Spowite w aksamit
Sądziłem do tej pory, że największy cyrk świata, przy którym blednie z zazdrości antyczny Circus Maximus, odegrany został w grudniu 1989 roku w Bukareszcie i na rumuńskiej prowincji. Nie tylko lider i konferansjer „antykomunistycznej” opozycji, Ion Iliescu, okazał się być kumplem z ławy szkolnej samego Michaiła G.; nie tylko rzekomo „niezależny” żongler i nowy premier „rewolucyjnej” Rumunii, Petre Romanu, został, w niejakiej konfuzji, rozpoznany jako przedstawiciel „złotej komunistycznej młodzieży” oraz bywalec komunistycznych salonów, osobnik skrupulatnie zapewne przygotowywany do roli pierestrojkowego rewolucjonisty; nie tylko w bardzo niedemokratyczny sposób zamordowano małżeństwo Ceausescu, najprawdopodobniej w obawie, aby przed zejściem nie chlapnęli czegoś niedyskretnego. Organizatorzy rumuńskiego cyrku byli do tego stopnia zdeterminowani, że gdy w połowie grudnia pamiętnego roku ludność tego kraju nie wykazała się rewolucyjnym zapałem w stopniu satysfakcjonującym, postanowiono podsycić atmosferę, wywlekając z kostnic ciała ludzi zmarłych śmiercią jak najbardziej naturalną i prezentując je w mediach jako ofiary komunistycznej masakry.
Najwyraźniej jednak nie wszystko poszło zgodnie z komunistycznym planem (pewnikiem towarzysze coś tam znowu spartolili) do tego stopnia, że najbardziej zaufani przedstawiciele cyrkowej trupy socjalistycznego bloku – prestidigitatorzy – a więc pracownicy pionu medialnego, zażądali urzędowego potwierdzenia, że mianowicie rumuński cyrk to autentyczne, epokowe wydarzenie. W wydaniu peerelowskim zapewnienie takie sprokurowano przy pomocy zaprawionego w boju towarzysza Mazowieckiego (na usługach socjalistycznej władzy od lat pięćdziesiątych), z którym w tym właśnie celu nagrano telewizyjną audycję. Jak zwykle wylękniony (czy nie warto aby sprawdzić, czego bał się tak bardzo Mazowiecki w drugiej połowie 1989 roku?), zapewnił solennie, że rumuńska kontrrewolucja jest jak najlepszej próby.
Przez lata sądziłem, że tylko moskiewscy puczyści z sierpnia 1991 roku z Borysem J., przemawiającym do rewolucyjnego tłumu z wysokości sowieckiego tanku (niczym Włodzimierz L. w kwietniu 1917), dorównują swoim rumuńskim towarzyszom pod względem cyrkowej sprawności. Po przeczytaniu Do diabła z rzeczywistością… Roberta Buchara nie jestem już tego taki pewien.
Czechosłowaccy towarzysze mieli, jak wiadomo, szczególne problemy z właściwą organizacją areny, a ściślej – lwy kontrrewolucji okazały się niepospolicie niemrawe. The Economist z listopada 1989 roku donosił z lekką nutą zaskoczenia o wstydliwym braku wszelkiej spontaniczności ze strony nieco ospałych manifestantów. Sytuację musiał ratować sędziwy biskup Pragi, wzywając do kontynuowania protestów, dzięki czemu kolejna z serii manifestacja, 17 listopada, wypadła już znacznie lepiej, dając policji pretekst do bardziej brutalnego potraktowania tłumu. Jednocześnie (zapewne w obawie, aby rewolucja nie umarła śmiercią naturalną ze strachu) rząd komunistyczny zapewnił, że od tej chwili demonstranci traktowani będą zdecydowanie łagodniej. Moment kulminacyjny nastąpił 27 listopada, gdy znacznie już śmielszy tłum podszedł do okien centralnego komitetu, skandując: koniec rządów jednopartyjnych (wyrażając w ten sposób postulat sformułowany kilka dni wcześniej przez komunistycznego premiera, Adameca). W odpowiedzi ujrzeli uśmiechnięte twarze i machające w geście radosnego pozdrowienia dłonie etatowych pracowników partii.
Taki przebieg wydarzeń wydawał się raczej typowy dla wschodnioeuropejskich przemian ustrojowych. Wiadomo było przede wszystkim, że coś jest na rzeczy, że miejsce miała tak czy inaczej skrojona komunistyczna prowokacja, z udziałem służb, partii, no i oczywiście – tzw. opozycji. Do dziś nie są znane szczegóły zakulisowych knowań – dużo zdołano ukryć pod kusym, za to aksamitnym, płaszczykiem rewolucji – a jednak czescy rozmówcy Roberta Buchara odkrywają zdumiewająco wiele tajemnic.
Petr Cibulka, sygnatariusz Karty 77, aresztowany w czasie trwania aksamitnej rewolucji i zwolniony na żądanie demonstrantów (Cibulka przesiedział w komunistycznych więzieniach łącznie 5 lat) nie pozostawia złudzeń co do istoty aksamitnego buntu:
Wierzyłem, że zmiany są prawdziwe. Ale już po upływie kilku tygodni zdałem sobie sprawę, że mają one charakter czysto kosmetyczny, że zmieniona jest tylko dekoracja. Zdałem sobie sprawę, że władza pozostanie w rękach komunistów i że nie muszą się oni martwić o utratę czegokolwiek… Kiedy wniknąłem w te kwestie głębiej, uświadomiłem sobie, że wszystko to było rodzajem gry na użytek publiczności, nie tylko zresztą dla publiczności miejscowej, ale przede wszystkim dla Zachodu.
Cibulka szybko przekonał się, że dawni jego koledzy z opozycji, skupieni w Forum Obywatelskim, mają zgoła odmienne cele od jego własnych – zamiast prowadzić aktywną walkę z komunizmem, choćby poprzez wprowadzenie programów dekomunizacyjnych, zdecydowanie woleli zwalczać ludzi takich jak Cibulka, nazywając ich ekstremistami.
Dawna opozycja, związana z Kartą 77, z którą Cibulka kiedyś się utożsamiał (choć jest dzisiaj przekonany, że powstała przy cichej pomocy GRU i KGB), miała teraz inne cele, inny program, poza tym zdominowana została przez nowe twarze – ludzi, którzy, zdaniem Cibulki, wcześniej nie byli aktywni w opozycji, mimo to błyskawicznie zdobyli dominującą pozycję w ruchu. Wszyscy ci ludzie byli i pozostają agentami KGB, GRU i lokalnych służb, co więcej, od tamtego czasu bezustannie kontrolują sytuację w kraju.
Cibulka, który na początku lat dziewięćdziesiątych zasłynął ujawnieniem setek tysięcy nazwisk tajnych współpracowników, dziś jest przekonany, że materiały, które udało się pozyskać i opublikować, zostały wcześniej skrupulatnie przesortowane i nie obejmują agentów związanych z wywiadem, kontrwywiadem czy wywiadem wojskowym. Według Cibulki, archiwa zostały specjalnie przygotowane na długo przed 17 listopada, a akta najbardziej obiecujących agentów, którzy działają także dzisiaj, zostały dyskretnie usunięte, dzięki czemu jedynie moskiewscy mocodawcy znają ich prawdziwe życiorysy.
Słowa Cibulki w znacznym stopniu potwierdza Frantisek Doskocil, w przeszłości członek komitetu centralnego partii komunistycznej oraz jednocześnie agent CIA, wtrącony do więzienia, w bezpośrednim związku ze swoją drugą profesją, przez służbę bezpieczeństwa w 1990 roku (doczekał się uwolnienia, po siedmiomiesięcznym areszcie, na polecenie samego Vaclava Havla i za pisemnym zobowiązaniem do dziesięcioletniego milczenia). Doskocil opiera swoją relację w dużej mierze na informacjach uzyskanych od żony, która pracowała w archiwach służby bezpieczeństwa. Okazuje się, że na długo przed wybuchem rewolucji materiały w archiwum były sortowane, pakowane i gdzieś wysyłane. Niektóre z dokumentów były przewożone na lotnisko i wywożone z kraju, najprawdopodobniej do Związku Sowieckiego. Według Doskocila wszystko było zaplanowane i opracowane z wyprzedzeniem, a komuniści, jako planiści i organizatorzy przemian, nie mogli być nimi zaskoczeni.
Do tych głosów przyłącza się Władimir Hucin, aresztowany pod sfingowanym zarzutem uprawiania terroryzmu w 2001 roku na ponad rok (wszczęty przeciwko niemu proces ciągnął się aż do 2006 roku). Hucin odkrył wkrótce po 17 listopada, że prominentni działacze opozycyjni (między innymi późniejszy minister spraw wewnętrznych, Tomas Hradilek) robią co tylko możliwe, aby proces niszczenia zasobów archiwalnych tajnych służb przebiegał bez zakłóceń. Zaczął wówczas podejrzewać, że rewolucyjne wydarzenia z listopada 1989 roku nie były tym, czym się pierwotnie wydawały. Wiele wydarzeń toczyło się poza sceną, a dysydenci okazali się uczestnikami politycznej gry, której celem było zapewnienie immunitetu komunistycznym kryminalistom.
Czescy rozmówcy Buchara (a jest to grono blisko dziesięciu osób w taki czy inny sposób związanych z polityką) nie mają wątpliwości, że tzw. aksamitna rewolucja była w rzeczywistości komunistyczną prowokacją przygotowaną i przeprowadzoną przez czechosłowackich komunistów, nie bez silnego wsparcia ze strony towarzyszy sowieckich, ale także czechosłowackich opozycjonistów. W toku wywiadu padają oskarżenia pod adresem działaczy opozycyjnych, którzy w wyniku rewolucji zajęli prominentne stanowiska, pojawiają się przy tej okazji nazwiska najbardziej znane, takie jak Havel czy Klaus.
Przypadek tego ostatniego wydaje się szczególnie interesujący, choć materiały zebrane w jego sprawie mają zdecydowanie jednostronny charakter. W kontekście życiorysu i działalności Klausa, Buchar powołuje się bowiem na informacje Roberta Eringera, postaci niezwykle barwnej, w przeszłości pracownika kontrwywiadu FBI i autora powieści szpiegowskich, bywalca zarówno arystokratycznych jak i komunistycznych salonów, twórcy i szefa wywiadu Księstwa Monako oraz członka honorowego… Stowarzyszenia Weteranów Wywiadu KGB. Właśnie od Eringera, legitymującego się dokumentem tej ostatniej organizacji, dowiadujemy się rzeczy niezwykłych.
Klaus jako 21-letni student Uniwersytetu Ekonomicznego w Pradze, w 1962 roku, został – wedle relacji Eringera – zwerbowany przez oficerów czeskiego kontrwywiadu i zatrudniony, pod pseudonimem „Vodiczka” jako szpieg przeciwko demokratycznym reformatorom, z którymi studiował, a następnie pracował. W związku ze swoją działalnością Klaus otrzymał dwukrotnie zgodę na podróże zagraniczne w celach naukowych, do Włoch i do USA. W 1970 roku Klaus miał odegrać główną rolę w „operacji Rattrap”, zainscenizowanej przez czeski kontrwywiad przy udziale doradców z KGB. W ramach tej operacji został publiczne uznany za „element antysocjalistyczny” i usunięty z Instytutu Ekonomicznego. Celem operacji było przedstawienie Klausa jako „ofiary” reżimu, dzięki czemu mógł skuteczniej penetrować środowiska dysydenckie. Już wkrótce Klaus zdołał nawiązać osobiste stosunki z – jak go określa Eringer – przywódcą podziemia, Vaclavem Havlem. W 1987 roku został oficjalnie „zrehabilitowany”, dzięki czemu mógł rozpocząć pracę w Instytucie Prognoz Gospodarczych Akademii Nauk, w „gnieździe rewolucji”, jak – zdaniem Eringera – oceniały Instytut służby komunistycznego kontrwywiadu. W 1999 roku, w kilkanaście miesięcy po ustąpieniu ze stanowiska premiera (w związku z głośną aferą korupcyjną), Klaus, który wcześniej miał postarać się o usunięcie obciążających go materiałów z archiwum służby bezpieczeństwa, nawiązał kontakt z praskim rezydentem SVR (spadkobierczyni KGB). Czy Klaus został ponownie zwerbowany przez sowieckie służby, czy też nie, nie jest do końca jasne według relacji Eringera. Moskiewscy informatorzy wspomnieli jedynie o podjęciu stosownych działań przygotowawczych i o nadaniu Klausowi nowego kryptonimu – „Kolesnikow”. Eringer wskazuje jedynie na bliskie stosunki oraz pewnego rodzaju polityczną zażyłość, łączącą Klausa z Putinem. To – zdaniem Eringera – jednoznacznie dowodzi współpracy Klausa z jego dawnymi mocodawcami.
A zatem, tak wypadałoby przynajmniej sądzić z ostatniego fragmentu tej relacji, Eringer jest ostatecznie skazany na domysły. Jego moskiewscy kamraci, z którymi pewnie przebiesiadował wiele długich wieczorów przy wódce i kawiorze, okazali się dziwnie wstrzemięźliwi. Czyżby i im Eringer wydał się nie całkiem godzien zaufania? A może w tym punkcie po prostu urywa się ich wiedza? Eringer z właściwą sobie pogodą ducha jest zapewne święcie przekonany, że podczas żmudnej i wyczerpującej pracy operacyjnej, w stanie najgłębszego alkoholowego upojenia, zdołał wydobyć od swoich bolszewickich kompanów skrzętnie skrywane informacje. Nam myśleć podobnie się nie godzi, jakkolwiek mocną głową dysponuje ten agent.
Nasuwa się więc jedno zasadnicze pytanie: jaki był cel bolszewickiego przecieku, z Eringerem jako medium w roli głównej? Czy chodziło o polityczną kompromitację czeskiego prezydenta oraz przyjaciela Putina w jednej osobie? Czy też może był to rodzaj ostrzeżenia pod adresem Klausa i wszystkich tych, którym teraz lub w przyszłości przyszłoby do głowy odstępstwo od elementarnych przepisów politycznej dyrektywy? Obawiam się, że spekulacje na ten temat można snuć bez końca. Być może jest to po prostu rodzaj gorzkiej pigułki, zadysponowanej do przełknięcia dla zachodniej części zbolszewiczałej europejskiej unii (artykuł Eringera ukazał się na moment przed przejęciem przez Klausa unijnego przewodnictwa w styczniu 2009 roku), która nie powinna zapominać kto rządzi i rządzić będzie w bolszewickiej Europie? Być może zupełnie czym innym, czego nawet – z braku wiedzy – nie możemy się domyślać. Na pewno – pokazem bolszewickiej siły (choć motywy tego pokazu pozostają nie całkiem jasne), chyba że, co wydaje się zdecydowanie najmniej prawdopodobne, Robert Eringer po prostu całą tę historię zmyślił.
W toku czeskiej debaty nad przyczynami i przebiegiem aksamitnej rewolucji dochodzimy do kolejnej relacji, której wiarygodność wydaje się niemożliwa do podważenia – wypowiedzi Ludvika Zifcaka, nie tylko uczestnika listopadowych wydarzeń, ale także bezpośredniego wykonawcy komunistycznej prowokacji.
Zifcak, który co ciekawe po dziś dzień pozostał komunistycznym aktywistą (od 2001 jest przewodniczącym komunistycznej partii Czech), w 1989 roku był funkcjonariuszem czechosłowackiej służby bezpieczeństwa, pracującym pod kryptonimem Milan Ruzicka. Jako Ruzicka był nie tylko założycielem Niezależnego Porozumienia Studentów, ale także liderem studenckiej manifestacji z listopada 1989, która doprowadziła do „wybuchu” aksamitnej rewolucji. To właśnie Zifcak vel Ruzicka odegrał rolę „zmarłego studenta”, Martina Smida, rzekomo „zabitego” w wyniku brutalnego ataku policji. Czytanie jego wypowiedzi daje rzadką możliwość bezpośredniego poznania prowokacji nie od strony ofiary, ale prowokatora:
…Przygotowana była cała historia, przygotowana z wyprzedzeniem. Ta historia musiała być wiarygodna. Nie możesz po prostu wysłać wiadomości, że ktoś umarł. Potrzebujesz jakiejś podstawy. Sytuacja została spreparowana w taki sposób, że ja sam wraz z ludźmi pracującymi ze mną na Alei Narodowej byliśmy otoczeni przez licznych aktywistów Karty 77, którzy mieli być świadkami całej akcji. Cała historia musiała mieć podstawy „w rzeczywistości”. Musiała być wiarygodna.[…] Miała miejsce konfrontacja, fizyczny kontakt z oddziałami policji i ciało człowieka, leżące na ziemi. Inne rzeczy, które działy się dookoła, uwiarygadniały całą bajeczkę. Ciało zostało przewiezione do szpitala. […] Dzisiaj jestem prawdopodobnie jedynym żyjącym na Ziemi człowiekiem, który ma swój własny grób, do którego każdego listopada przychodzą ludzi, aby uczcić moją „śmierć”.
Zifcak, który pomimo swojego udziału w prowokacji, wyraża przekonanie że władza wymknęła się z komunistycznych rąk, nie pozostawia złudzeń, jeśli idzie o przebieg listopadowych wydarzeń: w tym czasie – mówi Zifcak – nie było warunków do przeprowadzenia rewolucji… […] zaledwie 12% społeczeństwa chciało radykalnych zmian… chcieli jedynie jakichś zmian kosmetycznych.
Podobnie jak w przypadku przecieku Eringera, także przypadek Zifcaka nasuwa szereg wątpliwości. Przede wszystkim skąd u doświadczonego oficera służby bezpieczeństwa (który dodatkowo musiał cieszyć się szczególnym zaufaniem przełożonych) taki przejaw beztroski i braku odpowiedzialności, aby AD 1990 opowiadać równie niestworzone historie (Zifcak ujawnił kulisy prowokacji w zaledwie kilka miesięcy od rzekomo dramatycznych wydarzeń, pełniąc wciąż obowiązki oficera czechosłowackiej służby bezpieczeństwa)? Czy to możliwe, że działał na własną rękę? Czy skończyłoby się wówczas tylko na czasowej izolacji (na podstawie sfabrykowanych zarzutów, kilka miesięcy przesiedział w areszcie)? Jeśli nie, jeśli zachowanie Zifcaka wiosną 1990 nie miało charakteru osobistego wybryku, wypada zadać kolejne pytanie – w jakim celu sprokurowano ten przeciek (który nawiasem, nie trafił bodaj wówczas do powszechnej świadomości)? Czyżby sytuacja w Czechosłowacji wiosną roku 1990 była aż tak poważna, a całość prowokacji wisiała na przysłowiowym włosku? Wypowiedzi pozostałych uczestników Bucharowskiego wywiadu nie dają podstaw do takiego przypuszczenia. Wydaje się raczej, że cały proces przebudowy przebiegał nadzwyczaj gładko.
Przykład Zifcaka i jego prowokatorskiej działalności przede wszystkim zdumiewa. Zdumiewa minimalizm środków, jaki postanowiono zastosować w przypadku czechosłowackiej ulicy. Zifcak organizował studencką opozycję, Zifcak organizował manifestacje, wreszcie osobiście padał na praskim bruku w charakterze trupa. Taki obraz „wydarzeń” uzasadnia przynajmniej dwa wnioski: pierwszy na temat nonszalancji komunistycznej władzy, która jak się zdaje ani dbała o nastroje czy też poczynania sprowokowanego tłumu; oraz drugi mówiący o tym, że faktyczne epicentrum rzekomych przemian znajdowało się nie na ulicy, a w zaciszu gabinetów, a ich bohaterami nie byli anonimowi przywódcy rewolty, ale dobrze przygotowywani do swojej roli, wypróbowani polityczni partnerzy.
Przebieg czechosłowackiej aksamitnej rewolucji, która z jakichś powodów uchodziła przez lata za rzadki przykład udanej antykomunistycznej rewolty, stanowi kolejny dowód na to, że w wydarzeniach z lat 1989-1991 nie było nic spontanicznego i, co więcej, że ta niezwykła, przerażająca swoim ogromem operacja sterowanego upadku komunizmu nigdy nie wymknęła się spod kontroli planistów.
———————————————–