Ten sam nacjonalizm
Jeff Nyquist nie jest typowym przedstawicielem amerykańskiej publicystyki. Nie tylko czytuje Golicyna, wietrzy za komunistycznym spiskiem na globalną skalę, ale jeszcze w dodatku wierzy, że wschodnioeuropejskie rewolucje z lat 1989-1991 były elementem długofalowej strategii, poczęły się z samych Chruszczowa i Mao. Dzięki takim poglądom Nyquist wydaje się wyrazisty, bezkompromisowy, interesujący i oryginalny na tyle, aby warto było czytać jego teksty i dyskutować z nim złożone sprawy tego świata. A jest doprawdy o czym, biorąc choćby pod uwagę przemianę, jaka dokonała się w myśleniu politycznym Jeffreya Nyquista.
Jako niemal niepodważalny aksjomat, Nyquist przyjął w ostatnim czasie, że zarówno Saakaszwili w Gruzji, jak i Juszczenko na Ukrainie, są źródłem nadziei dla wolnościowego zrywu w tej części Europy, a pojawienie się obu herosów na politycznej scenie dowodzi, że sowiecka długofalowa strategia przeżywa ostatnio wyjątkowo trudne chwile, i kto wie, czy w perspektywie ulotnego czasu nie okaże się efemerydą. To nowe, tryskające nadzieją, stanowisko amerykańskiego publicysty ma, jak się przy okazji dowiadujemy, przeciwważyć jego osobisty, Nyquistowski, wewnątrzamerykański oraz globalny pesymizm. Dwóch wyzwoleńców spod bolszewickiego jarzma ma stanowić ekwiwalent amerykańskiego upadku! Taki, nader zaskakujący wniosek, wydaje się wypływa bezpośrednio z jego dywagacji.
Czy rzeczywiście zaskakujący? Po początkowej konfuzji pora na zastanowienie. Czy istotnie odmiana, którą zaserwował sobie i nam, Jeff Nyquist, jest aż tak radykalna? Sięgnijmy, dla ilustracji, po jeden z ostatnich artykułów Nyquista, po „Kwestię gustu” i pierwszy w nim akapit. Nyquist pisze między innymi:
Państwa byłego Układu Warszawskiego przyłączyły się do NATO, podobnie jak trzy byłe sowieckie republiki. Jeśli Moskwie nie spodoba się polityczny rozwój wydarzeń w Europie Wschodniej, rosyjskie czołgi już nie będą mogły być wezwane w celu przeprowadzenia interwencji.
Czyżby zatem pierwszy wyłom w strukturze długofalowej sowieckiej strategii? Niekoniecznie! Autor sugeruje raczej coś poważniejszego. Pisze wyraźnie „… przyłączyły się do NATO.” Kto mianowicie? – „Państwa”!… Jakie „państwa”? – „Byłego Układu”. Pisze to wszystko Nyquist bez cienia ironii, aluzji, mrużenia oka, w jednej jedynej intencji przekazania suchego faktu. Cóż zatem mamy? Po pierwsze, w wyniku rozpadu sowieckiego imperium (fikcyjnego czy też prawdziwego?) pojawiły się „państwa” (mniemać wypada – suwerenne). Następnie „państwa” te w wolny i nieprzymuszony sposób opuściły Układ Warszawski. Po czym „przyłączyły się” do NATO (czyli, zakładać chyba wolno, odwróciły sojusze!). Cóż na to Moskwa? Moskwa okazuje się bezsilna, ba, nie może nawet wysłać czołgów… Ta bezradność ma dwa powody. Po pierwsze, „państwa” wyzwoliły się spod kurateli (znaczy, nie są bratnie); po drugie, same czołgi nawet okazują się być cudze – są rosyjskie!
Zapewne warto zapytać samego Jeffa Nyquista, jak rozumie „długofalową sowiecką strategię”, „rozpad sowieckiego imperium”, „upadek komunizmu” – warto, ponieważ zachodzi niejakie podejrzenie, że interpretuje te prowokacyjne terminy w sposób mniej lub bardziej dosłowny, uznając, być może, że „strukturalne zmiany”, które dokonały się w obrębie sowieckiego bloku, miały charakter realny, czyli że, w przełożeniu na język konkretu, peerel stał się Polską, ludowe węgry Węgrami, ba – nawet ukraińska socjalistyczna republika – Ukrainą.
Zatrzymajmy się w tym miejscu na moment i przypomnijmy sobie słowa czołowych bolszewików pierestrojki, którzy, jak słusznie stwierdza Nyquist w którymś miejscu, niekiedy przemawiają do nas otwartym tekstem. Posłuchajmy zatem, co miał do powiedzenia Borys Jelcyn na XXVIII Zjeździe KPZS w lipcu 1990 roku:
Aparat partyjny zdecyduje o fundamentalnej restrukturyzacji Partii. W państwie demokratycznym zmiana w kierunku systemu wielopartyjnego jest nieunikniona. Różne partie polityczne będą stopniowo tworzone w naszym kraju. W tym samym czasie fundamentalna odnowa KPZS jest nieunikniona. Po pierwsze, należy przeprowadzić organizacyjną kodyfikację wszystkich platform, które istnieją w ramach KPZS i dać każdemu komuniście czas dla politycznego samookreślenia. Myślę, że większość wybierze skrzydło demokratyczne. Należy zmienić nazwę. Powinna to być partia demokratycznego socjalizmu. Partia powinna się pozbawić wszystkich państwowych funkcji. Powstanie partia typu parlamentarnego. Jedynie taka może być partią kierowniczą i wygrać wybory dla tej czy innej frakcji.
Wypowiedź Jelcyna została poparta przez samego wodza pierestrojki, Gorbaczowa, który w precyzyjny sposób ujął zagadnienie „strukturalnych zmian”:
Potwierdzamy determinację KPZS, aby wzmocnić jej awangardową rolę w społeczeństwie i osiągnąć jeszcze większy postęp na drodze do rewolucyjnej restrukturyzacji.
W partii musi się dokonać proces restrukturyzacji, aby mogła wzmocnić swoją rolę partii awangardowej. Musimy ustanowić w Partii rządy mas w oparciu o demokrację, równość, otwartość, głasnost i krytycyzm. […] Uczynimy wszystko, żeby partie komunistyczne w poszczególnych republikach osiągnęły swój niezależny status tak szybko, jak to możliwe, status, który będzie prowadził nie do podziału komunistów i narodów, ale do nowej międzynarodowej jedności KPZS w oparciu o wspólne ideologiczne podstawy.
Z pozoru przynajmniej, wyznania bolszewickich klasyków pierestrojki nie powinny pozostawiać miejsca na dowolność czy też życzeniowe myślenie, w praktyce dzieje się jednak inaczej. W przypadku Nyquista, któremu powyższe cytaty z pewnością nie są obce, owe bolszewickie credo sformułowane na ostatnim zjeździe bolszewickiej partii przed „rozpadem” Związku Sowieckiego, nie przeszkadza w dochodzeniu do najbardziej zdumiewających stwierdzeń: a to, że, jak mniemać wypada, „niepodległa Ukraina” otoczona została „łańcuchem” wrogich, rosyjskich bądź też z „Rosją” skojarzonych sił (nawiasem kilkuset kilometrowy odcinek graniczny z „Polską” trudno chyba uznać za „słaby korytarz”); a to, że „Rosja” posiada „wysoko postawionych agentów w ukraińskim systemie bezpieczeństwa”; czy też znowu, że mianowicie Juszczenko (było nie było, wedle Nyquista – prezydent „niepodległej Ukrainy”) wykazał się odwagą, propagując pamięć o wielkim głodzie na Ukrainie. I choć „nie uważa jakoby pomarańczowa rewolucja osiągnęła prawdziwą niepodległość Ukrainy” (to, co powiada Nyquist, zdaje się niekiedy sprzeczne), uważa jednocześnie, że istnieją tam realne siły polityczne, które do takiej niepodległości dążą.
Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego ponad wielokrotnie ujawniane założenia pierestrojki i długofalowej strategii przekłada Nyquist bajania rozpijaczonego Borysa Jelcyna na temat „generała, który byłby jak generałowie o których czytałem w książkach, kiedy byłem młody”? Odpowiedź może być tylko jedna – to nacjonalizm. Ten sam nacjonalizm, który w otwartym starciu z bolszewizmem doprowadził na skraj politycznego absurdu polityków miary Piłsudskiego czy Churchilla; który przyczynił się do zwycięstwa bolszewizmu w roku 1917, 18, 19, 20, 22, 39, 41 czy 45, a który jest także jednym z głównych motorów napędowych bolszewickiej polityki zarówno światowej, jak i tej prowadzonej na gruncie lokalnym.
Nacjonalistą Nyquist niewątpliwie jest, czego dowód dał zresztą w niezwykle jasno brzmiący i zdecydowany sposób, pisząc w jednym z ostatnich swoich komentarzy:
Wmawia mi się, że nacjonalizm i antykomunizm są ze sobą sprzeczne, że tak naprawdę nie jestem antykomunistą, co odczytuję jako stanowisko wyjątkowo napastliwe w stosunku do mojej osoby. Jestem Amerykaninem. Stany Zjednoczone są moim narodem, a bez mojego narodu byłbym albo martwy, albo na wygnaniu. Jeśli nie jestem częścią mojego narodu, kim jestem? To jest właśnie mój nacjonalizm, kpijcie z niego albo go deprecjonujcie, skoro taka wola.
Czyż nie ma racji? Bo cóż złego w poczuciu narodowej tożsamości, w więzi odczuwanej z krajanami, czy w dumie z osiągnięć własnego plemienia? Ilu z nas jest wolnych od podobnych „instynktów”? Sam, zdarza się, kibicuję sportowcom z biało-czerwonym emblematem na piersiach, choć to przecie przedstawiciele wrogiego mi tworu.
Istota, w moim przekonaniu, tkwi w szczegółach, w zasadniczych drobiazgach; w różnicy jaka zachodzi pomiędzy narodową dumą, a narodowym egoizmem; naturalnym uczuciem więzi, a przeświadczeniem, że sprawie własnego narodu należy się pierwszeństwo ponad interesem jednostki czy interesem innych nacji; w skrócie – w wytyczeniu granicy pomiędzy patriotyzmem a nacjonalizmem. Jako nacjonalista, ale także antykomunista, Jeff Nyquist jest osobą szczególnie powołaną do udziału w dyskusji nad powyższym problemem.
Być może zechce także przy tej sposobności pochylić się nad kilkoma pokrewnymi kwestiami i odpowiedź na szereg, mniej lub bardziej prowokacyjnych, pytań. Jakie znaczenie dla egzystencji narodów i świata miał rozbujany narodowo-amerykański egoizm w XX wieku? Czy twarde obstawanie przy rzekomo najlepszych amerykańskich interesach miało jakikolwiek wpływ na: los węgierskich powstańców roku 1956; kubańskich partyzantów w Zatoce Świń; wietnamskich antykomunistów w roku 1975; czy też amerykańskich sojuszników z bitnego narodu Hmong, którzy AD 2010 dogorywają jeszcze w laotańskiej dżungli? W jakiej mierze to właśnie nacjonalizm jest odpowiedzialny za to, że aparatczyków w stylu Juszczenki czy Saakaszwilego poczyna się traktować jako nie-bolszewików, ale patriotów ich własnych narodów, zapominając, że reprezentowane przez nich „państwa” nie były w okresie ostatnich 90. lat ofiarami rosyjskiego imperializmu, a jedynie dobrze dopasowanymi trybami bolszewickiej machiny politycznej; że zbolszewiczała ludność tych krajów, podobnie jak ma to miejsce w peerelu, w Czechach, czy w Bułgarii, nie tylko nie ma geopolitycznej szansy, ale po prostu nie jest zdolna do budowy wolnych społeczeństw?
Na te i wiele innych pytań należałoby odpowiedzieć zanim pochylimy się nad rachunkiem szans antykomunistycznej idei zamkniętej w pierwiastku nacjonalistycznych egoizmów i sprzecznych, na ogół, interesów.
—————————————————
W trakcie wcześniejszej wymiany opinii na temat pewnych aspektów nacjonalizmu i antykomunizmu Jeff Nyquist poczuł się urażony, uznając że część wytoczonych argumentów układa się w stanowisko „wyjątkowo napastliwe w stosunku do jego osoby”. Dobrze, że wypowiada się szczerze i w sposób nie budzący wątpliwości, ponieważ nie ma nic gorszego aniżeli utajona uraza otoczona pozorem gładkich słówek. Jeff napisał w sposób prosty i jasny, co go boli. Dzięki tej okoliczności mogę pospieszyć z zapewnieniem, że nikt z grona zespołu Wydawnictwa Podziemnego nie zamierzał nigdy poddawać w wątpliwość jego antykomunistycznej postawy; mogę upewnić go także i o tym, że nie mamy w zwyczaju wdawać się w polemiki z ludźmi, którzy nie zasługują na nasz szacunek.
Otwarte dyskusje polityczne wywołują emocje, niekiedy po prostu wzajemną irytację osób, które nie zawsze skłonne są wysłuchać z uwagą poglądów drugiej strony. Te niekomfortowe aspekty uczestniczenia w debacie wynikają z samej natury wymiany argumentów i są niezwykle trudne do uniknięcia, niewątpliwie jednak doniosłość poważnej dyskusji, a taką przecież prowadzimy z Jeffem Nyquistem, przeważać powinna wszelkie niedogodności. Biorąc powyższe pod uwagę, ale także opierając swoją opinię na dobrej znajomości głównych uczestników dyskusji, jestem przekonany, że w tym konkretnym przypadku wszelkiego rodzaju uboczne czynniki, ani nie przesłonią istoty sporu, ani też nie przeszkodzą w osiągnięciu pożytecznych wniosków.