Wielka prowokacja
Dla opisu wielkich machinacji długofalowej strategii sowieckiej, angielsko-języczni komentatorzy używają zazwyczaj słowa deception, które tłumaczy się jako oszustwo lub podstęp, ale oznacza także efekt magicznej sztuczki, która pozostawia obserwatora w błędzie, w fałszywym przekonaniu. Jest to całkiem akuratny opis stanu, w jakim znajdują się zachodni politycy, gdy poddani są sowieckim sztuczkom. W polskiej tradycji natomiast (a także, o ile mi wiadomo, w innych językach), postępowanie, jakie obserwujemy w sowieckich poczynaniach, zwykło się nazywać prowokacją. Nie bez powodu, Uniwersytet w Yale wydał ostatnio książkę Józefa Mackiewicza pod tytułem The Triumph of Provocation, a nie „zwycięstwo oszustwa”.
Wedle słownika oksfordzkiego, słowo provocation ma wiele znaczeń w języku angielskim, ale pozostawimy na boku pojęcia wzięte z prawa kanonicznego. Provocation oznacza po angielsku to samo co po polsku: akt wyzwania, umyślną zaczepkę, podpuszczanie kogoś do gniewu bądź irytacji; prowokować, to tyle co podżegać do czynu, podstępnie judzić.
Jest rzecz jasna prawdą, że sowieckie plany mają zawsze na celu oszukanie przeciwnika, wprowadzenie w błąd, ale słowo prowokacja oddaje bardziej istotny aspekt tego zjawiska (czy muszę dodawać: moim zdaniem?). Sowieckim strategom nie wystarcza bowiem oszukanie przeciwnika, wyprowadzenie wroga w pole; ich celem jest doprowadzenie do sytuacji, w której wrogowie, z własnej nieprzymuszonej woli, postępować będą na swoją zgubę, a na korzyść międzynarodowego komunizmu.
Józef Mackiewicz nie był wcale pierwszym autorem, który użył tego określenia, ale uczynił je swym własnym. Co to jest prowokacja? Pozwolę sobie zacytować obszerniej, bo przecież Mackiewicz jest raczej mało czytany:
„Encyklopedyczne tłumaczenie brzmi: ‘Podstępne nakłanianie do działania, które może pociągnąć zgubne następstwa dla osoby prowokowanej i osób trzecich’. Gdyby się zatrzymać tylko przy tej definicji, to działalność komunistycznego ‘Komitetu rozbudowy stosunków z rodakami na obczyźnie’, polegająca na namawianiu emigrantów, aby współdziałali za granicą we wszystkich sprawach, które są wspólne z ‘interesami ojczyzny i narodu’, zawiera elementy typowej prowokacji: 1. ‘Podstęp’ – gdyż pod hasłem ‘interesy ojczyzny i narodu’, kryją się w istocie interesy międzynarodowego komunizmu. 2. ‘Zgubne następstwa dla osoby prowokowanej’ – gdyż rozumiejąc pod ‘osobą’ naród, nakłaniany jest on, aby pośrednio przyczyniał się do stabilizacji własnego ujarzmienia. 3. ‘Dla osób trzecich’… – gdyż współdziałanie z międzynarodowym komunizmem przyczynia się do potencjalnego zagrożenia innych narodów.
Ale pojęcie ‘prowokacji’ w powszednim użyciu, jest dosyć rozciągłe. Jeżeli cofniemy się nawet do tak anachronicznego już wzoru jednostkowej prowokacji, jak np. afera Azefa, to i tam spotykamy element działania ‘na dwie strony’, który w każdej prowokacji nie zawsze da się rozgraniczyć. Bo czy leżało w interesie eserowskich terrorystów zabójstwo min. Plewego, czy w. ks. Sergiusza, zorganizowane przez Azefa? Niewątpliwie tak. Dlatego to z jednej strony naczelnik wydziału Ochrany, gen. Gierasimow, w przystępie złego humoru krzyknął na Azefa: ‘Od tej chwili krzyżyk na podwójnej grze!’ – a z drugiej strony, CK eserów, po zdemaskowaniu Azefa przez Burcewa, ‘odpuściło go…’, jak się wyraził Łopatin. A były nawet głosy, że centralny komitet już wcześniej wiedział o jego kontaktach z policją… – Prowokacja jest więc zawsze do pewnego stopnia grą na dwie strony. Prowokacja komunistyczna zawiera nieodmiennie element poputniczestwa, mniej lub więcej zamaskowany, czyli pozornego kompromisu, co ze swej strony umożliwia różną interpretację, i w konsekwencji nie wiadomo, gdzie kończą się pozorne interesy osoby prowokowanej, a zaczynają interesy prowokatora. Plan prowokacji obliczony jest więc tylko na to, aby waga gatunkowa korzyści na głównym torze, przeważała wagę gatunkową kompromisów na bocznych torach.
Prowokacja typu gomułkowskiego zastosowana do emigracji polskiej, pokrywa się z instrukcjami wspomnianego komitetu dywersyjnego: Nie wymaga od emigrantów aby powracali do kraju, czy zrzekli się swego stanowiska ideowego; wymaga, by w najważniejszych sprawach poparli interesy ‘ojczyzny’, czyli ukryte za tym sloganem, interesy międzynarodowego komunizmu.”
Ostatni akapit powyższego cytatu wiedzie mnie wprost do mojej analogii. Twierdzę, że związek sowiecki nigdy się nie rozpadł, a komunizm upozorował tylko swą własną śmierć. Cokolwiek zatem dzieje się wewnątrz byłego sowieckiego bloku, musimy traktować z niejaką podejrzliwością. Nie znaczy to wcale, że wszyscy mieszkańcy tych okolic, to tajni agenci kgb, co byłoby równie absurdalne, jak jest niemożliwe. Oznacza to w zamian, że instytucje państwowe nie mogą uwolnić się, jak za pomocą magicznej sztuczki, od istotnego wpływu sowieckich struktur, bez zagrożenia, że cała prowokacja rozpadnie się w pył, ponieważ gdyby zachodziło niebezpieczeństwo wybicia się na wolność, to struktury sowieckie z miejsca podjęłyby interwencję. Mieliśmy tego liczne przykłady; parlamentarny pucz Wałęsy w czerwcu 1992 roku jest tylko jednym z wielu.
Co rzekłszy, ukraińska pomarańczowa rewolucja nie wygląda mi na kolejny przykład uwalniania instytucji (mam wrażenie, że nawet Nyquist się z tym zgadza), a sowiecka interwencja w Gruzji także nie wygląda na przykład z gatunku „imperium kontratakuje”. Zatrzymajmy się przez chwilę przy tym drugim wypadku. Jeff Nyquist napisał:
„Decydującym argumentem na rzecz autentyczności rewolucji Saakaszwilego w Gruzji jest rosyjski atak wojskowy w sierpniu 2008 roku: Kreml ujawnił swoje złe intencje i wówczas został zmuszony do powstrzymania ofensywy wojskowej przez zachodnią presję gospodarczą. Trudno wyobrazić sobie bardziej opłakany skutek ze strategicznego punktu widzenia. Prowokacja z lat 1989-91 została poważnie wyszczerbiona. Nie ma w tym niczego, co służyłoby sowieckim celom. Zachód użył broni ekonomicznej i zmusił sowiety do odwrotu. Jeśli to jest robota agentów KGB siedzących w Tbilisi, oznacza to, że KGB stało się tak samo głupie jak CIA, a jego strategia stała się nonsensowna.”
To raczej dziwny komentarz ze strony zadeklarowanego zwolennika Golicyna. Czy na przykład, wedle Golicyna, inwazja Czechosłowacji w sierpniu 1968 roku była decydujacym czynnikiem w uznaniu autentyczności praskiej wiosny?! Wówczas, tak samo jak dziś, Kreml pokazał swe złe intencje, ale czy ich długoterminowa strategia została skompromitowana?! Z pewnością nie w oczach Golicyna. Tak się składa, że zgadzam się z Golicynem, więc nie widzę żadnych strat sowieckich w wyniku ataku na Gruzję. Sowiecka strategia stała się nonsensem? Która jej część, jeśli łaska? Albo nie rozumiem sowieckiej strategii, albo Nyquist coś tu poplątał.
Nyquist namawia mnie, bym „przyznał, że prawdziwe rewolucje są możliwe w Gruzji i na Ukrainie”. Przede wszystkim, nigdzie nie postawiłem tezy, że takie rewolucje nie są możliwe, więc nie mam czego perzyznawać, choć chętnie sprawiłbym przyjemność Nyquistowi. Trudno mi jednakże wyobrazić sobie, żeby rewolucje od góry, przeprowadzone przez ludzi, których Nyquist nazywa „winnymi przez asocjację”, były w stanie do czegokolwiek mnie przekonać. Ponownie, czytam Nyquista w zdumieniu:
„Istotnie, to możliwe, że z początku Saakaszwili został wykorzystany przez Edwarda Szewardnadze w kolejnej próbie ‘odnowy’ mechanizmów kremlowskiej kontroli nad Gruzją. Niespodziewanie, Saakaszwili wyrwał jednak władzę z rąk ludzi Szewardnadze i stopniowo wzmocnił swoją pozycję.”
Jaka jest klasyfikacja logiczna tej konkluzji? Czy jest to konkluzja tylko „prawdopodobna”? Wydaje się być wypowiedziana jako stwierdzenie faktu, ale nie bardzo widzę wspierające ją dowody. Gdybyż tylko Nyquist powiedział, że jest dowiedzione, iż Saakaszwili był początkowo wykorzystywany, ale jest możliwe, że z czasem odsunął się od swego mentora, to wówczas musiałbym się zgodzić, acz niechętnie, bo wolałbym powstrzymać się przed oceną i zachować ostrożny stosunek do wszystkich członków demokratury (to jest znakomite określenie wykute podobno przez Ukraińców na określenie starej sowieckiej nomenklatury, ukrywającej się pod cieniutką powłoką pseudo-demokratycznej retoryki i rządzącej nimi pod fałszywymi auspicjami), ale tak jak sprawy się mają, nie widzę żadnego powodu dla uznania bona fide pana Saakaszwili. Pozwolę sobie w tym miejscu na dłuższą dygresję.
W latach pięćdziesiątych miała miejsce rozwlekła debata wśród ludzi związanych z zachodnimi służbami wywiadowczymi, na temat jedności sowieckiego bloku: czy należy traktować go jako monolit, czy też lepiej zróżnicować podejście do odrębnych krajów bloku, by stworzyć pęknięcia i szczeliny w ich jedności? Czy sowieckie przywództwo jest świetnie zgranym kolektywem, czy raczej polem niekończących się konfliktów personalnych i walki o władzę? Szelepin był świadom tych dyskusji dzięki sieci wysoko postawionych agentów, więc prędko zdecydował, że dostarczenie strumienia dowodów na podziały może wzmocnić pozycję tych przywódców zachodnich, którzy widząc kłótnię z Tito, potem z Albanią, z Chinami, Rumunią itd., utrzymywali, że podziały są autentyczne i tym samym zachodnia polityka różniczkująca odniosła sukcesy. Tak samo rzecz się miała z lokalnymi partiami, z kpzs włącznie, gdzie z kolei rzekomo odbywała się bezustanna walka o władzę pomiędzy „konserwatystami” (jedna z najbardziej idiotycznych nazw, jakie kiedykolwiek wymyślono: określić ortodoksyjnego komunistę mianem „konserwatysty”!) i „liberałami” albo „reformistami”. Widzieliśmy ten sam wzór powtarzany w kółko aż do mdłości w każdym demoludzie, ale sowietolodzy przełknęli wszystko i z radością dostarczyli zachodniej prasie odpowiednich interpretacji: wspomóżcie liberałów albo będzie źle! Albo, że pozwolę sobie sięgnąć do orwellowskich baranów: Liberałowie – tak! Konserwatyści – nie!
W rzeczywistości, grali wszyscy jako jedna drużyna. Mackiewicz wykazał to wielokrotnie. Golicyn posunął się dalej, trafnie przewidując dalszy przebieg wydarzeń na podstawie swej nowej metodologii. Mackiewicz nie mógł czytać Golicyna, bo umarł w styczniu 1985 roku po długiej chorobie (pierwsza książka Golicyna ukazała się w 1984 roku), ale przez wiele lat obserwował dziwaczny spektakl wolnych ludzi, polskich emigrantów politycznych, ostensywnie antykomunistycznych w swym nastawieniu, którzy pomimo to nie wahali się popierać jednej frakcji komunistów przeciw innej. Był wciąż na nowo zdumiony poparciem, jakim cieszyli się na Zachodzie ludzie tacy jak Michnik czy Sacharow, i bywał często oskarżany przez te same koła emigranckie o „atakowanie tych, którzy są naszą jedyną nadzieją” albo że „słowne napaści na dysydentów równają się napaściom na naszą sprawę”…*
Michnik był duszą towarzystwa podczas okrągłostołowych rozmówek, a później jako właściciel Wybiórczej Gazetki przyczynił się do całkowitej akceptacji spektaklu z roku 1989. Michnik bywał prześladowany, bity, aresztowany częściej niż ktokolwiek inny – i pozostał komunistą, co jest na swój sposób wielkim osiągnięciem. Tak czy inaczej, obserwując ten demoralizujący proceder, Mackiewicz doszedł do wniosku, że miał do czynienia ze zogniskowaną kampanią, mającą na celu zniszczenie antykomunizmu. Nie był w stanie określić ostatecznego celu operacji, którą oglądał z rosnącym przerażeniem, ale w moim przekonaniu jego krytyka była trafna i dalszy przebieg wypadków potwierdził, kto naprawdę rujnował antykomunizm.
Nie wydaje mi się wcale, żebyśmy oglądali teraz ostatnie podrygi Wielkiej Prowokacji. Geniusz planu Szelepina polega na jego giętkości, na wielości planów awaryjnych, na gotowości do najróżniejszych zwrotów i taktycznych wolt; stąd między innymi bierze się moja hipoteza „trzeciego eszelonu sowieckich przywódców”, którego istnienie wydaje się koniecznością, by móc ciągnąć w przyszłość fikcję. Innymi słowy, nie wierzę, że oryginalny plan sformułowany w późnych latach 50. zawierał jakiekolwiek wzmianki o koniecznym ziszczeniu w okolicach roku 2000, bądź też że wspominał o fałszywych rewolucjach w Europie Wschodniej w latach 1989-91. Andrej Nawrozow opisał gdzieś ten proces jako delikatne, niemal niepostrzegalne „przechylanie talerza” (cytuję z pamięci), dzięki któremu rzeczy przesuwają się po talerzu bardzo powoli, ale docierają na przewidziane z góry miejsce z zupełną pewnością. Proces taki musi zająć wiele czasu, ale ryzyko przyspieszenia jest o wiele większe niż ryzyko związane z cierpliwym oczekiwaniem.
Czytałem gdzieś (niestety nie pamiętam gdzie), że kiedy ktoś zwrócił uwagę JJ Angletonowi, że on sam mógł był być sowieckim agentem, ten odparł, iż jest to możliwość, której nie wolno pochopnie wykluczać. W naturze każdego udanego oszustwa leży zasiewanie niepewności w głowach wrogów. Oponenci Angletona wewnątrz CIA i amerykańskiego rządu, odrzucali jego metody ze względu na paraliż, jaki Angleton wnosił do amerykańskich operacji szpiegowskich – nie oszukujmy się, mieli w tym punkcie rację. Paraliż atoli, był nieuniknioną konsekwencją próby oczyszczenia amerykańskich służb specjalnych z bałaganu, do jakiego doprowadziła je sowiecka penetracja.
Znajdujemy się dziś w podobnej sytuacji – toutes proportions gardée – do tej z jaką borykał się Angleton. Jak uniknąć paraliżu i defetyzmu, bez wpadnięcia w pułapkę akceptacji sowieckich atrap za rzeczywistość? Czy powinniśmy brać przykład z Angletona i Mackiewicza, ryzykować izolację, a może nawet paraliż? Czy powinniśmy raczej pobierać lekcje nadziei i optymizmu? Mackiewicz i Angleton byli bardzo rzadko w błędzie. Zadziwia mnie niezmiennie, kiedy dowiaduję się w dzisiejszych czasach, po 50-60 latach, że niektórzy z emigracyjnych oponentów Mackiewicza byli na służbie kgb… O święta naiwności! A ja myślałem, czytając ich wypociny, że to zwykli idioci.
Wydaje mi się, że główną różnicą pomiędzy mną a Nyquistem jest ostrożność. Branie stron w wewnętrznych sporach i walce o władzę w zasięgu sowieckim, nigdy nie doprowadziło do niczego dobrego, nawet kiedy te kłótnie były autentyczne. W wypadku Gruzji i Ukrainy, spory te wyglądają na kolejną kampanię dezinformacji. Przekonanie Jeffa Nyquista co do „autentyczności rewolucji Saakaszwilliego” albo że „wydarzenia na Ukrainie były małym krokiem w podróży długiej na tysiące mil” może już być małym zwycięstwem w oczach moskiewskich strategów, tak samo jak akceptacja Gomułki przez polskich emigrantów w roku 1956 była dla nich wielkim sukcesem.
_____
* Z takimi oskarżeniami pod moim adresem wystąpił Kabud: http://thefinalphaseforum.invisionzone.com/index.php?showtopic=2176&pid=30608&mode=threaded&show=&st=#entry30608