat swojej rangi oficerskiej, co zresztą sam po czasie przyznał. W 1964 roku legitymował się dokumentem podróżnym do miasta Gorki z grudnia 1963, w którym występował jako podpułkownik. Celem tamtej misji było odnalezienie niejakiego Czerepanowa. Problem jednak w tym, podpowiada w swoim oświadczeniu Deriabin, że Nosenko z racji swojego służbowego przydziału nie mógł być przydzielony do tej sprawy. Co więcej, taki dokument podróży musi być niezwłocznie zwrócony władzom zwierzchnim po powrocie – w innym przypadku oficer nie otrzyma zwrotu należnych za delegację pieniędzy oraz nie zostanie mu wydany kolejny dokument, niezbędny choćby w przypadku podróży do Genewy.
Nosenko nie potrafił wyjaśnić swojej podróży na Kubę w październiku 1960 roku. Powiedział, ni mniej ni więcej, że centralny komitet KPZS wystąpił z następującym żądaniem do KGB: „macie Nosenkę – on pojedzie na Kubę”. Zdaniem Deriabina to kolejny nonsens i wypada się z nim oczywiście zgodzić. Poza tym Nosenko nie potrafił powiedzieć jednego słowa na temat swojej aktywności na Kubie. Powiedział, że nie wie dlaczego podczas tej podróży posługiwał się nazwiskiem Nikołajew. Podobny brak świadomości jest oczywiście niemożliwy w przypadku oficera KGB.
Deriabin podkreśla wyjątkowy brak kompetencji Nosenki w odniesieniu do stosowanych w KGB procedur. Nosenko nie wiedział na czym polega praca z teczkami, przy których przeciętny oficer KGB spędza większość swojego zawodowego życia. Nie potrafił odróżnić określonych typów teczek, wskazać ich przeznaczenia etc. Jako rzekomo oficer bezpieczeństwa sowieckich delegacji do Genewy nie wykazywał znajomości podstawowych procedur, ani nawet sposobu sprawdzania sowieckich obywateli przed ich wyjazdem z kraju. Jako doświadczony funkcjonariusz musiał mieć częsty kontakt z procedurą wysyłania telegramów do oficerów, którzy w danej chwili znajdowali się poza centralą. I w tym przypadku nie potrafił jednak powiedzieć nic konkretnego.
Nosenko zeznał, że był w swoim czasie sekretarzem komsomołu w jednym z oddziałów KGB. Okazało się jednak, że bardzo niewiele albo nic nie wie na temat komsomołu: nie zna limitu wieku obowiązującego w tej organizacji, obowiązków, nie rozumie celów organizacji. Zeznał, że po wyjściu z komsomołu nie stał się automatycznie członkiem partii komunistycznej. Zgodził się z Deriabinem, że to w zasadzie niemożliwe, ale powiedział, że był pod tym względem wyjątkiem – to znaczy, jedynym funkcjonariuszem KGB, który przez ponad rok nie był ani członkiem partii komunistycznej ani komsomołu. Deriabin, nieco przewrotnie, skłonny jest w tym punkcie zgodzić się z Nosenką – ignorancja Nosenki w kwestii partyjnych procedur może sugerować, że Nosenko nie tylko przez rok, ale nigdy nie był członkiem partii komunistycznej. W tej sytuacji należy zadać proste pytanie – kim był, a raczej kim na pewno nie był?
Na tak postawione pytanie Deriabin odpowiada bez najmniejszego wahania:
Nosenko wiedział tak mało na temat codziennych procedur, rzeczy, które każdy oficer KGB powinien znać jak swoje pięć palców, że jedyny wniosek jaki się nasuwa to ten, że Nosenko nigdy nie był oficerem KGB; przynajmniej nie w moskiewskiej Kwaterze Głównej.
Deriabin wiedział co mówił, ponieważ doskonale wiedział o co pytał, a pytał między innymi o rzeczy najbanalniejsze, które na pozór w ogóle nie powinny się stać przedmiotem przesłuchania sowieckiego dezertera: o pobliską (z punktu odniesienia moskiewskiej kwatery głównej) restaurację, bufet, rozkład wind w jednym z budynków. Niewiedza Nosenki w odniesieniu do tych drobiazgów mogła oznaczać tylko dwie rzeczy: albo z jakiegoś przedziwnego powodu kłamał w kwestiach całkiem bez znaczenia, albo nigdy nie był oficerem KGB. Deriabin skłaniał się zdecydowanie ku tej drugiej możliwości, a ugruntowywał go w tym przekonaniu sam Nosenko, który usiłując znaleźć wyjaśnienie jakieś spornej kwestii, podawał – zdaniem Deriabina – odpowiedzi w tym stopniu naiwne i bezsensowne, że żaden oficer KGB nie mógłby ich nigdy wymyślić.
Deriabin zwrócił też uwagę na zachowanie, sposób mówienia, tatuaże na ciele Nosenki, także sposób w jaki reagował na obecność przedstawicieli amerykańskich władz – były to wszystko cechy charakterystyczne dla kogoś, kto długo przebywał w obozie koncentracyjnym lub w więzieniu… To kolejne odkrycie zasługujące na wnikliwą analizę. Czy możliwe jest, aby ktoś taki, były więzień sowieckiego systemu penitencjarnego, awansował w ciągu niewielu lat do stanowiska oficera KGB?
Ale na tym nie koniec wątpliwości. Nie ma możliwości – pisał Deriabin – żeby nowo mianowany szef sekcji został przydzielony do trwającej miesiąc genewskiej delegacji i to w charakterze oficera bezpieczeństwa, jeśli oczywiście nie wiązało się to z jakąś inną tajną misją zaplanowaną przez Moskwę. Wyjaśnienie Nosenki, powołującego się na znajomość z generałem Gribanowem, szefem II Zarządu Głównego (Nosenko przyznał nieco później, że jego stosunki z Gribanowem nie były aż tak bliskie), nie miało najmniejszego sensu, tym bardziej, że w zaledwie dwa tygodnie po miesięcznej delegacji, Nosenko został awansowany ponownie. I na tym jednak nie koniec. Jak się okazało, Nosenko nie potrafił podać żadnych istotnych informacji na temat uczestników konferencji; jako rzekomo oficer bezpieczeństwa mieszkał w dużej odległości od miejsca zakwaterowania delegacji – były to oczywiste, kolejne absurdy, układające się w niebywałej wprost długości korowód, do którego dołączyć także należy wątpliwości związane z rzekomą służbą Nosenki w marynarce wojennej: brak znajomości podstawowych pojęć z zakresu marynarki wojennej; niemożność określenia obowiązków jakie miał wypełniać w tym okresie, a nawet nieznajomość własnego stopnia służbowego; nieznajomość nazwiska dowódcy, a także nazwiska szefa wywiadu floty bałtyckiej; poważne problemy z lokalizacją baz, w których służył (o istnieniu obwodu kaliningradzkiego dowiedział się prawdopodobnie dopiero od samego Deriabina).
W świetle nie tylko książki Bagleya, ale może przede wszystkim okrojonego raportu Deriabina, Jurij Nosenko jest agentem o zdecydowanie podejrzanej tożsamości. Nie tylko nie był tym za kogo się podawał, ale być może nie był nawet oficerem KGB. W kontekście tego ustalenia niezwykle frapujące wydają się przynajmniej cztery kwestie (trzy pierwsze związane z działaniem sowieckich służb, czwarta związana z funkcjonowaniem wywiadu amerykańskiego): po pierwsze – jaki był mechanizm, procedura, metoda ukształtowania Nosenki (którego można by pewnie uznać za archetyp potrójnego agenta w nowej erze długofalowej strategii); wedle jakiego klucza, jakich norm, w jakim środowisku prowadzona była rekrutacja; czy szkolenie Nosenki zostało przeprowadzone już po ucieczce Golicyna, czy też odwrotnie – skorzystano z bazy gotowych „potrójniaków”? Po drugie – na czym polegała prawdziwa rola Nosenki w 1964 roku? Czy, podobnie jak za pierwszym razem, była wymierzona w działania podejmowane przez Golicyna? Jeśli nie – czy sowieckie władze uznały już wówczas, że Golicyn ze swoimi rewelacjami nie przedstawia dla nich poważniejszego zagrożenia? Jeśli tak – dlaczego obarczono Nosenkę dodatkowo tak poważnym zleceniem jak cała sprawa z Oswaldem? Czy w kagebowskiej stajni brakowało „potrójniaków” i stąd tak intensywne obarczanie Nosenki? Czy może sprawa Golicyna i Oswalda w jakiś przedziwny sposób ze sobą korespondowały? Po trzecie – dlaczego pomimo oczywistego faktu potrójnej tożsamości Nosenki zdecydowano się w końcu na potwierdzenie jego wiarygodności także przez innych agentów? I po czwarte – skoro po upływie dekady niewiarygodność Nosenki nie uległa jakiemuś tajemnemu zamazaniu, a straty dla amerykańskiego wywiadu (czy szerzej, amerykańskiej obronności) były dostrzegalne gołym okiem, dlaczego w dalszym ciągu robiono wszystko, aby prawda nie wypłynęła na powierzchnię, produkowano najbardziej fantastyczne argumenty wymierzone w oficerów prowadzących sprawę tego potrójnego sowieckiego szpiega; z jakiego powodu zdecydowano się na krok tak drastyczny jak zamknięcie ust najbardziej kompetentnemu oficerowi w tej sprawie – Deriabinowi?
Ta ostatnia kwestia wydaje się dostatecznie wstrząsająca, aby ją przytoczyć w relacji samej ofiary:
Moje poglądy na temat wiarygodności Nosenki pozostały niezmienne od czasu, kiedy po raz pierwszy zapoznałem się ze szczegółami tej sprawy, a mój pełen raport na temat tej sprawy jest przechowywany w archiwach CIA.
Od dawna chciałem ponownie przedstawić moje jednoznaczne stanowisko w tej sprawie, szczególnie od czasu przesłuchań z 1978 roku przed Komisją Izby Reprezentantów ds. Zabójstw. Zeznania Nosenki przed tą komisją nie były błahą sprawą; zabity został prezydent Stanów Zjednoczonych, nie zaś kurczak na drodze. Zeznawałem pokrótce przed tą komisją, ale wówczas CIA powiedziała mi, abym tego dalej nie robił. Kiedy przedstawiłem swoją opinię na ten temat swoim zwierzchnikom, zostałem ostrzeżony, abym siedział cicho, ponieważ to może zaszkodzić mojej pozycji w CIA.
Teraz, gdy jestem na emeryturze, mam wciąż nadzieję, że CIA zmieni swoje mylne i niebezpieczne stanowisko w sprawie Nosenki.
Można oczywiście rozważać autentyczność przytoczonych powyżej faktów. Możliwe, że z jakichś sobie znanych powodów Deriabin najzwyczajniej w świecie konfabulował. Sam przecież wspomina, że zabiera głos „na emeryturze”, niejako „poza zasięgiem” bezpośrednich przełożonych. Cóż jednak, jeśli mówi prawdę? Jeśli istotnie jego przełożeni, kierownicy Centralnej Agencji Wywiadowczej nakazali mu „siedzieć cicho”, zakazali mówić na temat wiarygodności Jurija Nosenki, albo też okoliczności, w jakich uznany został za wiarygodnego dezertera? Wydając takie dyskretne polecenie, chcieli może uchronić siebie i całą Agencję przed powrotem do trudnej (w ich mniemaniu niejednoznacznej) przeszłości; uchronić przed rozdrapywaniem zabliźniających się powoli ran? Może kierowali się jedynie dbałością o dobro Agencji oraz troską o integralność służb? Jeśli tak właśnie było (a nie jest to hipoteza całkiem pozbawiona sensu), mylili się drastycznie. Równie drastycznie myliłby się szkutnik, naprawiający uszkodzenie w burcie statku przy pomocy grubego stosu papieru. Tyle, że w odróżnieniu od urzędników, łatających dziurę w swoim własnym państwie poprzez serię urzędowych decyzji, szkutnik nie zawsze pływa na naprawianym przez siebie kadłubie.
O wiele bardziej prawdopodobne i prostsze wydaje się jednak zupełnie inne przypuszczenie, potwierdzone expressis verbis przez samego Deriabina – Agencja została spenetrowana przez KGB. Deriabin twierdzi zatem to samo, co Bagley, Angleton, Golicyn – na podstawie mniej lub bardziej bezpośrednich dowodów i poszlak wszyscy doszli do tego samego wniosku.