Charlie Wilson i wojna w Afganistanie
W dniu 10 lutego 2010 roku zmarł Charlie Wilson, barwny i nietuzinkowy przedstawiciel Izby Reprezentantów, który jako jeden z bardzo nielicznych amerykańskich polityków czynnie wspomagał walkę z komunistycznym agresorem, najpierw, pod koniec lat 70., w Nikaragui, a następnie, przez niemal całą dziewiątą dekadę dwudziestego wieku, w Afganistanie. W związku ze śmiercią tego antykomunisty publikujemy ponownie artykuł, który ukazał się na naszej witrynie w marcu 2008 roku. Tekst jest refleksją na marginesie filmu o Charliem Wilsonie.
Wojna Charliego Wilsona jest zabawnym filmem i, jak na standardy Hollywoodu, w miarę ścisłym historycznie. Film (w reżyserii Mike’a Nicholsa, to ten od Absolwenta) opowiada historię demokratycznego kongresmana z Texasu, który pomiędzy wesołymi bibkami, kokainą, alkoholem i igraszkami z Playboy Bunnies, zdołał, dzięki wyjątkowej determinacji i pomysłowości, stopniowo zwiększyć budżet CIA przeznaczony na pomoc afgańskim mudżahedinom. To z kolei doprowadzić miało do tak ogromnych strat sowieckich w Afganistanie, że Gorbaczowowi nie pozostało nic innego, jak wycofać się z podkulonym ogonem.
Mike Nichols jest dobrym reżyserem, więc można mu wybaczyć jego lewackie tendencje. Nichols znakomicie pokazuje centralną dla filmu relację, czy raczej flirt, pomiędzy ultra-konserwatywną i bogobojną antykomunistką, Joanne Herring (jak zwykle drewniana Julia Roberts) i czarującym, lewicowym bon vivant, Charlie Wilsonem (Tom Hanks). W rzeczywistości, Herring odegrała jeszcze ważniejszą rolę, niż to pokazuje film, ponieważ udała się osobiście do Afganistanu już wiosną 1980 roku wraz z grupą zawodowych filmowców (m.in. swoim własnym synem) i przywiozła stamtąd szokujące materiały, które dzięki jej szerokim kontaktom dotarły do Busha (seniora) i do Ronalda Reagana, którzy byli wówczas zaangażowani w walkę o nominację prezydencką – jako konkurenci – z ramienia partii republikańskiej.
Herring, Wilson i agent CIA Gust Avrakotos (jak zwykle znakomity Philip Seymour Hoffman), wprowadzili wówczas w życie skomplikowany, tajny plan, który zapewnić miał dostawy uzbrojenia, zwłaszcza przenośnych rakiet, dla mudżahedinów poprzez Izrael, Egipt i Pakistan. Negocjacje z Izraelczykami, Egipcjanami i generałem Zia, są najlepszymi partiami filmu.
Charlie wygrał wojnę w Afganistanie, dostał za to medal, a dziś jest oskarżany, że stworzył „Frankensteina terroryzmu”, ponieważ walka afgańskich mudżahedinów przeciw niewiernym rozbudzić miała islamski ekstremizm. To w Afganistanie właśnie, pod kuratelą CIA spotkali się Osama bin-Laden i Ayman al-Zawahiri, to tam powstała sieć pod nazwą al-Kaida. O ile mi wiadomo, nie zostały opublikowane żadne dokumenty wskazujące na to, że CIA bezpośrednio szkoliła obu terrorystów, ale wydaje się to bardzo prawdopodobne. Z drugiej strony jednak, zamordowany przez agentów fsb Aleksander Litwinienko, utrzymywał, że al-Zawahiri był szkolony także przez kgb.
Ale cofnijmy się jeszcze bardziej wstecz i przyjrzyjmy się uważnie przyczynom sowieckiej interwencji zbrojnej. Jak do tego doszło, że sowieciarze znaleźli w Afganistanie swój własny Wietnam?
Komuniści objęli władzę w Afganistanie na drodze krwawego przewrotu w maju 1978 roku. W lutym 79 roku zostaje porwany amerykański ambasador w Kabulu, Adolph Dubs. Porywacze, otoczeni w pokoju hotelowym, już mieli się poddać, gdy na rozkaz doradcy z kgb, Sergieja Batruchina, dokonano szturmu, podczas którego zginęli zarówno nieznani terroryści, jak i sam ambasador. Szczegóły tych wydarzeń pozostają do dziś niewyjaśnione, między innymi dlatego, że jednym z niewielu źródeł, jest podejrzanej proweniencji Archiwum Mitrochina. Wraz z zabójstwem Dubsa, Ameryka została pozbawiona wiarygodnych informacji na temat rozwoju wypadków w Aganistanie.
Tymczasem na szczycie afgańskiej kompartii rozgorzała walka o władzę – jak to zwykle bywa między gangsterami. Karmal i Nadżibullach, przywódcy jednej frakcji, uciekli do Moskwy ze strachu przed represjami, gdy przywódcy zwycięskiej frakcji, Taraki i Amin, poczęli urządzać zamachy na siebie na wzajem. 20 marca 1979 roku Taraki zwrócił się formalnie o pomoc do Moskwy; o pomoc dwojaką: w pierwszym rzędzie wojskową, dla wsparcia swego reżymu, ale także o pomoc w pozbyciu się Amina. Kosygin ostrzegł go przed interwencją, ale obiecał 500 doradców i 700 spadochroniarzy „dla ochrony lotniska Bagram”, a Breżniew ostrzegł go przed zamachem ze strony Amina. Po powrocie do Kabulu Taraki zaprosił Amina na spotkanie, na co ten zgodził się tylko pod warunkiem, że jego bezpieczeństwo będzie gwarantowane przez sowieckiego ambasadora. Negocjacje wlokły się, aż Amin otrzymał żądane gwarancje, ale oczywiście nie uwierzył ani jednemu słowu ambasadora, toteż podczas spotkania pomiędzy „prezydentem i premierem Demokratycznej Republiki Afganistanu” doszło do strzelaniny – jak to między gangsterami. Istnieją różne wersje tych wydarzeń, ale jedno jest pewne, że dopiero 10 października 1979 roku ogłoszono zgon „wielkiego nauczyciela, wielkiego geniusza, wielkiego przywódcy” – Tarakiego.
Jak widać wszystko odbywało się w Afganistanie w typowo bolszewicki sposób, na wzór Nowotki i Mołojca. W odpowiedzi na zamieszki w Kabulu, 20 tysięcy więźniów zostało rozstrzelanych bez sądu. Ogólna liczba ofiar bolszewickiego reżymu przed inwazją sowiecką jest oczywiście nieznana, ale ocenia się, że 30 tysięcy rozstrzelano w samej stolicy. Poza Kabulem, Taraki i Amin nie mieli wiele kontroli.
Naturalnie, każda władza w Kabulu miała zawsze ograniczoną kontrolę nad odległymi prowincjami. Władza królewska opierała się na zgodzie starszyzny zwaśnionych plemion zamieszkujących Afganistan. Król raczej rozstrzygał spory, niż „rządził” w ścisłym znaczeniu tego słowa. Były premier Daud, który obalił monarchię, nie mógł przeprowadzić żadnych reform, ponieważ nie miał poparcia poza Kabulem i większymi miastami. Można zatem powiedzieć, że władza nad Afganistanem ograniczona być musi do kontroli nad większymi miastami oraz nad strategicznymi szlakami (nie może być rozciągnięta na odległe prowincje bez poparcia szczepowej starszyzny). Taką władzę mieli w 1979 roku bolszewiccy gangsterzy w Kabulu. Dlaczego zatem sowieciarze dokonali inwazji?
W Boże Narodzenie 1979 roku 80 tysięcy żołnierzy armii czerwonej przekroczyło granice zaprzyjaźnionego Afganistanu, na zaproszenie „prezydenta” Amina, który został zamordowany w swym pałacu przez oddziały specjalne „Zenit”. Sowieci przywieźli ze sobą Karmala, którego zainstalowali jako nowego prezydenta. W pierwszej fazie wojny armia czerwona zmiotła wszelki opór, ale już po kilku miesiącach było jasne, że pomimo ogromnej przewagi militarnej i pełnej dominacji w powietrzu, sowieci kontrolują zaledwie 20% kraju! Po co więc dokonywali inwazji? Kiedy podczas rozmów w Moskwie (przypominam: w marcu 79 roku), Taraki prosił o sowieckie oddziały dla wsparcia jego rządu, Breżniew odparł, że sowiecka interwencja „byłaby na rękę wyłącznie wrogom – zarówno waszym jak naszym”. Co zatem zmieniło się między marcem a grudniem?
Pierwsza odpowiedź na pytanie o przyczyny sowieckiej interwencji jest zazwyczaj taka, że Breżniew pragnął osadzić swojego człowieka na kabulskim stołku, bo nie ufał Aminowi (istnieje także wariant tej wersji, a mianowicie, że Amin był agentem CIA…). Chętnie wierzę, że nie ufali Aminowi w Moskwie, ale dlaczego nie rozkazali 700 spadochroniarzom na lotnisku po prostu go aresztować? Zwłaszcza, że Amin ponawiał prośby Tarakiego o pomoc wojskową. Nie dokonuje się inwazji dla obalenia przyjaznego kacyka, nawet jeśli się mu nie ufa, a już na pewno nie dokonuje się takiego kroku, mając pełne przekonanie, że „byłby wyłącznie na rękę wrogom”. „Wrogowie”, czyli Zachód, nie interesowali się Afganistanem w ogóle. Jeszcze w marcu 79 roku, sowieckie lotnictwo dokonało bombardowań Heratu w odwecie za masakrę sowieckich doradców wojskowych i Carter nie mrugnął nawet okiem, pomimo że zginęło w Heracie 24 tysiące mieszkańców. Nie było więc żadnej potrzeby dokonywania pełnej inwazji, można było kontynuować „pomoc dla braterskiego rządu” z dystansu.
Druga odpowiedź, jaką się często słyszy, suponuje, że rząd Amina zostałby obalony, gdyby nie bratnia pomoc sowiecka, ponieważ siły mudżahedinów były już poważne. Najlepszej odpowiedzi udzielił na to Kosygin podczas tej samej rozmowy z Tarakim na Kremlu: „Uważamy, że posłanie sił lądowych byłoby fatalnym błędem, gdyby nasi żołnierze pojawili się w waszym kraju, sytuacja uległaby znacznemu pogorszeniu.” Co zmieniło się pomiędzy marcem a Bożym Narodzeniem?
Jeszcze na początku grudnia Jurij Andropow napisał list do Breżniewa, w którym wyraził obawy, co do rozwoju sytuacji w Afganistanie i zaproponował obalenie Amina przy pomocy sił sowieckich znajdujących się już na miejscu. Ale kiedy 11 grudnia sprawa została zdecydowana i szef sztabu Ogarkow, próbował przekonać politbiuro, że interwencja nie jest konieczna, ten sam Andropow przerwał mu ostro: „Polityką zajmiemy się my! Zostaliście tu zaproszeni, nie po to, żeby wyrażać opinie, ale żeby zanotować instrukcje politbiura i zająć się wprowadzeniem ich w życie.” Tak wyraził się chłodny, kalkulujący Andropow, który zaledwie kilka dni wcześniej argumentował dokładnie tak samo, jak teraz Ogarkow.
A co mówią inni? Najbliższa amerykańskiej „oficjalnej” wersji wydarzeń jest opinia wypowiedziana przez Zbigniewa Brzezińskiego w 1998 roku: „Nie popchnęliśmy Rosjan ku interwencji, ale z pełną świadomością zwiększyliśmy prawdopodobieństwo, że jej dokonają… Tajna operacja była świetnym pomysłem. Miała ona ten efekt, że wciągnęła Sowiety w afgańską pułapkę… Tego dnia, kiedy sowieci oficjalnie przekroczyli granicę, napisałem do prezydenta Cartera: Mamy teraz okazję zgotowania Związkowi Sowieckiemu ich wojny wietnamskiej.”
Ale zaraz, oglądałem przecież właśnie film o Charliem Wilsonie i jego upartej walce o pomoc dla mudżahedinów. A tam było wyraźnie powiedziane, że żadna pomoc amerykańska do Afganistanu nie docierała; że owszem generał Zia ul-Haq pragnął pomagać mudżahedinom, ale sprzeciwiali się temu Amerykanie – tymczasem wedle Brzezińskiego, jego „tajna operacja” w Afganistanie sprowokowała inwazję. Jak się bliżej przyjrzeć, to okazuje się, że Brzeziński miał na myśli rozkaz prezydencki z 3 lipca 1979 roku autoryzujący tajne operacje propagandowe (covert propaganda operations) przeciw komunistycznym władzom Afganistanu. Czyli co dokładnie? Rozrzucali ulotki? W filmie Nicholsa odbywa się taka rozmowa na ten temat:
Charlie Wilson: Chcesz mi powiedzieć, że amerykańska taktyka w Afganistanie polega na tym, żeby Afgańczycy wychodzili wprost na serie z karabinów maszynowych, aż Rosjanom skończy się amunicja?
Gust Avrakotos: To jest taktyka Harolda Holta [australijskiego premiera z czasów wojny wietnamskiej], a nie amerykańska strategia.
Charlie Wilson: Jak wygląda amerykańska strategia?
Gust Avrakotos: Ściśle mówiąc, nie mamy żadnej. Ale pracujemy nad tym.
Charlie Wilson: „My”, to znaczy kto?
Gust Avrakotos: Ja i trzech innych gości.
Fikcja Hollywoodu jest pewnie bliższa prawdy, niż fikcja Zbigniewa Brzezińskiego, ale wróćmy lepiej do rzeczywistości. Mamy więc taką sytuację: cała sowiecka wierchuszka od Breżniewa i Kosygina, do Andropowa i Ogarkowa nie chce interwencji, ale z jakiegoś powodu się na nią decydują? Tylko z jakiego powodu?
Zdaniem Anatolija Golicyna, strategia zapoczątkowana przez Szelepina i Mironowa, a kontynuowana przez Andropowa, miała na drodze długoletniej manipulacji najpierw stworzyć sterowany ruch opozycyjny, a następnie wywołać szereg dramatycznych wydarzeń, które stworzą wrażenie upadku komunizmu. Czy takie wrażenie mogło być przekonujące bez klęski wojennej? Mało tego, gdyby komunizm miał „upadać” w obecności polityków takich, jak Jimmy Carter, to oni rzuciliby się go podtrzymać. Jest zatem zupełnie prawdopodobne, że Andropow zmienił zdanie na temat interwencji zbrojnej w Afganistanie, ponieważ dostrzegł ogromne zalety takiej akcji dla długoterminowej strategii, której poświęcił całe swoje życie.
Po pierwsze, dokonanie inwazji podczas kampanii prezydenckiej w Ameryce musiało doprowadzić do wzmocnienia antysowieckich głosów w Stanach Zjednoczonych. W roku 1979 Ronald Reagan był postacią znaną nie tylko Ameryce, miał za sobą dwie kadencje jako gubernator Kalifornii i stawał do wyborów prezydenckich już po raz trzeci, ale nie był z pewnością faworytem w nadchodzących wyborach. Jego antykomunistyczna retoryka nie mogła jednak ujść uwagi Andropowa. Od administracji Cartera nie można było się spodziewać niczego innego niż gestów w rodzaju bojkotu olimpiady w Moskwie. (Bojkot ten był w owych czasach uważany za polityczny błąd ze strony Cartera, ponieważ zantagonizował jego lewicowy elektorat.)
Po drugie, przewlekła wojna – a tylko taki konflikt może mieć miejsce w Afganistanie – jest idealnym scenariuszem dla zademonstrowania słabości. Afganistan ze swą mozaiką etniczną ludności, ze swymi niedostępnymi dolinami, dobrze ukrytymi jaskiniami, surowym klimatem i niestrzeżonymi granicami, jest idealnym gruntem do prowadzenia działań partyzanckich. O ile wiem, nikt nigdy nie zdołał w pełni kontrolować terytoriów, które składają się na współczesny Afganistan. Przypuszczam, że musiało to być wiadomym także sowieckim strategom, ba! nawet Breżniew i Kosygin zdaje się byli tego świadomi.
Jeżeli rację ma Anatolij Golicyn, że długoterminowa strategia prowadząca do „upadku komunizmu” została zapoczątkowana w 1958 roku, to krwawa inwazja Afganistanu była ważną częścią planu.
Ale czy to jest możliwe? Czy dorośli, odpowiedzialni ludzie mogą posyłać na śmierć tysiące współobywateli, tylko po to, żeby doprowadzić do klęski, a tym samym stworzyć wrażenie słabości i upadku? Mnie samemu wydaje się to trudne do uwierzenia. Nie widzę jednak innego wyjaśnienia dla tej dziwacznej interwencji; interwencji wbrew politycznej logice, wbrew własnym interesom, wbrew rozsądkowi. Najczęściej powtarzane wyjaśnienie, że komuniści to głupcy, wydaje mi się niezadowalające. Inteligencja nie jest wcale warunkiem sine qua non prowadzenia skutecznej polityki, bo gdyby była, to Chruszczow, który był człowiekiem raczej tępym, nigdy nie zdołałby wyprowadzić w pole Kennedy’ego, który był człowiekiem raczej bystrym. Komuniści są z pewnością raczej głupcami – i Bogu dzięki! co by to było, gdyby byli intelektualistami! – ale są wyposażeni w Metodę. Wypróbowaną Metodę zdobycia i utrzymania władzy. Ich głupota przejawia się zazwyczaj w niedoskonałości wykonania, ich siłą jest jednak „powszechne chcenie bycia oszukanym”, które dominuje po stronie ich przeciwników.
A co ma z tym wspólnego Good Time Charlie? Nic, oczywiście. Wilson, Herring, Avrakotos postępowali tak, jak uczciwi ludzie postępować powinni, to znaczy walczyli z wrogiem. Czy z postawionej powyżej hipotezy wynikałoby, że byli marionetkami w rękach bolszewików? Nie. Podobnie, jak prezydent Reagan, który nie był marionetką w niczyich rękach, ale najlepszym prezydentem Stanów Zjednoczonych w XX wieku. Mnie się nasuwa raczej taki wniosek, że – jak to pokazał Józef Mackiewicz na przykładzie Aleksandra Sołżenicyna – Metoda pozwala komunistom nawet zawziętych antykomunistów zaprząc do swego rydwanu. Czy to ma nas, antykomunistów, „demoralizować”? Czy rzeczywiście po dokonaniu takiej konstatacji, nie pozostaje nam nic innego, jak strzelić sobie w łeb? Nie wydaje mi się. Najprawdopodobniej dlatego, że mnie to nie demoralizuje, ponieważ prawdziwe rozpoznanie wroga jest warunkiem koniecznym dla każdej skutecznej polityki.