O zdrowym sceptycyzmie i obsesyjnym węszeniu spisków
Niejaki Czesław Miłosz, napisał kiedyś o Józefie Mackiewiczu:
Nie sposób traktować poważnie wszystkiego, co pisał Mackiewicz-antykomunista. Niektóre jego artykuły są wręcz obsesyjne i graniczące z paranoją, według znanego wzoru wietrzenia wszędzie agentur, nawet w Watykanie. Toteż układając wybór jego pism publicystycznych, należałoby pamiętać, że płacił fantazjowaniem czy nawet wariactwem za stałość swoich poglądów. [1]
Każdy człon tej wypowiedzi jest niesłuszny, ale też czego innego spodziewać się od apologety prlu? Nie zamierzam wcale polemizować z tymi słowami, dość powiedzieć, że Miłosz płacił tego rodzaju bełkotem za brak jakichkolwiek poglądów, więc z czym tu niby polemizować? Interesuje mnie w tym wyłącznie oskarżenie, rzucane z wielu stron, jakoby Mackiewicz „wszędzie wietrzył spiski”. W rzeczywistości bowiem, Mackiewicz obserwował, porównywał, stawiał pytania i próbował na nie odpowiadać. Czyż nie taki jest obowiązek intelektualisty? Być może nie obowiązek Miłoszów świata tego – ci raczej wietrzą, skąd wiatr wieje i jak się najwygodniej ustawić – ale prawdziwych intelektualistów, tych co zrozumienie otaczającego ich świata poczytują sobie za chwalebną powinność. Zgodnie z tym powołaniem, Mackiewicz obserwował. Obserwował na przykład, jak wolni ludzie działają na korzyść największego wroga wolności. Porównywał, dla przykładu, chwałę otaczającą bolszewickich zbrodniarzy z hańbą nazistów. Zadawał pytanie: dlaczego tak się dzieje? Po czym stawiał hipotezę: może to zaraza jakaś?
Dobrym przykładem jego metody dociekania jest wieloletnie borykanie się z dziwnym przypadkiem Aleksandra Sołżenicyna. Mackiewicz początkowo uważał jego twórczość za odpowiedź na zamówienie partyjne. Z czasem zaostrzył swoją ocenę, twierdząc, że wydanie takiej książki jak Jeden dzień w życiu Iwana Denisowicza implikuje propagandową nieprawdę, bo skoro o łagrach można już mówić, to należą do przeszłości, zatem wbrew swym intencjom autor służył komunistycznej propagandzie. Odtąd jednak pobłażliwość wobec Sołżenicyna rosła wprost proporcjonalnie do radykalizacji antysowieckiej wymowy jego pisarstwa. Krąg pierwszy pozostawiał zdaniem Mackiewicza „wstrząsające wrażenie całości obrazu: strasznej, perfidnej, ponurej, załganej i beznadziejnej sowieckości…” Toteż przyznawał się do bezradności wobec tej zagadki. Przytaczał różne hipotezy, m.in. słynną teorię Mikołaja Uljanowa, że Sołżenicyn nie istnieje, ale odrzucił je wszystkie. Archipelag GUŁag jeszcze bardziej skomplikował sprawę, będąc wedle Mackiewicza „celnie wymierzonym, sumarycznym uderzeniem w zęby bolszewizmu, sowietyzmu, komunizmu, socjalizmu w ogóle.” Jaki interes mogła mieć Moskwa w tym dziwnym popustitielswie? Sołżenicyn, nagrodzony nagrodą Nobla, zostaje „ukarany” banicją i dopiero jego wystąpienia na Zachodzie zwracają uwagę na moment mniej widoczny w jego książkach.
Wystąpił najbardziej głośny dziś autor na świecie, nie książki prosowieckiej, lecz odwrotnie: ‘Archipelagu GUŁag’, i powiada: nie ruszajcie Związku Sowieckiego, nie obalajcie istniejącego tam ustroju ani wewnętrzną kontrrewolucją, ani zewnętrzną siłą militarną. Nie ruszać. Dajcie mu Pokój (spokój). I czekajcie aż dokona się tam `moralna rewolucja’ i nastąpi `etyczne odrodzenie’. To mówię wam ja, nie z trybuny propagandowej, lecz zza drutów kolczastych GUŁagu! [2]
Mackiewicz postawił więc hipotezę, że Sołżenicyn nieświadomie stał się ważnym trybem w sowieckiej prowokacji:
…im bardziej przekonywające jest antykomunistyczne stanowisko kaznodziei, tym skuteczniejszy jest cel końcowy propagowanego wezwania: ‘pod żadnym pozorem nie walczyć z komunizmem z bronią w ręku’. [3]
I z miejsca posypały się oskarżenia o obsesję i niepoczytalność. Warto zwrócić uwagę, że Mackiewicz wskazywał tylko, w jaki sposób autentyczny antykomunista w rodzaju Sołżenicyna może być wprzęgnięty do rydwanu sowieckiej prowokacji. Mackiewicz nie zakładał z miejsca spisku, ale próbował znaleźć odpowiedź na dręczące go pytania, ale kiedy dochodził do przekonania, że miał do czynienia ze spiskiem, to nie wahał się go obnażać. Nie inaczej postąpił w 1943 roku na miejscu zbrodni w Katyniu. Zaproszony do Katynia wykorzystał czas oczekiwania na rozmowy z kryminologami, toteż w pierwszym rzędzie zadał niewygodne dla Niemców pytanie o pochodzenie łusek pistoletowych. Łuski były niemieckie, co wprawiło w panikę maszynę propagandową Goebbelsa, więc usiłowała ten fakt ukryć. Interesuje mnie tutaj wyłącznie podejście Mackiewicza, które sprowadzić można do zasady, że zdrowy sceptycyzm może nas tylko przybliżyć do prawdy.
Zmierzam rzecz jasna do katastrofy lotniczej pod Smoleńskiem.
Nie dziwi mnie ilość spiskowych hipotez, nie szokują mnie oskarżenia pod adresem sowieciarzy o „kolejny masowy mord Polaków”, nie widzę tylko rzeczowych dowodów na potwierdzenie tych podejrzeń. Czy sowieciarze byliby w stanie przeprowadzić taki zamach? Bez wątpienia tak. Mają zarówno możliwości techniczne, jak polityczną gotowość do takich przedsięwzięć. Ludzie Putina gotowi byli wysadzać w powietrze własnych obywateli, po ty tylko by umocnić jego władzę, dlaczego mieliby się wahać przed zamordowaniem 96 obcych obywateli? Ale z tego, że ktoś jest w stanie czegoś dokonać, nie wynika jeszcze, że tego dokonał. Zdarzały się w historii wypadki mniej prawdopodobne niż katastrofa lotnicza we mgle.
Wyznaję, że nie przestudiowałem całej gigantycznej literatury, dowodzącej czegoś wręcz przeciwnego. Literatura ta wydaje mi się należeć głównie do gatunku fikcji. Co rzekłszy, jest bez wątpienia prawdą, że wiele jest otwartych pytań, zarówno co do przyczyn i przebiegu katastrofy, jak i wobec wydarzeń natychmiast po wypadku. W większości cywilizowanych państw na świecie, gospodarze byliby żywotnie zainteresowani w jak najszybszym rozwianiu takich podejrzeń, ale sowiety w ogóle nie są państwem, i z pewnością nie są cywilizowane, toteż zdają się robić wszystko co w ich mocy, by rozdmuchać podejrzenia. Jest możliwe, że wypłyną jakieś dowody na udział sowieckich służb specjalnych w katastrofie, ale zważywszy całkowity monopol sowiecki na informację w tej sprawie, byłbym skłonny podchodzić do takich dowodów szczególnie sceptycznie, ponieważ sowieciarze są mistrzami manipulacji i tym ważniejsze wydaje mi się dociekanie przyczyn ich zachowania w tej sytuacji.
Przyjrzyjmy się uważniej ich metodom. Jak zachowała się sowiecka propaganda wobec oskarżeń o zbrodnię katyńską? Zaprzeczała jej przez pół wieku, mąciła wodę i wysuwała kontr-oskarżenia (Józef Mackiewicz był także znawcą tej wieloletniej wojny propagandowej). Jak postąpił Putin wobec oskarżeń o zamachy bombowe, a zwłaszcza nieudany zamach w Riazaniu we wrześniu 1999 roku? Ci co zadawali niewygodne pytania zostali uciszeni, świadkowie zniknęli, dziennikarze i politycy zginęli w niewyjaśnionych okolicznościach, a akta „ćwiczeń riazańskich” utajniono na 75 lat.
A jak postępują sowieciarze w sprawie katastrofy smoleńskiej? W moim przekonaniu, robią wszystko, by podsycić powstawanie spiskowych teorii. Tylko w jakim celu? Cyrkulował ostatnio po polskiej blogosferze artykuł niejakiego Georgija Gordina, który tak widzi sprawę:
Wiadomo, że „śledztwo” katastrofy przebiega pod kierownictwem tych samych osób, które organizowały rozbicie się samolotu i posłały komandosów do „oczyszczenia terenu” z tych, którzy przeżyli. Wiadomo, jakie będą „wyniki śledztwa” przeprowadzonego przez osoby, których głównym zadaniem jest zatarcie śladów zbrodni. Gdy ci sami zabijają i ci sami prowadzą śledztwo, sprawcy zazwyczaj pozostają niewykryci. [4]
Mamy tu do czynienia z klasyczną metodą sowieckiej agit-prop: jako mniejszej przesłanki używa się tezy, której należałoby uprzednio dowieść; mamy więc „osoby które organizowały rozbicie samolotu” i „oczyszczanie terenu z tych, co przeżyli”, jako dowód, że śledztwo jest tylko na niby. Nie muszę dodawać, że „Gordin” jest pseudonimem, jest to więc ni mniej ni więcej tylko anonimowy artykuł. „Gordin” wygląda na odpowiednika „zakapturzonego świadka”, który wystąpił przed Komisją Katyńską amerykańskiego Kongresu, więc trzeba zachować sceptycyzm wobec takich „rewelacji”.
Mamy z jednej strony uzasadnione wątpliwości co do autentyczności wypadku, a z drugiej, brak jakichkolwiek wiarygodnych informacji ze strony sowieckiej. Z góry wiadomo, co wypełni tak utworzoną próżnię informacyjną, stąd podejrzenie, że taka spekulacja jest im na rękę. Ale w jakim celu mieliby sowieci podsycać i tak silne tendencje do doszukiwania się spisków? Co mogą na tym zyskać? Teorie spiskowe pojawiłyby się i tak, nawet gdyby dochodzenie przeprowadzono w najbardziej otwarty sposób, opublikowano z miejsca pełną zawartość czarnej skrzynki itp. Przede wszystkim łatwo przewidywalna była reakcja społeczna: powszechna żałoba i wyniesienie ś.p. Lecha Kaczyńskiego do rangi bohatera i męczennika, pomimo że był on uczestnikiem rozmów w Magdalence… Moje wstępne odczucie po katastrofie było takie, że fakt ten beznadziejnie zmąci – i tak już mętne – wody, w których kąpie się współczesna nam Polska. I tak też się stało. Nawet znakomita Jadwiga Chmielowska, która nie wahała się dotąd nazywać prlu bis po imieniu, uznała teraz, że niżej podpisany jest „kretem”. [5] Pani Jadwigo, ja przecież jestem w Podziemiu, co mi innego pozostaje, jak nie krecia robota? Atak na prl bis nie może być atakiem na Polskę, bo to zakrawa na absurd. „Państwo”, którego Lech Kaczyński był prezydentem, jest wyłącznie kontynuacją prlu, a zatem jeżeli sowieci zamordowali pasażerów prezydenckiego samolotu, to w jakim celu to uczynili? Być może odpowiedzi udzieli nam cytowany już „Gordin”.
Lech Kaczyński był względnie bezpieczny, dopóki Putin nie upatrzył sobie „polskiego Janukowycza” – ciężko myślącego „przyjaciela Rosji”, polskiego premiera Donalda Tuska. Był to zwrot, po którym czekistowską wierchuszkę Rosji zajmowało tylko jedno: jak przeczyścić drogę dla swojej marionetki lub komuś podobnemu z tegoż grona „przyjaciół Rosji”. (…)
I nikt z zadowolonych sobą mieszczan nie przypomni sobie prawdziwej twarzy Putina, gdy ten w porywie nieokiełznanego gniewu obiecał „powiesić za jaja” prezydenta Gruzji Micheila Saakaszwilego. Mówił to w obecności przywódców krajów zachodnich. Nikt nie przypomni sobie szczerego żalu Putina, że nie udało się do końca otruć Wiktora Juszczenki. Prezydenta Ukrainy – państwa, które, zgodnie z publiczną wypowiedzią Putina, „w ogóle nie istnieje”.
Zostawmy na uboczu tezę, że zabójstwo Kaczyńskiego miałoby utorować drogę Tuskowi, bo to zbyt już doprawdy absurdalne: Lech Kaczyński nie był faworytem w nadchodzących wyborach, a teraz jego brat jest. „Gordin” próbuje tu przemycić inną tezę, a mianowicie, że rewolucje 1989-91 – a także późniejsze rewolucje różowe, pomarańczowe czy seledynowe – były autentyczne; że w ich rezultacie powstała wolna Gruzja i wolna Ukraina, które są „wrogie” putinowskiej „Rosji”. Gdy w rzeczywistości są to twory podobne do prlu nr 2, ograniczone w swej politycznej podmiotowości na wzór sławetnego „układu” powstałego w Magdalence. Ś.p. Lech Kaczyński był tego „układu” krytykiem, ale także … sygnatariuszem, co może tłumaczyć, dlaczego nie próbował go zniszczyć. Kiedy Putin wypowiada się publicznie o Saakaszwilim czy Juszczence, to wie doskonale, jaki wpływ będą miały jego wypowiedzi: podkreśli mianowicie wrażenie ich niezależności. Jest to postępowanie według starych wzorów, nie inaczej Chruszczow budował mit niezależności Gomułki, nie inaczej Breżniew postępował wobec Ceausescu.
W dzisiejszych sowietach, które wszyscy upierają się nazywać „Rosją”, mamy do czynienia z tworem, gotowym przeprowadzić tego rodzaju zamach, ale tym bardziej przygotowanym do wykorzystania dla swoich celów nieszczęśliwego wypadku. Nie mam osobiście najmniejszego pojęcia, czy był to wypadek, czy zamach, ale biorę pod uwagę obie możliwości. Ważniejsza wydaje mi się analiza korzyści, jakie czerpać mogą z zaistniałej sytuacji sowieci, niezależnie czy był to zamach czy nie. Jest moim obowiązkiem wskazać, że wynoszenie sygnatariusza „układu” do roli narodowego świętego nie może im zbytnio szkodzić, tak samo, jak nie szkodziły im za bardzo antykomunistyczne wypowiedzi Sołżenicyna.
Nic innego, jak tylko sceptycyzm, nakazuje mi nie wierzyć w „upadek komunizmu”, nakazuje mi ostrożność wobec byłych aparatczyków w roli antykomunistów. Sceptycyzm jest stanowiskiem racjonalnym, jest koniecznym elementem w procesie falsyfikacji hipotez. Myślący człowiek musi być jak najbardziej sceptyczny wobec podsuwanych mu hipotez. Właśnie dzięki sceptycyzmowi, możemy twierdzić, że jest wystarczająco wiele wskazówek, iż Burza w Moskwie była szczegółowo, choć nieudolnie, zaplanowaną operacją kgb obliczoną na wywołanie wojny na Kaukazie i wyniesienie gebisty na stołek prezydencki. Ten sam sceptycyzm, który nakazuje nam być bardzo ostrożnym wobec pozornie antykomunistycznych postaw ludzi pokroju Juszczenki, każe mi być bardzo ostrożnym w ocenie katastrofy w Smoleńsku.
____________
-
Cz. Miłosz, Koniec Wielkiego Xięstwa, Kultura nr 5 (500), 1989
-
Przedziwne komplikacje szarady, Wiadomości nr 3 (1503), 1975
-
Apostoł i nieporozumienia, w: Droga Pani
-
W zabójstwie Kaczyńskiego widać styl Putina,
http://www.obnie.info/Joomla/index.php?option=com_
content&view=article&id=976:smolensk-gieorgij-gordin&catid=
128:analizy-po-wypadku&Itemid=77 -
http://swkatowice.mojeforum.net/temat-vt9217.html?postdays
=0&postorder=asc&start=0