Zamknij
Michał Bąkowski

Piszcie do mnie na Berdyczów czyli „operacja polska” II

23 czerwca 2011 |Michał Bąkowski, Piszcie do mnie na Berdyczów, Ukraina
Źródło: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2011/06/23/piszcie-do-mnie-na-berdyczow-czyli-%e2%80%9eoperacja-polska%e2%80%9d-ii/

11 sierpnia 1937 roku Jeżow wydał rozkaz nr 00485, który dał początek tzw. operacji polskiej.  Kilka tygodni wcześniej, 25 lipca, rozkaz nr 00439 rozpoczął podobną operację niemiecką, a rozkaz nr 00447 z 30 lipca operację kułacką.  Były także instrukcje dotyczące Łotyszy, Greków, Finów, Rumunów, Macedończyków, Persów, Estów, a nawet „Harbińczyków” – konia z rzędem temu (jak by powiedziano w majątkach wokół Berdyczowa), kto zgadnie narodowość tej ostatniej grupy – mowa tu o byłych pracownikach kolei Wschodniochińskiej, którzy rzecz jasna prezentowali poważne zagrożenie dla sowieckiej władzy, na równi niemal z rodzinami podejrzanych, bo i rodziny doczekały się odpowiedniej dyrektywy.  17 listopada 1938 – i setki tysięcy ofiar później – Beria anulował rozkaz Jeżowa nr 00485.  Aby zrozumieć, co się wówczas działo w sowietach, nie możemy jednak zamknąć się w granicach wyznaczonych przez te dwie daty, w granicach znanych w historii jako czasy „jeżowszczyzny”, musimy cofnąć się do samych początków sowieckiej władzy.

Lenin był świadom, że jedyną szansą przetrwania władzy bolszewików był niczym nieograniczony terror.  Agitacja i propaganda mogły zdziałać wiele (i zdziałały), ale przywódcy bolszewickiego puczu nie byli tak naiwni, żeby wierzyć własnej propagandzie: nie mieli żadnego poparcia w społeczeństwie, więc terror był koniecznością.  Przede wszystkim, krew ofiar łączyła krwawymi więzami bolszewickich zbrodniarzy i każdy z nich musiał doskonale zdawać sobie sprawę, że nie było odwrotu po hekatombie, jakiej dokonali.  Ale z drugiej strony, pierwotne i podstawowe znaczenie słowa „terror”, to przede wszystkim strach i przerażenie, a więc nie działania wobec ofiar, ale stan ofiar.  Stan, w którym ludzie nie zachowują się racjonalnie, w którym rozbiegają się w panice we wszystkie strony i zaszywają w najciemniejszych zakamarkach, bądź też stoją sparaliżowani, jak zając w świetle reflektorów nadjeżdżającego auta.  Wywołanie tego stanu w społeczeństwie było naczelnym celem bolszewików, pragnęli bowiem sparaliżowania potencjalnych przeciwników.  

Po tajemniczym zamachu na Wołodarskiego, płomiennego piotrogrodzkiego agitatora (zresztą rodem z Wołynia), w czerwcu 1918 roku, Lenin zażądał natychmiastowego rozpętania rewolucyjnego terroru, ale ku jego wielkiemu zdziwieniu i niezadowoleniu, Uricki i Kamieniew odmówili.  Uricki osobiście przeprowadził dochodzenie w sprawie zabójstwa Wołodarskiego i doszedł do wniosku, że zamachu dokonała moskiewska czeka, operując bez jego wiedzy w Piotrogradzie.  Uricki był bezwzględnie brutalnym szefem piotrogradzkiej czeki; wsławił się zupełnie wprost wyrażoną groźbą, że wymorduje wszystkich, co ładnie mówią po rosyjsku.  W dwa miesiące po pierwszym zamachu, sam Uricki zginął zamordowany wewnątrz silnie strzeżonej kwatery piotrogradzkiej czeki.  Na wszelki wypadek, tego samego dnia zorganizowano także komedię, w której niewidoma Fanny Kapłan strzelać miała do Lenina, dając tym samym sygnał dla rozpoczęcia czerwonego terroru.

W 16 lat później Stalin powtórzył ten sam manewr.  Szef leningradzkiej jaczejki, Kirow, został zamordowany w swoim własnym biurze.  Fakt, że Jagoda, szef gpu, przyznał się do zorganizowania morderstwa jest bez znaczenia – bolszewicy przyznawali się do wszystkiego na życzenie Koby – wiele jednak wskazuje na to, że Jagoda rzeczywiście świadomie wycofał ochronę Kirowa, tym samym umożliwiając zamach, trzeba wszak pamiętać, że mógł to uczynić wyłącznie na rozkaz Stalina.  Narzuca się oczywiste pytanie: po co?  Czy rzeczywiście Lenin potrzebował pretekstu do rozpętania terroru?  Uricki i Wołodarski mieli ręce zbroczone krwią niewinnych ofiar, używali strasznego terroru bez żadnych wymówek, więc po co nagle preteksty bandytom takim jak Lenin, Dzierżyński czy Stalin?  Bez wątpienia potrzebne były dla osobistych rozgrywek, chociaż w wypadku Stalina miał on do czynienia z ludźmi już dawno zredukowanymi do poziomu automatów.  Taki na przykład Piatakow, stracony podczas wielkiej czystki w roku 1937, był już 10 lat wcześniej usunięty z partii jako trockista, i wypowiedział wówczas znamienne słowa: „by zjednoczyć się z partią, porzucę swą osobowość, będę gotów nazwać czarne białym, a białe czarnym, jeśli partia tego zażąda”.  Zinowiew pisał z więzienia do Koby: „należę do ciebie ciałem i duszą, spełnię każde twe żądanie, by zasłużyć na przebaczenie”.  Leninowska partia była jeszcze wypełniona po brzegi wielkimi osobowościami – osobowościami kryminalistów, to prawda, ale jednak leninowscy gangsterzy nie byli pozbawionymi twarzy aparatczykami, a tylko takich tolerował Stalin.

Historycy koncentrują się zazwyczaj na tym aspekcie bolszewickiego terroru, który zwrócony był przeciw własnej stronie, wedle jakobińskiej recepty, że „rewolucja pożera swoje własne dzieci”.  Warto zatrzymać się nad tym powiedzeniem, które w oryginale brzmi nieco inaczej: „rewolucja, jak Saturn, pożera swoje dzieci” i przypisywane jest przywódcy żyrondystów, który stracił głowę pod rewolucyjną gilotyną.  Saturn, to rzymski odpowiednik Kronosa, ojca bogów olimpijskich.  Kronos, wykastrowawszy swego ojca Uranosa, usłyszał z jego ust przekleństwo, że i jego spotka taki sam los i będzie strącony w otchłań przez swoje własne dzieci.  Kronos pożerał więc swe potomstwo, by zachować władzę.  Zaiste, pouczające porównanie, zarówno w wypadku jakobinów, jak i Stalina, który miał psychopatyczną potrzebę wykończenia każdego, kto mógł choćby potencjalnie być jego konkurentem do władzy.  Rewizjoniści lubili nazywać czystki „stalinowskimi”, ekipa Chruszczowa, który sam był wiernym wykonawcą czystek stalinowskich i zaufanym siepaczem generalissimusa, nazywała je „błędami i wypaczeniami”, ale czystki w partii i aparacie państwowym były w sowietach na porządku dziennym od samego początku.  Jeszcze Lenin obawiał się, że rewolucyjny ferwor partii zaniknie w tłumie karierowiczów, więc zalecał stałe czystki.  Ale mnie stosunkowo najmniej obchodzi partyjna dintojra.  Jest jakiś – choć niewątpliwie niedoskonały – element sprawiedliwości w tym, że kanalie w rodzaju Urickiego czy Kirowa, masowi mordercy z gatunku Trockiego czy Jagody, zimni zbrodniarze typu Jeżowa czy Berii, zostali zamordowani niekiedy niemniej okrutnie niż ich własne ofiary.  Nazbyt jednak rzuca się w oczy niedoskonałość takiej pseudo-sprawiedliwości, ponieważ być może najgorsi spośród nich wszystkich właśnie przeżyli i doczekali chwały: Chruszczow jako destalinizator, Wyszyński jako jurysta, Mołotow jako mąż stanu… i tak dalej.  Niech im ziemia lekką będzie.

Wróćmy do przyczyn terroru, powszechnego terroru, a nie czystek, które były tylko jednym z jego przejawów.  Dlaczego Lenin domagał się masowego terroru już w czerwcu 1918 roku?  Dlaczego Stalin potrzebował represji na tak szeroką skalę w drugiej połowie lat 30.?  Czy zaspokajali tylko bandycką żądzę krwi?  Za bardzo chyba byli zimno kalkulującymi zbrodniarzami, żeby powodować się tak prostymi motywami.  Mam wrażenie, że raczej schowaliby swe krwawe żądze do kieszeni, gdyby tego właśnie wymagała sytuacja.  Dochodzimy w tym miejscu do samej istoty zjawiska, bo o ile celem komunizmu jest władza, czysta władza, zdobycie i utrzymanie władzy, to na długą metę nie może ona być utrzymana bez wykucia nowego człowieka, to znaczy bez sowietyzacji.  Sowietyzacja poddanych społeczeństw jest jednak czymś znaczniej więcej niż środkiem do celu, dlatego mam zawsze wrażenie, że można opisywać bolszewizm rzeczowo i bez sprzeczności w następujących kategoriach: 1. jest to Metoda zdobycia i utrzymania władzy poprzez sowietyzację; 2. jest to Metoda sowietyzacji poddanych w celu utrzymania władzy; i wreszcie 3. jest to Metoda sowietyzacji obywateli obcych w celu zdobycia nad nimi władzy.

Kiedy Lenin rozpętał czerwony terror w roku 1918, to jego celem była sowietyzacja pozostałych przy życiu (bo zawsze ktoś pozostaje przy życiu), na równi z umocnieniem władzy sowietów i na równi z rozprzestrzenieniem ognia rewolucji na cały świat.  Rosjanie opierali się bolszewickim bezbożnikom o wiele bardziej gwałtownie i z większą determinacją niż większość narodów podbitych później przez bolszewizm, z Polakami włącznie.  Terror był historyczną koniecznością dla Lenina, zarówno jako narzędzie eksterminacji, jak i metoda sparaliżowania strachem milczącej większości społeczeństwa, bez tego nie miał żadnych szans na utrzymanie władzy.  Innymi słowy, terror był wówczas narzędziem eliminacji aktywnych wrogów i sowietyzacji reszty.  Ale czy tak samo było w latach trzydziestych?  Powtarzam raz jeszcze, że nie mam na myśli moskiewskich procesów i wielkich czystek, ale powszechny terror, którego ofiarami padły miliony.

„Tamten rok, 1937, rozpoczął się naprawdę 1 grudnia 1934,” napisała w wiele lat później jedna z tych ofiar.  Terror jeżowszczyzny zaczął się od zabójstwa Kirowa i nie ma żadnych wątpliwości, że posłużyło ono Stalinowi za pretekst do wewnątrz-partyjnej rozgrywki w celu umocnienia jego absolutnej władzy.  Wielu historyków, między innymi Robert Conquest, przyznaje dziś, że pierwotnie widzieli w masowym terrorze tylko funkcję walki o władzę, „produkt uboczny czystek w aparacie władzy”.  Dziś Conquest dowodzi jednak, że celem powszechnego terroru było wyeliminowanie elementów nie nadających się do asymilacji, a więc byłych kułaków, byłych pracowników carskiego aparatu państwowego, „spekulantów”, a nawet, zdumiewająco, ludzi niepełnosprawnych.  170 inwalidów skazanych zostało na krótkie wyroki więzienia pod koniec 1937 roku, ale wszyscy zostali rozstrzelani w lutym i marcu roku następnego.  Niewidomi i kalecy mieszkańcy sowieckiego raju nie nadawali się do budowania Świetlanej Przyszłości, a może tylko nie nadawali się do obozów pracy przymusowej.

Ale co to właściwie znaczy, że ktoś „nie nadaje się do asymilacji”?  (Conquest używa rzadkiego angielskiego określenia socially unassimilable.)  Oznacza to, że istnieje pewien ideał społeczeństwa, cel do którego zmierza się wszelkimi środkami, społeczeństwo przyszłości złożone z „nowych ludzi”, tych „zasymilowanych”, z czego wynika nakaz eliminacji tych, których asymilować się nie da.  Autorzy wizji społeczeństwa, owego modelu nowego człowieka, stają się strażnikami ideału, z natury rzeczy więc, ubierają go w girlandy utkane z agit-prop (trudno przecie oczekiwać, by mówili wprost, że chodzi im tylko o władzę).  Mamy tu zatem definicję sowietyzacji; sowietyzacji, jako metody wykucia nowego człowieka, pierekowki, jak to ślicznie ujęli sowieciarze.  Stworzenie nowego człowieka odbywało się na wielu planach (przede wszystkim w sferze wychowania młodego pokolenia), ale jednym z najważniejszych planów musiał być poglądowy wykład, co stać się musi z tymi, którzy się pierekowce zechcą opierać.  A zatem znowu dotarliśmy do tego samego punktu: wyeliminowanie „wrogów ludu” po prostu usuwało elementy potencjalnie obce, ale z drugiej miało kolosalny wpływ na resztę społeczeństwa, na tych, których nie zesłano, nie wymordowano, nie deportowano; ogłaszało wielkimi, krwawymi literami: my możemy zrobić wszystko!  Na dobitkę, miało zapewne także wpływ na losy ludów, które miały dopiero zostać podbite w przyszłości.

Spójrzmy na to z innej jeszcze strony.  Skoro wedle marksistowskiej ortodoksji, byt określa świadomość, to dla stworzenia pożądanej świadomości, wytworzyć należy określone warunki bytowania.  Mówię tu oczywiście o ortodoksji dla maluczkich, wierchuszka nie była poddana takim absurdom.  Centralna kontrola środków produkcji (czy jak to tam brzmi w marksistowskiej terminologii) nie ma na celu stworzenia dobrobytu, tylko kontrolę.  Jeżeli aparat państwowy kontrolować ma produkcję każdej główki kapusty, to jest wielce prawdopodobne, że chce to czynić nie dla uszczęśliwienia ludzkości, ani dla dogonienia kapitalistów, ale dla kontroli nad podbitą ludnością, dla stworzenia warunków bytu, które wykształcą konkretną świadomość.  Odebranie ludziom sfery prywatności ma ten sam cel.  Odebranie rodzicom wpływu na dzieci, także.  Toteż w sowietach lat dwudziestych i trzydziestych, kiedy ludzie znikali bez powodu i wszyscy o tym wiedzieli, dzieci pozbawione rodziców bawiły się w szkołach w czekistów, wierzyły w dobrego wujaszka Lenina i czciły go w „kącikach leninowskich” w każdej szkole, przedszkolu, a często także w domu, wspólnym domu, gdzie trzeba było dzielić kuchnię i łazienkę, i nie wolno było mieć tajemnic.  Masowy terror był elementem tego procesu.  Terror także przyczyniał się do wytworzenia nowej świadomości: świadomości, że nie ma odwrotu, świadomości o nieodwracalności przemian.  Terror był więc wówczas nieodzownym elementem stworzenia nowego człowieka.

Terror był zawsze obecny w sowietach.  Upiorny kontredans – donos, aresztowanie, przyznanie się do winy i obciążenie zeznaniami innych, zsyłka do łagru, deportacja rodziny – nie zmienił się nigdy od najwcześniejszych dni władzy sowietów.  Trwał podczas kolektywizacji i w czasie hołodomoru, za Jagody, za Mienżyńskiego, za Dzierżyńskiego, tak samo jak za Jeżowa.  Rozstrzelania, tortury i łagry nie skończyły się wraz z odwołaniem rozkazów Jeżowa przez Berię.  Wszystko trwało w niezmienionej postaci.  I tylko historycy mogli odetchnąć z ulgą, bo mieli wygodną cezurę i mogli nadać poprzedniemu okresowi miano „jeżowszczyzny” albo Wielkiego Terroru.

Nie mogli natomiast odetchnąć mieszkańcy owych szczęsnych niegdyś ziem, Prawobrzeża, Ziem Ukrainnych, tj. leżących „u kraju Rzeczypospolitej”, pogranicza czyli Kresów.  Nie mogli odetchnąć, bo nowa Rzeczpospolita odwróciła się do nich plecami, oddała ich pod sierp i pod młot.  Nie byli dość „czyści” rasowo dla panów Grabskich, nie byli dość chętni do federacji dla panów Piłsudskich, nie byli dość polscy ani wystarczająco katoliccy.  Ale nadawali się w sam raz dla eksperymentów Lenina i Trockiego, dla „polskości” Dzierżyńskiego i Marchlewskiego, dla głodu i kolektywizacji, dla Jeżowa i Berii.

Kiedy kolejna faza bolszewickiej dintojry domagała się jeszcze jednej czystki, kiedy ludzie Jeżowa zastąpili ludzi Jagody, terror został zintensyfikowany.  Jeżow nie był czekistą, ani nie był Polakiem – w istocie pierwszy taki przypadek w historii sowietów, bo dotąd szefami bezpieczeństwa bywali tylko Polacy.  Jeżow, jak Stalin, był człowiekiem partii, aparatczykiem, a nie „Rosjaninem”, tak jak Beria był człowiekiem partii, a nie „Gruzinem”.  Wedle niektórych źródeł, Jeżow osobiście torturował Jagodę i nie oszczędził swemu poprzednikowi żadnego poniżenia aż do brutalnego bicia na chwilę przed egzekucją, natomiast sam, oskarżony o sodomię z podwładnymi, prędko załamał się podczas tortur, ale odmówił przyznania się do spisku na życie Stalina.  Na rozkaz Berii, egzekucji dokonano w ten sam sposób co egzekucji na Jagodzie zaledwie parę lat wcześniej.  Tak czy owak, jest mało prawdopodobne, by powodowały tymi ludźmi motywy narodowe. 

Jeżow odznaczył się w historii sowietów reformą terroru, przemienił go w kwestię administracyjną.  To jemu zawdzięcza sowiecka jurysprudencja pojęcie „specjalnej trójki” oraz kluczowy dla socjalistycznej sprawiedliwości koncept „albumu”.  Jeżow wyznaczył przede wszystkim z góry, ilu szpiegów i ilu dywersantów trzeba wyeliminować.  Nakazał podzielenie podejrzanych na dwie kategorie: „wszystkie szpiegowskie, dywersyjne, szkodnicze i powstańcze kadry” zaliczyć do kategorii pierwszej, która podlegała rozstrzelaniu; wszystkich innych, łącznie z rodzinami, do kategorii drugiej, która podlegała karze 5-10 lat w łagrze.  Wprowadził następnie metodę „albumową”.  Streszczenie informacji zebranych w śledztwie na temat oskarżonych układano w postaci jednej listy spisanej na kartkach wszerz; listę spinano po 10 dniach z wąskiej strony, nadając jej postać albumu, i przesyłano do rozpatrzenia do naczelnika nkwd i prokuratora.  Parę tę prędko nazwano „dwójką”.  „Dwójki” decydowały o kategorii przestępstwa, po czym przesyłały albumy do ostatecznej akceptacji przez najwyższą „dwójkę” tj. sownarkoma Jeżowa i genprokuratora Wyszyńskiego, którzy odsyłali albumy do rejonów dla wykonania wyroków.  W 1938 roku uznano system za niewystarczająco wydajny, gdyż towarzysze komisarze w Moskwie mieli inne rzeczy na głowie niż podpisywanie setek tysięcy wyroków śmierci, więc wprowadzono w każdym rejonie „specjalne trójki”, których decyzje nie podlegały już centralnej kontroli i, jak wszystkie decyzje nkwd, nie podlegały odwołaniu.  „Trójki” były nawrotem do klasycznych metod czekistowskich, gdyż w skałd pierwszej „trójki” w roku 1918 wchodzili między innymi Dzierżyński i Peters.

Zaklasyfikowanie indywidualnej sprawy do kategorii pierwszej równało się wyrokowi śmierci przez rozstrzelanie, podczas gdy aresztowani zaliczeni do kategorii drugiej skazani byli na powolną śmierć, poprzez tortury dalszych przesłuchań, zesłanie w nieogrzanych bydlęcych wagonach, bez wody, często bez posiłków, na daleki wschód i daleką północ, aż do pracy w kopalniach i życia z kryminalistami, którzy rządzili wewnętrzną strukturą Gułagu.  Klasyfikacja nie miała nic wspólnego z rzekomą działalnością ofiar, a wyłącznie z limitami narzuconymi poszczególnym regionom.  Nie miała nawet wiele wspólnego z głównym tematem poszczególnych operacji, bowiem na przykład w ramach operacji polskiej skazywano także Niemców, Żydów, Ukraińców i „kułaków”, w ramach operacji kułackiej Polaków itd. (przyjrzymy się temu jeszcze bliżej osobno).  Można chyba stwierdzić, że rozmaite operacje jeżowszczyzny wydają się być niewiele więcej niż metodą „uporządkowania materiału”, bo skoro wielki Soso żądał określonej ilości skazanych, to w jakiś sposób trzeba było ich znaleźć.  „Narodowość” była tak samo dobrym wyróżnikiem jak każdy inny.  Z wszystkich ziem wcielonych do sowietów przed wybuchem drugiej wojny, wschodnie ziemie Rzeczypospolitej były bardzo podatne na takie swobodne traktowanie kwestii narodowościowych, gdyż od wieków narodowość była w tamtych okolicach kwestią wyboru.  Przodkowie Mikołaja Gogola opisywani bywają w rosyjskiej literaturze, jako „spolszczona szlachta”, a w polskiej jako „zruszczona szlachta”.  Dziad Fiodora Dostojewskiego był duchownym prawosławnym w Bracławiu, na Podolu.  W późniejszych czasach, wybory stały się bardziej skomplikowane, że wspomnę tylko o rodzonych braciach, polskim generale Stanisławie Szeptyckim i ukraińskim Metropolitcie Kościoła Unickiego Andriju Szeptyćkim, którzy obaj byli wnukami Aleksandra Fredry.

Nic więc dziwnego, że operacja polska skupiła się na Ukrainie.  W roku ubiegłym wydano dwa opasłe tomy dokumentów w dwóch językach, polskim i ukraińskim, pt. Wielki Terror: operacja polska 1937-1938.  Wypada więc przyjrzeć się owym dokumentom.

Źródło:
Adres artykułu: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2011/06/23/piszcie-do-mnie-na-berdyczow-czyli-%e2%80%9eoperacja-polska%e2%80%9d-ii/
Kategorie: Michał Bąkowski, Piszcie do mnie na Berdyczów, Ukraina
Zamknij
 |  https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2011/06/23/piszcie-do-mnie-na-berdyczow-czyli-%e2%80%9eoperacja-polska%e2%80%9d-ii/