Nareszcie ciekawa książka o Józefie Mackiewiczu
Niestety większość publikacji o Mackiewiczu nie stoi na należytym poziomie. Można je podzielić na kilka zasadniczych grup: pierwsza to flaki z olejem czyli powielanie w kółko tych samych pustych sloganów w rodzaju „tylko prawda jest ciekawa”. Pozycje takie zazwyczaj, choć niekoniecznie, stawiają Mackiewicza na piedestale, a ściślej, umieszczają go w kapliczce; w kapliczce, w której wielbi się to, co polskie, stawiając go obok Marszałka Piłsudskiego czy Kardynała Wyszyńskiego. Kłopot w tym, że Mackiewicz tę zmurszałą kapliczkę rozsadza od wewnątrz.
Druga grupa wypowiedzi to duby smalone. Tu też mamy do czynienia z bezmyślnym powielaniem wytartych formułek, ale o ile Mackiewicz rzeczywiście wypowiedział słowa „tylko prawda jest ciekawa”, to w tej grupie mamy głosy zarzucające mu np. antyrosyjskość albo prorosyjskość, antyniemieckość albo proniemieckość, notoryczny kolaboracjonizm z wszystkimi mocarstwami zła (czytaj: z Litwą, z Niemcami, z „Rosją” itp.) oraz „kontrowersyjność”. Przyklejenie mu tej ostatniej, zupełnie morderczej etykietki nie jest przypadkowe, ma bowiem wyłączyć go poza nawias, poza możliwość dialogu z ludźmi kulturalnymi.
Trzecia grupa, to owijanie w bawełnę. Tu autorzy postępują wedle recepty „wielki pisarz, ale marny polityk”, a także, „jaka szkoda, że nie trzymał się opisów przyrody”. Tutaj zaliczyć należy choćby Miłosza z jego skandalicznym dictum, że „płacił fantazjowaniem czy nawet wariactwem za stałość poglądów”. Miłosz rzecz jasna nie mógł pojąć czegoś tak prostackiego jako stałość poglądów, ale też nie o Miłoszu nam pisać w Podziemiu. Mackiewicz oczywiście politykiem nie był, ale mówił o polityce i mówił o niej rzeczy ważne, nie można więc, bez popadania w fałsz, wyłączyć jego stanowiska politycznego z dyskusji jego pisarstwa.
Czwarta wreszcie, to pieprzenie w bambus czyli obracanie na wszystkie strony tzw. „sprawy Mackiewicza”, która w rzeczywistości nie istnieje. Wariantem pieprzenia w bambus jest zajmowanie się „drugą sprawą Mackiewicza” czyli oskarżanie jedynego prawowitego wydawcy jego dzieł o nie wydawanie jego dzieł. W te bambusy celują zwłaszcza tajni (choć czasami ujawnieni) współpracownicy ubecji.
Ale oto pojawiła się jakiś czas temu zajmująca książka, której sam tytuł już pokazuje rzadkie zrozumienie podstawowych tez Mackiewicza. [1] „Lewa wolna”, czyli wróg tylko na prawicy, jako postawa współczesnego świata wobec postępów komunizmu; postępów, o których nie wolno głośno mówić, co jest znakiem sprzysiężenia „ekspansji destrukcyjnej”. I jedno, i drugie jest w zarysie profesora Goćkowskiego sprzeniewierzeniem się wymogom wartości i zaprzeczeniem powołania intelektualisty. Skoro identyfikujemy komunizm jako wroga ludzkości, to powinnością walczących jest trzymanie się prawdy, a dialog z wrogami prawdy jest drogą donikąd. W takim razie „fundamentalizm (rozsądnie praktykowany) jest po prostu realizmem.”
Autor tak podsumowuje kluczowy dla Mackiewicza opis tego, z czym mamy do czynienia czyli komunizmu:
„1. Komuniści nie zawierają z nikim umów w rozumieniu prawa rzymskiego.
2. Komuniści wielekroć powtarzają komedie samokrytyki i samonaprawy.
3. Komuniści nie uznają żadnych wartości samoistnych poza swoją partokracją i przemianą ‘starego świata’ w rzeczywistość utopii innego świata.
4. Komuniści posuwają się naprzód i cofają się, ale te manewry taktyczne nie zmieniają ich strategii – ta jest stała.
5. Komuniści starają się (…) dzielić innych na ‘rozsądnie układających’ i ‘nierozsądnie wrogich’, a siebie przedstawić jako podzielonych na ‘realistów’ i ‘fanatyków’.
6. Komuniści odwołują się do wszelakich sentymentów i resentymentów. Starają się zwłaszcza eksploatować egoizm narodowy, animozje narodowe, etnocentryzm i ksenofobie oraz stereotypy i toposy negatywne, gdyż sprzyjają one podziałom poważnie utrudniającym zjednoczenie sił kontrrewolucyjnych w grze o ład społeczny normalności w skali globalnej czy w skali jednego z obszarów obecności wielu nacji uczestniczących w sporach między sobą.
7. Komuniści zawsze i wszędzie mogą liczyć na pomoc tych, którzy paktują/kolaborują z nimi, powodowani: a) chęcią spokojnego i wygodnego życia; b) obawą przed długą i bezwzględną wojną sił kontrrewolucji z siłami rewolucji, w której nie można uchylić się od wyboru jednej ze stron; c) skłonnością do przekonywania samych siebie, że komuniści zmieniają się na lepsze lub, że w komunizmie są liczne treści pozytywne, a zatem nie można go potępiać i odrzucać w całości; d) bliskością intelektualną i moralną, wywodzącą się z uzasadnianej frazeologią ‘oświecenia’ i ‘postępu’ wrogości wobec tradycyjnego porządku życia międzyludzkiego (są to zwłaszcza wojujący ateiści i goszyści, rzecznicy ‘tolerancji bez granic’ w sprawach moralności i obyczajów, głosiciele relatywizmu poznawczego oraz kwestionujący sens trwałych/niewzruszonych zasad i przykazań w życiu międzyludzkim) (…)
8. Komuniści zawsze mogą liczyć na to, że wielu kapitalistów, motywowanych kalkulacją zysku na robieniu interesów z uczniami Marksa i Lenina, gotowych jest pomagać przetrwać albo umacniać siły czynnikom najpoważniejszej ekspansji destrukcyjnej – gotowych jest ‘sprzedać komunistom sznur, na którym zostaną przez komunistów powieszeni’.”
Jest to nadzwyczaj trafna systematyka poglądów Mackiewicza na komunizm i żywotne dla jego przetrwania poputniczestwo. Jak można, biorąc to wszystko pod uwagę, pomylić prl bis z wolną Polską, to przechodzi moje skromne możliwości pojmowania. Jak można było nazywać się antykomunistą, zasiadając z komunistami do stołu w Magdalence? A tak uczynił przecie nie tylko towarzysz Bolek, ale także śp. Lech Kaczyński.
Fundamentalista, jak np. Józef Mackiewicz, godzi antropologiczny pesymizm (krytykę otaczającej rzeczywistości i ludzkiej natury) z apokaliptycznym optymizmem, że „prawda zwycięży”. Co ważniejsze, podporządkowuje zawsze i wszędzie strategię i taktykę, centralnej dla jego życia „idei nadwartościowej”. Wedle Goćkowskiego, Mackiewicz łączy światopogląd fundamentalisty ze stylem obecności w życiu kulturalnym charakterystycznym dla „kota kiplingowskiego” [2], którego cechuje nieposłuszeństwo w myśleniu czyli wolne posługiwanie się samowładnym rozumem. „Kot kiplingowski” nie jest „czyimś człowiekiem”, nie interesuje go opinia publiczna, głos narodu, orzeczenia władzy, nie jest wyznawcą ani bojownikiem doktryny, nie zwraca uwagi na to, co mówi większość, ani (tym bardziej!) kręgi elit. Jego droga jest drogą samotności i jest to świadomy wybór. Ale Józef Mackiewicz jest wyjątkowym kotem-fundamentalistą, bo jest także kontrrewolucjonistą. Z pewnego punktu widzenia, większość kontrrewolucjonistów przypomina mentalnie rewolucjonistów, ale ci ostatni nie mogą być nigdy samotnymi kotami Kiplinga, bo oddają ochoczo swą osobowość na służbę rewolucji dla utopii. Ludzie osobni zdarzają się rzadko także wśród kontrrewolucjonistów. Niestety. Jakże często brak w obozie kontrrewolucji jednej z trzech podstawowych cech koniecznych dla kontry: niezależności myśli, krytycyzmu integralnego i stałości w respektowaniu zasad, a przecież najważniejszym obowiązkiem intelektualisty opcji kontrrewolucyjnej jest krytyczna analiza i interpretacja myśli i czynów po obu stronach linii frontu, „ze szczególnym uwzględnieniem wad i niedostatków strony własnej”. Takie postępowanie nie przysporzy kontrrewolucjoniście przyjaciół; wręcz odwrotnie, uczyni go raczej przedmiotem napaści za to, że „atakuje” swą własną stronę, miast budować i podtrzymywać jedność, rzekomo niezbędną dla osiągnięcia zwycięstwa. Fundamentalista z gatunku Mackiewiczowskiego wie doskonale, że za taką jedność płaci się własną tożsamością, jako człowieka osobnego. Już samo domaganie się jedności jest wstępną „obróbką uniformizacji”, zmierzającą wprost do „uformowania ‘słusznego’ człowieka masowego”. Goćkowski słusznie zauważa, że to samo niebezpieczeństwo zagraża człowiekowi osobnemu zarówno ze strony totalitaryzmu, jak i masowej demokracji pluralistycznej. I jedno, i drugie otoczenie jest zdecydowanie wrogie tym, co chadzają swoimi drogami.
Jest to nie tylko trafny opis sytuacji Józefa Mackiewicza, jest to także wywód ze wszech miar słuszny wobec sytuacji współczesnego człowieka. Mam atoli wrażenie, że chadzanie własnymi drogami jest czymś o wiele więcej niż cechą kota kiplingowskiego. Czyż nie jest po prostu warunkiem koniecznym każdej wartościowej twórczości? Jak można tworzyć (w każdym razie cokolwiek innego niż produkcyjniaki na zamówienie), nie uwolniwszy się uprzednio od wymogów i nacisków? Osobność, niezależność sądu, niezawisłość sumienia, czyż nie są w ogóle kręgosłupem intelektualisty? Czy jako wolni ludzie nie zostaliśmy powołani do bycia osobno? Stworzeni na obraz i podobieństwo Boże, oddajemy naszą niezależność na służbę narodom, partiom, grupom, elitom? Zamiast odważnie bronić najwyższego osądu indywidualnego sumienia, godzimy się dobrowolnie na udział w jakimkolwiek „my”? Dlaczego? Wydawałoby się, że nikt przy zdrowych zmysłach nie zechce rezygnować z tego co najważniejsze, na rzecz tego co nieważne, nie zechce ulegać kolektywnej myśli i prawu mimikry; tak mogłoby się wydawać mnie, ale tak oczywiście nie jest. A przecież wspólnota owego „my” czerpie zazwyczaj najwyższe korzyści z indywidualizmu człowieka osobnego. To indywidualista wyrwał płonącą żagiew z pożaru i rozpoczął pierwsze ognisko, gdy wspólnota wiała, gdzie pieprz rośnie ze strachu przed ogniem. To dzięki człowiekowi osobnemu ludzkość wyszła z jaskini, na przekór wspólnocie, która w jaskini czuła się bezpieczniej. Dzięki temu upartemu indywidualiście, który zbudował pierwszą tratwę, by zobaczyć, co kryje się za horyzontem, ludzkość wypłynęła na szerokie wody. Może dlatego właśnie kolektywne „my” aż tak bardzo nienawidzi suwerennego „ja”, że aż tyle mu zawdzięcza? Nie przypadkiem demokratyczna zgraja zabiła Sokratesa. Nie przez zbieg okoliczności, wrzaskliwa hałastra, żądająca jednym głosem wydania Barabasza, była pierwszym demokratycznym sądem ery chrześcijańskiej.
Ale to pewnie tylko moja ułomność, że nie potrafię dostrzec rozkoszy w oddaniu się wspólnocie, nie raduje mnie pomysł rozlania się w „my”, nie znajduję satysfakcji w maszerowaniu równym krokiem i wygrażaniu pięściami nieszczęśnikom, których akurat wskaże kolektywna mądrość. Na domiar złego mam jeszcze jedno poważne zastrzeżenie do wykładu Goćkowskiego, bo strasznie nie lubię kotów.
Profesor Goćkowski jest w pierwszym rzędzie systematykiem. Na przykład w rozdziale pt. „Jak walczyć z zarazą? Porady dla epidemiologów” (ss. 170-176) podsumowuje w 15 punktach Mackiewiczowskie „propozycje profilaktyki i terapii”. Nie sposób tego tu przytaczać w całości, ale owych 15 punktów powinno stanowić lekturę obowiązkową dla tych pseudo-interpretatorów, którzy sądzą, że Mackiewicz poparłby okrągłostołowe machinacje i uznał prl bis za Wolną Polskę. Pozwolę sobie tylko przytoczyć w skróconej wersji punkty 7 i 8:
„7. Nie wolno zawierać z komunistami żadnych paktów – czynić ich stroną w porozumieniach dotyczących uładzenia życia międzyludzkiego (…)
8. Nie wolno pojmować i traktować komunistów jako partnerów dyskusji światopoglądowej, a komunizmu jako jednego z normalnych światopoglądów, które mają prawo obecności na rynku idei społeczeństwa pluralizmu i polifonii.”
Tak. To jest ścisłe i rzeczowe podsumowanie poglądów Józefa Mackiewicza. Równie obszernie mógłbym cytować z rozdziału pt. ”Symptomatyka i etiologia zarazy”, gdzie znaleźć możemy listę 19 objawów zarażenia oraz 16 sposobów zarażenia. Wśród tych ostatnich znajdujemy na przykład interesującą definicję prowokacji:
„Prowokacja, czyli skłanianie podstępem do działań korzystnych de facto dla komunistycznej ekspansji destrukcyjnej, a niekorzystnych de facto dla interesów i aspiracji sił wolnego świata. Jest to również wciąganie sprowokowanych do współdziałania z prowokującymi, gdyż ujawnienie faktu prowokacji kompromituje tych, którzy dali się sprowokować i stali się pomocnikami swoich rzeczywistych wrogów.”
Goćkowski kończy swoją książkę podaniem 11 kwestii, które należałoby rozważyć w rozmowie, tj. w prawdziwej i poważnej dyskusji ludzi wolnych i samodzielnie myślących. Wiele z kwestii przez niego postawionych podejmowaliśmy już na stronie Wydawnictwa Podziemnego. Wypada wyrazić nadzieję, że profesor Goćkowski także zabierze głos w tej materii.
Muszę wyrazić na koniec pewne drobne zastrzeżenie pod adresem książki Goćkowskiego. W rozdziale pt. „W świecie rozpadu wartości” autor obszernie przytacza z pism Barbary Toporskiej, którą, jak twierdzi, „zasadnie należy pojmować i traktować jako autorkę dopełniającą swymi poglądami i twierdzeniami to, co pisze Józef Mackiewicz.” Nie mam oczywiście nic przeciw cytowaniu Toporskiej, bo była przenikliwą obserwatorką i wyśmienitą stylistką, osobą wolną i suwerennie myślącą. Wydaje mi się jednak, że redukcja tak interesującego pisarstwa do roli „dopełniającej” twierdzenia jej męża, nie przystaje ani do wagi i znaczenia Barbary Toporskiej, ani do poziomu znakomitej książki Goćkowskiego.
Książkę tę czyta się trudno, ale po to Pan Bóg dał nam rozum, żebyśmy go używali, toteż lektura „Lewej wolnej czyli Nie trzeba głośno mówić” wynagrodzić może uważnego czytelnika. Mnie na przykład wynagrodziła cytatami z Mackiewicza, które znałem doskonale, ale tym razem ujrzałem je w innym świetle. Wynagrodzony zostałem odświeżeniem mego rozumienia tego wielkiego pisarza i jestem za to profesorowi Goćkowskiemu szczerze wdzięczny.
___________
- Janusz Goćkowski, „Lewa wolna czyli Nie trzeba głośno mówić. Światopogląd kontrrewolucjonisty”, Akademia Humanistyczna im. A Gieysztora, Pułtusk 2008
- „Kot, który chodził własnymi drogami” z opowiadania Rudyarda Kiplinga jest, o dziwo, także jednym z możliwych źródeł najważniejszego pseudonimu Stanisława Cata Mackiewicza.