O polskim patriotyzmie
„…patriotism – a somewhat discredited sentiment, because the delicacy of our humanitarians regards it as a relic of barbarism. Yet neither the great Florentine painter who closed his eyes in death thinking of his city, nor St. Francis blessing with his last breath the town of Assisi, were barbarians. It requires a certain greatness of soul to interpret patriotism worthily – or else a sincerity of feeling denied to the vulgar refinement of modern thought which cannot understand the august simplicity of a sentiment proceeding from the very nature of things and men.”
Joseph Conrad [1]
Conrad pisał te słowa o księciu Sanguszce, uczestniku powstania listopadowego i wieloletnim zesłańcu na Sybir, ale wypowiadał je w pierwszym rzędzie dla czytelnika angielskiego. Anglicy zamieszkują wyspę – wzniosła prostota miłości do własnej ziemi, jest więc dla nich czymś odruchowo zrozumiałym. Kiedy Conrad mówił o patriotyzmie jako „zdyskredytowanym relikcie barbarzyństwa”, to zabierał głos w innej, o wiele starszej polemice, poprzedzającej czasy (anty)francuskiej rewolucji. Głośni myśliciele francuskiego Oświecenia głosili idee, które doprowadziły później do potworności rewolucji, gdy zbroczeni krwią sankiuloci nazywali siebie samych „patriotami”, a ich bezbronne ofiary piętnowane były mianem „zdrajców ojczyzny”. W proroczej wizji czasów, które miały nadejść krótko po jego śmierci, Dr Johnson twierdził, że „patriotism is the last refuge of a scoundrel” (patriotyzm jest ostatnim schronieniem łajdaka), a Edward Gibbon rozwijał tę myśl: „The mask of patriotism is allowed to cover the most glaring inconsistencies” (maska patriotyzmu pokrywać może najbardziej oczywiste sprzeczności).
Kiedy Conrad mówił o „wulgarnym wyrafinowaniu współczesnej myśli”, to zwracał się ku starszej koncepcji, ponad głowami łajdaków i ich patriotycznymi kryjówkami, ponad jakobińskimi maskami, ku prostemu i dostojnemu uczuciu miłości do własnej ziemi. Conrad miał więc na myśli „właściwy patriotyzm”, gdy Gibbon, Johnson i ich XIX-wieczni spadkobiercy krytykowali patriotyzm fałszywy, ten pod którego sztandarem idzie się zabijać bezbronnych ludzi, za którego maską kryć się lubią najrozmaitsi łajdacy. W tym samym opowiadaniu, pt. Książę Roman, Conrad pisze dalej o miłości rodzinnego kraju:
„That country which demands to be loved as no other country has ever been loved, with the mournful affection one bears to the unforgotten dead and with the unextinguishable fire of a hopeless passion which only a living, breathing, warm ideal can kindle in our breasts for our pride, for our weariness, for our exultation, for our undoing. There is something monstrous in the thought of such an exaction till it stands before us embodied in the shape of a fidelity without fear and without reproach.” [2]
Kraj, który domaga się tej strasznej miłości, to Polska. Dziwny kraj, gdzie miłość do rodzinnej ziemi nie wystarcza za rękojmię patriotyzmu.
***
Zachęcony przez jeden z komentarzy pod moim tekstem o podziemnym polrealizmie, przeczytałem artykuł profesora Andrzeja Nowaka pt. Polski patriotyzm wieku niewoli – trzy formuły. [3] Wyznaję, że brałem się do lektury bez entuzjazmu, ale artykuł okazał się nadzwyczaj ciekawy. Pytanie postawione w kontekście eseju Nowaka przez autora komentarza jest wielkiej wagi. Zapytał pan Maciej mianowicie: czy wobec utraty niepodległości nacjonalizm nie jest jedyną możliwą postacią patriotyzmu? Spróbuję najpierw zrekonstruować tok myślenia prowadzący do takiej konstatacji, a dopiero później przejdę do artykułu Nowaka.
Wydaje mi się, że ciąg myśli wiodący do nacjonalizmu – niejako usprawiedliwienie nacjonalizmu – wyglądać musi mniej więcej tak. W sytuacji gdy znika państwo, jedynym nośnikiem wartości – obojętne, rzeczywistych czy tylko wyimaginowanych – jakie to państwo reprezentowało, może być naród; albo raczej Naród, bo trzeba go wówczas z konieczności wynieść na piedestał. Skoro zabrano nam ziemię, do której byliśmy przywiązani, do której odnosiło się słowo „ojczyzna”, dzielące źródłosłów w dość oczywisty sposób ze starszą „ojcowizną”, to trzeba do czegoś ów emocjonalny związek podczepić. „Ojczyzna to ziemia i groby”, brzmi wielokrotnie cytowana (i różnorodnie przypisywana) mantra; ale co począć, gdy zaborca nie daje dostępu do grobów, kiedy tępi pamięć o przeszłości zawartą symbolicznie w „ziemi i grobach”? Wtedy zastąpić należy ojczyznę narodem, a tym samym przeistoczyć patriotyzm w nacjonalizm.
Tak mniej więcej widzę łańcuch przyczyn wiodący pana Macieja do jego konkluzji. Przyznajmy, że jest to myśl przekonująca, bo jak inaczej zogniskować wysiłki rodaków na odzyskaniu państwa? Jeśli przy tym wszystkim zadbać, by ów nacjonalizm nie przybierał postaci nienawiści do innych narodowości, zarówno zaborczych jak i mniejszościowych, można zapewne zbudować sensowną podstawę dla tego, co pan Maciej nazywa, za Nowakiem, „patriotyzmem niepodległościowym”. Przyjrzyjmy się zatem artykułowi Nowaka.
Odróżnia on przede wszystkim „stary” patriotyzm polski, który nazywa republikańskim, od „nowego”, wykuwanego mozolnie w wielkich debatach Sejmu Czteroletniego, patriotyzmu imperialnego czyli niepodległościowego. Jako klasycznych przedstawicieli tej pierwszej tradycji widzi Nowak konfederatów barskich, zaś drugą reprezentować miał Staszic ze swą apologią oświeconego absolutyzmu. O ile ta pierwsza jest często karykaturowana jako śmieszne i anachroniczne sobiepaństwo o mocno anarchicznych odcieniach, to w drugiej, równie często pomija się elementy kluczowe dla Staszicowej krytyki. Nowak tego nie czyni i otwarcie cytuje czysto pragmatyczne, choć nie mniej przez to złowrogie, argumenty Staszica:
„Rzeczpospolita wpośród krajów despotyzmem obarczonych nie może ani większej wolności, ani większej własności obywatelowi zostawić, tylko taką, jaką pozwalają despotyzmy zewnętrzne”
O ile więc tradycyjny polski patriotyzm republikański widział w ojczyźnie dziedzictwo przodków i wspólnotę wartości, a poszanowanie dla indywidualnej wolności cenił wyżej niż samo państwo, to postawa taka stawała się w oczach reformatorów niczym więcej niż „prywatą” i naiwnym egoizmem. Konfederaci bronili niezawisłej polskiej państwowości, ponieważ w niej jednej widzieli jedyną ostoję indywidualnej wolności i tradycyjnych wartości, gdy reformatorzy nawoływali do poświęcenia owych przeżytków w imię przetrwania państwa, ponieważ przyczynę upadku państwa widzieli właśnie w kultywowaniu takich tradycji.
Ojczyzna konfederatów, to wspólnota ludzi wolnych. Rzeczpospolita była dla nich polem walki o wolność; nie tylko wolność od obcej ingerencji, ale także wolność od własnej władzy, stąd tak istotna w tej koncepcji idea podziału (rozproszenia) władzy i nadrzędności prawa (władza prawa a nie ludzi).
Wobec utraty niepodległego państwa reformatorzy wysuwali ów republikański patriotyzm jako przyczynę klęski Polski, chrzcząc stanowisko swych oponentów mianem anarchii. Nowy patriotyzm był zatem imperialny, gdyż dla wybicia się na niepodległość Polska musiała się zmierzyć z mocarstwami. Temu celowi podporządkowana zostać musiała „hierarchia politycznych wartości”, jak mówi Nowak, choć naprawdę podporządkować temu trzeba było wszystko: wszelkie wartości, nie tylko polityczne, całą kulturę i tradycję. I tak patriotyzm polski stał się ideologią niepodległości. Wrócę jeszcze do tego punktu za chwilę.
Trzeci typ patriotyzmu profesor Nowak nazywa modernizacyjnym. Miał się on sprowadzać do pracy u podstaw, do cywilizacyjnego podniesienia polskiej ziemi. W ujęciu modernizatorów, brak państwa nie był wielkim nieszczęściem, niski poziom cywilizacyjny Polski – był. Ostrze ich krytyki skierowane było przeciw „republikańsko-romantycznemu zaściankowi”, przeciw mrzonkom niepodległości za wszelką cenę, ale także przeciw indywidualnej wolności. Nowak trafnie jednak wskazuje, że Dmowski zdołał połączyć modernizacyjny zapał z patriotyzmem imperialnym, a Piłsudski zwarł swą osobą pierwiastek republikański i imperialny (albo przynajmniej próbował). Tak czy inaczej, punktem krytycznym polskiego patriotyzmu musiał być stosunek do niepodległości: miejsce niezawisłości państwa w hierarchii wartości i metody walki o niepodległość.
Patriotyzm modernizacyjny utożsamiał się z szerszą ojczyzną, jako źródłem wartości, z szeroko rozumianym „Zachodem”, do którego pragnął podnieść zacofaną Polskę. Walka o niepodległość jest tu niebezpieczną mrzonką, która cofnąć może marsz postępu. Tymczasem republikanie nie chcą Polski dla niej samej, ale dla wolności i tradycyjnych wartości, których była ostoją. Wobec tego patriotyzm imperialny staje się w istocie jedyną możliwą ideologią niepodległości. Słowo ideologia jest tu kluczowe.
Pozwolę sobie wrócić teraz do początku artykułu Nowaka. Otóż jego typologia odnosić się ma właśnie do „patriotyzmu jako ideologii”… co jest, prawdę mówiąc, intelektualnie trudne do przyjęcia. Czy na przykład ktokolwiek przy zdrowych zmysłach mówiłby o „miłości jako ideologii”?! A przecież patriotyzm to miłość, jak słusznie pisał Conrad. Ideologia natomiast to sprostytuowana filozofia. Mamy zatem do czynienia z traktatem o miłości jako prostytucji. Nie poprzestanę jednak na błyskotliwym skrócie i zajmę się tym bliżej (pomimo ryzyka zanudzenia czytelnika).
Poznanie filozoficzne stawia sobie za cel zrozumienie rzeczywistości, a zatem jedynym celem filozofii jest prawda. Ideologia zastępuje ów nadrzędny cel jakimkolwiek dobrem, np. dobrem klasy robotniczej, dobrem narodu albo dobrem ludzkości, w rezultacie czego podporządkowuje opis rzeczywistości pragmatycznym celom, odrzuca prawdę, która nie służy postawionemu dobru. Rzecz jasna, co służy ludzkości, jest dość dyskusyjne na dłuższą metę, bardzo prędko więc pojawiają się tzw. elity, które przypisują sobie monopol na określanie, co jest słuszne a co nie, i czem prędzej tłumią dyskusję na ten temat „w imię dobra ludzkości”. I tak np. „zaprzeczacz” globalnego ocieplenia, który wypowiada tylko prawdę, odsądzany bywa od czci i wiary. Używam powszechnie dziś znanej zielonej ideologii wyłącznie jako przykładu ideologicznego oglądu świata, bo chodzi mi naprawdę o to, że profesor Nowak nie powinien był sprowadzać pięknego uczucia, jakim może być patriotyzm, do intelektualnej prostytucji, jaką musi być każda ideologia.
Nie wolno nam jednak winić Nowaka, że takie sprostytuowanie w Polsce nastąpiło i doprowadziło do utożsamienia patriotyzmu z nacjonalizmem – on wyłącznie opisuje stan faktyczny i czyni to z rzetelnością naukowca. Jak widzieliśmy choćby w dyskusji z Nyquistem na niniejszej stronie, owo utożsamienie jest już dziś zjawiskiem niestety powszechnym. [4]
Kiedy naród stał się totemem, utracił wiele ze swego wdzięku. Jak to zwykle bywa z totemami, zatracił głębię, odcienie i szczegół, bo wszystkie pochodziły od jednostek, które nie pasowały do czarno-białego obrazu, do płaskości dwóch wymiarów, do płytkiego reliefu. Tę barwną różnorodność indywidualizmu wyrzucić trzeba było poza nawias totemicznego nacjonalizmu, stąd taka wrogość niepodległościowców do republikańskiej odmiany patriotyzmu; w patriotyzmie imperialnym pozostało miejsce tylko dla uwielbienia i nienawiści. Czy tak być musiało? Patrioci polscy XIX wieku skutecznie stworzyli z narodu coś więcej niż totem, stworzyli machinę do walki o niepodległość; sprawną machinę, w której każda jednostka stawała się niczym więcej niż trybem, kółkiem, śrubką, podporządkowaną wyższemu celowi.
Wyznaję z ochotą, że pan Maciej miał absolutnie rację przypuszczając, iż najbliższy jest mi ideał patriotyzmu republikańskiego (muszę tu zaznaczyć: przyjmuję tę terminologię wyłącznie na potrzeby niniejszego artykułu; dla mnie, jest to po prostu patriotyzm, jedyny, który na takie miano zasługuje). Najbliższy jest mi ideał tradycji Rzeczypospolitej, w której państwo było o tyle tylko ważne, o ile chroniło obywatela, ale samo było podejrzane, kiedy chciało indywidualną wolność ograniczyć, stąd nieufność tego patriotyzmu do wszelkiej władzy, każdego „centrum”. Ideał współdziałania ludzi wolnych, dla obrony ich wolności i wspólnych im wartości. Ideał Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, która nie potrzebowała się z nikim mierzyć ani z nikim współzawodniczyć. Dla niepodległościowców te wzniosłe i wyniosłe ideały były anatemą, bo oni niczego tak nie pragnęli, jak właśnie zmierzyć się z potężnymi mocarstwami dla odzyskania niepodległości. Dla zmierzenia się z potęgą Rosji i Prus, potrzebowali sprawnej jednolitej organizacji. Domagali się zatem jednoczenia i uniformizacji, żądali podporządkowania wszystkiego nadrzędnej idei; każda tożsamość odrębna była im nienawistna, bo osłabiała ich centralizujące, imperialne ciągotki. Stąd wzięła się mania polonizacyjna i niechęć do Żydów, Rusinów i innych mniejszości. Cena, jaką musiała za to zapłacić polska kultura, jest oczywista, ale mnie interesują tu raczej koszty polityczne.
Nacjonalizm jest z definicji ideologią kolektywistyczną, przekłada narodowe „my” ponad indywidualne racje, o ile jednak wielowiekowa polska kultura mogła się (z niejakim trudem i, jak się w końcu okazało, bezskutecznie) ostać kolektywistycznym zakusom – „zestrzelmy myśli w jedno ognisko i w jedno ognisko duchy”, domagał się wieszcz na sto lat przed bolszewickim „jednostka niczym, jednostka bzdurą” – to polityczne skutki były opłakane. Jest faktem znanym, że młode nacjonalizmy, litewski, białoruski i ukraiński, wzorowały się na nacjonalizmie polskim. Naśladownictwo jest z pewnością formą pochlebstwa, w tym jednak wypadku stało się przekleństwem, gdyż owe nacjonalizmy musiały z konieczności przybrać ostrze antypolskie. Polski patriotyzm typu republikańskiego nie był dla nich zagrożeniem, ponieważ obejmował swym zasięgiem wielonarodową Rzeczpospolitą, gdy wąski nacjonalizm wyłączał ich ze wspólnoty. Wyłączeni zaś, byli zagrożeni zagładą po prostu ze względu na przemożną siłę atrakcyjną polskiej kultury. Nakaz antypolonizmu stał się dla nich kwestią przeżycia. I tak zamiast mieć w Rusinach i Bałtach, a z czasem także i Żydach, sprzymierzeńców w walce o niepodległość, polski nacjonalizm uczynił z nich zaciętych wrogów.
Wydaje mi się udowodnione, że tak być nie musiało. Dowód tkwi w istnieniu Konfederacji Barskiej. To przecież konfederaci barscy a nie kto inny, walczyli w pierwszej insurekcji przeciw obcej kurateli. Nie bez powodu rzadko są wspominani w popularnej polskiej historiografii, gdyż tak bardzo nie pasują do kolektywnego, ideologicznego nacjonalizmu polskiego, który leżał u podstaw późniejszych zrywów niepodległościowych. (Już powstanie kościuszkowskie uważa Nowak słusznie za „pierwszą wielką manifestację patriotyzmu niepodległościowego”.) Czy wobec utraty niepodległości należało zatem kultywować wąską dyscyplinę narodową? Czy należało odcinać polskość od tego wszystkiego, co czyniło ją tak niezwykle atrakcyjną, ba! wyjątkową w historii Europy? Chciałbym uniknąć wrażenia, że idealizuję Pierwszą Rzeczpospolitą. Kiedy wielkie państwo upada w tak haniebny sposób – a Rzeczpospolita Obojga Narodów była państwem wielkim i jej upadek był hańbą – to przyczyn należy szukać przede wszystkim w instytucjach tego państwa raczej niż w perfidii sąsiadów, którzy w końcu mają obowiązek kierować się swą własną racją stanu. Rozważanie przyczyn upadku Polski przekracza ramy tego artykułu, ale chyba raczej nie należy ich szukać w niedostatkach polskiego patriotyzmu…
Drugim i ważniejszym skutkiem zwycięstwa polskiego nacjonalizmu była postępująca kolektywizacja społeczeństwa. Kolektywizacja, która objawia się choćby w bezustannych utyskiwaniach na rzekomy polski indywidualizm, w nawoływaniach do jedności i dyscypliny narodowej, w piętnowaniu i wyrzucaniu poza narodowy kolektyw tych, którzy ośmielają się wyrażać własne zdanie, którzy mają czelność odstawać od ustalonej linii. Ostateczna ironia tej sytuacji leży chyba w fakcie, że w zamierzeniu twórców niepodległościowy patriotyzm miał wyposażyć Polaków w narzędzie walki z ościennymi mocarstwami, gdy w rzeczywistości każde dziecko wie, że stronnictwo o silnej wewnętrznej dyscyplinie jest bardziej podatne na manipulację z zewnątrz. Zawężenie polskiej racji stanu do ram wewnątrzpartyjnej dyscypliny osłabiło Polskę na nadchodzące czasy, najtrudniejsze czasy w jej historii – na straszne próby wieku XX.
I w ten sposób doszliśmy do zasadniczej kwestii postawionej przez pana Macieja. W dyskusji z nim wyraziłem opinię, iż formuła niepodległościowa wpędziła Polskę w bagno prlu. Na pierwszy rzut oka wydać się to może niedorzecznością, bo oczywiście pierwotną i podstawową przyczyną zaistnienia prlu była sowiecka okupacja, tymczasem polski patriotyzm niepodległościowy, wykuty wobec zaborców, przystosowany był znakomicie do walki z zagrożeniem narodowym, ponieważ wysuwał na pierwszy plan jedność narodowego kolektywu. Jakże więc można winić mechanizm obronny za prl? Rzecz jednak w tym, że z tego właśnie powodu (i niejako z definicji), nacjonalizm nie potrafił bronić Polaków przed zagrożeniem ponadnarodowym. I z tej to przyczyny, wedle nieśmiertelnych słów Henryka z Nie trzeba głośno mówić, Niemcy robili z Polaków bohaterów, a bolszewicy robili z nas gówno: „Niemcy do nas strzelają, a Sowieci biorą gołymi rękami. My do Niemców strzelamy, a Sowietom wpełzamy w dupę.” Stąd moja teza, że typ patriotyzmu, który w tych rozważaniach nazywamy za Nowakiem, niepodległościowym, rozbraja Polaków wobec śmiertelnego zagrożenia, jakim jest bolszewizm.
Antagonizowanie sąsiednich (i bratnich) narodowości, najnaturalniejszych sprzymierzeńców Polaków w ich XIX wiecznej odysei, było błędem w każdej sytuacji, stało się jednak niewybaczalnym błędem wobec bolszewizmu, uniemożliwiło bowiem zgodne wystąpienie przeciw nowej, straszliwej potędze.
Nie przypadkiem jednym z pierwszych posunięć Lenina po październikowym puczu była deklaracja o prawie narodów do samostanowienia. Lenin rozumiał zasadę divide et impera i wiedział, jak najlepiej obrócić na swą korzyść narodowe partykularyzmy. Deklaracja miała podsycić narodowe niechęci, miała zwrócić narody przeciw sobie wzajem, a tym samym odwrócić ich uwagę od leninowskiej władzy. Jednakże już podczas marszu Tuchaczewskiego „na Berlin poprzez trupa Polski” przygotowywano „polski” rząd dla nowej sowieckiej republiki: polrewkom Dzierżyńskiego i Marchlewskiego był prawdziwym zaczątkiem prlu. Sytuacja zmieniła się co nieco od owych czasów, pomimo to zasada narodowej formy i komunistycznej treści jest do dziś stosowana z wielkim sukcesem na całym świecie, od Kuby i Wenezueli do Chin i Korei.
Słowo jeszcze o trzecim typie patriotyzmu, o pozytywistycznej chęci poprawy bytu współrodaków. Była to, rzecz jasna, ulubiona formuła władców prlu. Typowo polskie, a trudne do zrozumienia poza kontekstem XIX-wiecznej Polski, przeciwstawienie pozytywizmu i romantyzmu, było i jest na rękę władcom prlu. Wspominałem tu niedawno o prlowskiej „naszej małej stabilizacji”, o owych piewcach „realizmu”, co to pragną akceptować rzeczywistość taką, jaka jest, i pomstują na romantyczne mrzonki. To jest właśnie (przynajmniej w pewnym aspekcie) patriotyzm modernizacyjny. Jeśli więc prlowscy władcy mają wybór pomiędzy patriotyzmem tego rodzaju, a formułą niepodległościową, która nie może im zaszkodzić, to ich władza jest zapewniona ad infinitum.
***
Spróbujmy zatem odpowiedzieć wprost na pytania postawione przez pana Macieja. Kiedy Polski nie było na mapie, niewątpliwie można było przyjąć inny model patriotyzmu i wybić się na niepodległość. Powstanie II Rzeczpospolitej było i tak funkcją zewnętrznej sytuacji i republikańscy patrioci byliby równie gotowi z takiej koniunktury skorzystać. Czy następnie „rezygnacja z formuły niepodległościowej” była możliwa podczas Dwudziestolecia? Realistycznie, prawdopodobnie nie, ale to nie znaczy wcale, że ze względu na polską rację stanu nie należało wówczas przynajmniej próbować przestawić polski patriotyzm na tory republikańskie, bo czy można sobie wyobrazić Barżan idących na kompromis z bolszewikami? Czy można sobie wystawić sarmackich patriotów, obrońców Polski jako ostoi wolności, idących obok towarzysza Bieruta na czele procesji na Boże Ciało?
Dominujący typ polskiego patriotyzmu, który Nowak nazywa (trochę na wyrost) typem imperialnym, wolę określać za Józefem Mackiewiczem mianem polrealizmu. Ma on niestety wszelkie wady nieodłączne od ideologii, a na domiar złego cechuje go straszna deklaratywność oraz przekładanie patriotycznej ikonografii i frazeologii ponad wszystko. Mówiąc brutalnie, Polska nie schodzi Polakom z ust, ale czy zaiste mają ją w sercu?
„Czy nie można być niepodległościowcem, któremu nie wystarczy ‘parę patriotycznych frazesów i ukoronowany orzeł’?” – zapytuje pan Maciej. Można. Trzeba tylko wówczas wyrzec się polrealizmu, który stał się samym jądrem polskiego patriotyzmu, co zresztą w pewnej mierze opisuje Nowak. Cechą naczelną polrealizmu jest bezkrytyczna akceptacja wszystkiego co polskie wraz z nieustępliwą ideologizacją pojęcia patriotyzmu. Dodajmy do tego nieprzyzwoitą rytualizację polskości, wytworzenie swoistej narodowej liturgii wypełnionej po brzegi stereotypami i czczą frazeologią, a mamy zaiste straszny przepis na „opium dla Polaków”. Twierdzę, że można pragnąć niepodległości Polski, nie popadając w nacjonalistyczne zawodzenie tak typowe dla polrealizmu. Utrzymuję, że nacjonalizm rozbraja Polaków wobec sowieciarzy, ponieważ bolszewicy nie walczą na poziomie narodowym. Wręcz odwrotnie, propagują lokalne rozwiązania, lokalne wersje swej diabolicznej ewangelii. Chávez nie rusyfikuje przecie Wenezuelczyków, a przeciwnie, na każdym kroku podkreśla swój patriotyzm. Mugabe czy Evo Morales nie akcentują swej bolszewickiej proweniencji, ale raczej chowają się pod maską patriotyzmu. W tej sytuacji wydawałoby się, że nawrót do tradycyjnego polskiego patriotyzmu, który nazywaliśmy powyżej republikańskim, powinien być ze wszech miar popierany. Ale tak nie jest. Polrealizm króluje niepodzielnie. Tymczasem polrealizm predestynuje Polaków do przełykania rozwiązań byle-polskich, jak np. „gomułkizm” roku 1956, kiedy bolszewicki agent uznany został za symbol polskiej niepodległości, bo rzekomo „stawiał się ruskim”. Śmieszne? Nie wówczas, gdy ta sama farsa powtarza się w kółko, jak jakaś przeklęta diabelska katarynka. Emigracja „tzw. niepodległościowa”, walcząca o granice na Odrze i Nysie, czyli emigracja, która utraciła wolne państwo, ale „odzyskała ziemie”. Śmieszne? Nie. Żałosne. Solidarność, która była mieszanką bolszewickiego kolektywizmu z polskim nacjonalizmem, powtarzała tylko tę samą sztuczkę uprzednio zastosowaną przez Gomułkę i „cała Polska” dała się nabrać. Powszechna akceptacja okrągłego stołu i tego, co tak niezgrabnie nazywamy tu prlem nr 2, ma także korzenie w polrealizmie.
Czy nie czas już dostrzec wreszcie, że polrealizm jest drogą donikąd? Drogą do trzeciego, czwartego prlu, pod nazwą czwartej czy piątej rp. Ale nie jest ani drogą do niepodległości, ani ku wolności i tradycyjnym wartościom, nie jest ani patriotyzmem, ani – strach powiedzieć – „świętą miłością kochanej ojczyzny”.
***
Nietożsamość ojczyzny i narodu leży chyba u podstaw trudności, z jakimi przyszło się Polakom borykać od stuleci. Różnica między tymi pojęciami jest zupełnie oczywista, ponieważ ta sama ziemia może być ojczyzną dla rozmaitych narodowości, co widać przecież nie tylko na byłych ziemiach Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, gdzie ludzie chwalący Boga w różnych językach i różnych obrządkach potrafili żyć obok siebie w zgodzie. Nie było wprawdzie takiej samej zgody na Bałkanach, ani w Ziemi Świętej, ale ludzie żyli nadal obok siebie. Przykładów nie warto zresztą mnożyć, jest ich mnóstwo także w dzisiejszej, reglamentowanej rzeczywistości politycznej, bo pomimo wysiłków Stalina i współczesnych nacjonalistów z ich „etnicznymi czystkami”, różne narody nadal zamieszkują te same ojczyzny. Kiedy nacjonalizm zastępuje patriotyzm, nie może już być mowy o wspólnej ojczyźnie. Nie ma już miejsca na „wielkoduszną interpretację patriotyzmu”, o której pisał Conrad, a pozostaje tylko „patriotyzm” sankiulotów, ferwor wyjącego tłumu „patriotów”, tłuszcza wymachująca „patriotycznie” pięściami. Nie ma miejsca na ojczyznę, jako historyczny przejaw kulturowego porządku wieczności, skoro depozytorem wszelkich wartości jest Naród. Jest już tylko równy tłumów marsz i kroków huk – i mury rosną, rosną, rosną…
__________
- Podaję cytaty z Conrada w oryginale, ponieważ dostępne mi polskie przekłady nie oddają jakości tej prozy. W przypisach przybliżone tłumaczenie: „…patriotyzm, uczucie co nieco zdyskredytowane, gdyż wrażliwość naszych humanitarystów uważa je za pozostałość barbarzyństwa. A przecież ani wielki florentyński malarz, który zamknął oczy na zawsze myśląc o rodzinnym mieście, ani Św. Franciszek, udzielający błogosławieństwa Asyżowi swym ostatnim tchnieniem, nie byli barbarzyńcami. Potrzeba duchowej wielkości, by należycie ocenić patriotyzm – albo może szczerości uczuć, nieznanej wulgarnemu wyrafinowaniu nowoczesnej myśli, która nie potrafi pojąć dostojnej prostoty uczucia, płynącego z samej natury rzeczy i ludzi.”
- „Tego kraju, który domaga się, by go kochać bardziej, niż jakikolwiek kraj był kochany, żałobną miłością, jaką darzy się niezapomnianych zmarłych, z niewygaszalnym ogniem beznadziejnej namiętności, które wyłącznie żywy, oddychający i ciepły ideał może wzniecić w naszych piersiach, na naszą dumę, na mękę naszą, na wyniesienie i na zagładę. Jest coś potwornego w myśli o takich wymogach, do czasu aż staje przed nami wcielona w kształt wierności bez lęku i bez wyrzutów.”
- Andrzej Nowak, Polski patriotyzm wieku niewoli – trzy formuły, http://www.omp.org.pl/artykul.php?artykul=174#_ftn3)
- Por. Szachrajstwo polemiczne http://wydawnictwopodziemne.rohnka5.atthost24.pl/2010/04/25/szachrajstwo-polemiczne/ i wcześniejsza wymiana myśli.