Pojawia się i znika
Skonsternowany poglądami Jeffa Nyquista na Rosję i związek sowiecki, wpadłem w osłupienie. Na początek, Nyquist twierdzi, że w ostatnich latach „Rosja cofnęła się stopniowo coraz bliżej do zsrs”. Twierdzenie takie zakłada, że Rosja dokonała pewnego postępu w przeszłości, oddalając się od zsrs. Uprzednio wydawało mi się, że rozumiem pozycję Nyquista, a mianowicie, że wydarzenia z lat 1989-91 były gigantyczną prowokacją; że „upadek komunizmu”, „koniec zimnej wojny” i „rozpad związku sowieckiego”, wszystkie były przedstawieniem, a co za tym idzie, nie miały naprawdę miejsca – i stąd moja konsternacja. Jeżeli to się naprawdę nigdy nie wydarzyło, to jak możemy twierdzić, że Rosja zbliża się do czegoś, czym nigdy nie przestała być w ciągu ubiegłych 82 lat? Wydaje mi się, że nadal jest i nigdy być nie przestała związkiem sowieckim, który wygodnie zmienił nazwę – i to jest w moim mniemaniu jedyna logiczna konsekwencja mego stanowiska: upadek komunizmu był częścią długoterminowej strategii. Z mojego punktu widzenia, kiedy zgodzimy się na takie postawienie sprawy, mowa o „Rosji” staje się absurdem, a jakikolwiek werdykt na temat jej „zbliżania się bądź oddalania od sowietów” jest bez znaczenia.
Na zakończenie swego artykułu pt. Obiegowe pojęcia w strategii i taktyce Nyquist twierdzi: „Rosjanie już nie wywieszają sowieckiej flagi nad swoją stolicą. (Chociaż pozostawili ten symbol w swojej armii.)” Jestem porażony tymi zdaniami. Trzeba się nad tym zastanowić. Załóżmy, że sierp i młot (czy jakikolwiek inny nienawistny symbol) nadal widnieje nad Kremlem, czy to zmieniłoby percepcję Nyquista? Czy wówczas nie nazywałby ich „Rosjanami”? Czy nasza opinia o mocarstwie – które, jak mi się zdawało, obaj podejrzewaliśmy o używanie długofalowej prowokacji – powinna być podyktowana kolorem ich sztandaru?!? Prawdę mówiąc, nic mnie nie obchodzi, czy powiewają flagą Disneylandu, a na czołgach mają Myszkę Miki – Putin i tak jest tym samym starym sowieciarzem. Wyobraźmy sobie Goebbelsa, przejmującego władzę od Hitlera i zmieniającego swastykę na flagę niemiecką – czy to sprawiłoby, że przestał być nazistą? Pojawia się i znika…
Sowieciarze zachowali mnóstwo starych symboli, od sowieckiego hymnu począwszy – aa, ale zmienili słowa, więc to już pewnie jest w porządku – a na nazwach miast (np. Kaliningrad) skończywszy. Nawet czcigodny Balet Maryjski wraca do sowieckiej nazwy „Balet Kirowa”, kiedy występuje na Zachodzie. Gdyby pozbyli się wszystkich tych nazw i symboli, to nadal nie zmieniłoby ani na jotę sowieckiej substancji tego, co Nyquist nazywa „Rosją”. Ale rzecz jasna mogliby spokojnie tak uczynić, bo niby dlaczego nie? Mogą zniszczyć każdy symbol sowieckiej przeszłości, wyłącznie na pokaz, ponieważ gotowi są stworzyć dowolną atrapę rzeczywistości. Prawdziwą tragedią (nie dosłownie „tragedią”, jest to bardzo nadużywany termin) jest dopiero świadomość, że nie muszą wcale tego robić, ponieważ maskarada została zaakceptowana na całym świecie, pomimo sowieckiego hymnu, pomimo niezmienionych nazw miast takich, jak Leninsk, Uljanowsk, Sowieck, Oktiabrskij, pomimo, że nadal czczą Stalina jako wielkiego przywódcę itd.
Niewykluczone, że znowu czegoś nie zrozumiałem, ale mam wrażenie, że Nyquist mówi coś w tym rodzaju: byliśmy świadkami gigantycznego przedstawienia zainscenizowanego i dyrygowanego z Moskwy, ale weźmy jego skutki za dobrą monetę. Alternatywnie: cały ten upadek komunizmu był na pokaz i nie wierzymy temu ani przez chwilę, ale skoro bezmyślna tłuszcza ze swymi obiegowymi pojęciami tak chce, to zgódźmy się z nimi, co nam szkodzi. A może: powiedzieli nam, że związek sowiecki zniknął, nie ufamy im, ale nazwijmy to, co powstało na miejscu sowietów Rosją, czemu nie? A potem ta rzekoma Rosja rzekomo odeszła od tego czym były sowiety – czy była to prowokacja, czy tym razem to było naprawdę? – tylko po to, by znowu zwrócić się z powrotem ku zsrs. Rosjo, pojawiasz się i znikasz, tylko kto ma na twym punkcie bzika?
Tak, masz rację, czytelniku, wygląda to podejrzanie, jak jakaś chorobliwa gra. Jest ona znana pod nazwą długofalowej strategii i przez lata całe uważałem Nyquista za jednego z nielicznych, którzy mieli odwagę tę grę demaskować, którzy się nie poddali. Więc co się stało?
Mam hipotezę na ten temat. Musimy się cofnąć do początków komunizmu, by to zrozumieć. Korzenie komunizmu tkwią na Zachodzie – w ideach Oświecenia, w francuskiej rewolucji, w koncepcjach Marksa na temat natury rewolucji przemysłowej w wiktoriańskiej Anglii – ale po bolszewickim przewrocie, z powodów politycznych, wygodniej było zidentyfikować bolszewizm z „tajemniczym Wschodem”. Dla Kościoła Katolickiego, bolszewizm był manifestacją wszystkiego, co było złe w Cerkwi Prawosławnej. W oczach polskich nacjonalistów był tylko kolejnym wyrazem rosyjskiego imperializmu. Politykom zachodnim zebranym w Genui w 1922 roku zręczniej było patrzeć na sowieckich morderców jako „reprezentantów Rosji”:
„Kiedy bolszewicy, których Niemcy użyli do oderwania Rosji od Aliantów; którzy następnie zamordowali cara i rodzinę carską w okolicznościach obrzydliwie barbarzyńskich; którzy zabili, torturowali, bądź w inny sposób spowodowali śmierć dziesiątek tysięcy współrodaków; którzy obrabowali zarówno skarb publiczny jak i prywatne dobra, banki i kościoły, z podziwu godną bezstronnością; którzy doprowadzili Rosję do stanu, w którym nie ma nadziei na rekonstrukcję i sprowadzili na nią bezprzykładny głód, kulminujący w ludożerstwie – kiedy przedstawiciele takich ludzi zostali zaproszeni do Genui, by wspomóc odbudowę Europy, zdawało się, że paradoks nie może być posunięty dalej.
Bolszewicy zastosowali do organizatorów konferencji zasadę sic vos non vobis, przyjęli z miejsca rolę arbitra paneuropejskich negocjacji i odtąd odnieśli jeden sukces za drugim. Rozpoczęli ofensywę propagandową na całym świecie. Przyjęli Rezolucję z Cannes tylko „w zasadzie”, rezerwując prawo do wniesienia poprawek do jej warunków – i nie zostali z miejsca wyrzuceni z konferencji, której jedyną legalną podstawą było uznanie tych warunków. Kiedy zostali zaproszeni do prywatnych negocjacji w willi brytyjskiego premiera, podpisali podczas tych rozmów odrębny traktat z Niemcami.” [1]
W oczach Wickhama Steed, który obserwował to przedstawienie z bliska, „widok pana Cziczerina, w cylindrze, w nienagannym fraku, w irchowych rękawiczkach i z czerwoną flagą w butonierce, wchodzącego na pokład włoskiego pancernika, rozmawiającego po przyjacielsku z królem Wiktorem Emanuelem, popijającego szampana, trącającego się kieliszkami i wymieniającego podpisane jadłospisy z Arcybiskupem Genui, któremu opiewał idyllę wolności religijnej kościołów w Rosji, był spektaklem nieporównanym i niemożliwym do opisania w prozie.” Ale też Wickham Steed był wyjątkiem. Nie martwił się o obiegowe pojęcia.
Tomy całe zapisano, by dowieść, że czerwona zaraza nie była międzynarodowym zagrożeniem, ale „nic, tylko Rosją”. Polski polityk i historyk, Jan Kucharzewski, napisał siedmiotomowe dzieło pt. Od białego do czerwonego caratu, które w samym tytule zawiera podstawową tezę ciągłości pomiędzy Imperium Rosyjskim i związkiem sowieckim. Nie mogło się obejść bez cytatów z de Custine’a, który został wyciągnięty z szafy i odkurzony. Cała historia Rosji została przywołana, by uzasadnić tę ciągłość. Czyż straszna czeka nie była dokładnie taka sama jak Ochrana? Czekiści w kazamatach Dzierżyńskiego, czyż nie wzorowali się na oprycznikach Iwana? A Stalin ze swą morderczą pogardą dla ludzkiego życia, czyż nie był podobny do Piotra Wielkiego? Z pewnością istnieje zewnętrzne podobieństwo, ale przypisywać je tajemniczym przejawom „ciemnej duszy rosyjskiej”, jest oznaką lenistwa umysłowego. Historia Europy jest wypełniona tysiącami zbrodniczych książąt: Iwan Groźny nie był gorszym tyranem niż Henryk VIII. Żadna rosyjska dynastia nie upadła do poziomu książęcych zbirów z rodu Andegawenów. Ochrana jako model dla sowieckiej tajnej policji? To pewnie prawda: wzór, jak NIE należy prowadzić tajnej policji. Przecież Dzierżyński i Stalin byli aresztowani wielokrotnie i za każdym razem udało im się wymknąć. Czy to nie szkoda, że Ochrana nie była trochę sprawniejsza?
A co zrobić z de Custinem? W dzisiejszych liberalnych czasach powinniśmy chyba dać wiarę potępionemu za otwarty homoseksualizm arystokracie, bezlitośnie wyśmiewającemu kraj, którego nie rozumiał – zupełnie tak samo, jak każdy współczesny turysta. Ale nawet jeśli przyjmiemy, że opis Markiza był trafny, co może nam to powiedzieć o dzisiejszej Rosji, w 170 lat później? Albo o rosyjskiej kulturze jako takiej? Czy Jane Austen mówi nam wiele o dzisiejszej kulturze brytyjskiej? Ale może lepszą analogię podsunie nam inny obcokrajowiec? Może powinniśmy zwrócić się do Dostojewskiego, do jego opisu piekła na ziemi, jakie zobaczył w Londynie w 1862 roku? Czy to pozwoli nam zrozumieć dzisiejszy Londyn? Paradoksalnie, prawdopodobnie pomoże nam zrozumieć wiele, ale raczej dzięki geniuszowi Dostojewskiego, do którego rozpasany Markiz nie pretendował. Nieużyteczność de Custine’a w poznaniu dzisiejszej Rosji, zawiera się jednak w innym drobiazgu: w październikowym przewrocie z 1917 roku, kiedy bolszewicy ukatrupili Rosję.
Rosja, ze swymi pretensjami imperialnymi, zginęła w ogniu piekielnym bolszewickiej rewolucji. W jej miejsce powstało centrum międzynarodowego komunizmu. Bolszewicy udawali, że są Rosjanami, kiedy im tak było wygodnie, kiedy potrzeba im było wysunąć naprzód obraz Rosji – poza tymi chwilami pluli na Rosję. Czy jest aż tak dziwne, iż kierunki ekspansji nowego tworu powstałego na ruinach Rosji, musiały być identyczne z podbojami rosyjskiego imperium? A jakie miały być? A jednak imperialna Rosja nie miała interesów na Kubie albo w Afryce Południowej, w Angoli albo Wenezueli. Rosja, jak większość imperiów w historii ludzkości, próbowała rusyfikować podbite kraje. Sowieciarze nie robią tego nigdy. Używają Kubańczyków na Kubie, a Polaków w Polsce, Wietnamczyków w Wietnamie i Amerykanów w Ameryce. Większość imperiów wyzyskiwała pokonane narody na rzecz własnego narodu, gdy tymczasem pod komunistami jakość życia w Warszawie była zawsze wyższa niż w Moskwie.
Z wyjątkiem czasów krwawej rewolucji, kiedy wszystko co rosyjskie było bezwzględnie niszczone, związek sowiecki nigdy nie występował przeciw rosyjskiemu nacjonalizmowi, jak utrzymuje Nyquist, tylko go używał, jak dowolnego innego narzędzia. Dopiero uświadomiwszy sobie, że nacjonalizm w każdym odcieniu nie jest wrogiem bolszewików, a tylko narzędziem w ich rękach, możemy docenić wagę dialektyki tego co sowieckie i tego co rosyjskie. W rzeczywistości, XXII zjazd sowieckiej kompartii po cichutku porzucił doktrynę dyktatury proletariatu i przyjął w zamian koncepcję państwa całego narodu. Ten sam zjazd był także początkiem chińsko-sowieckiego rozłamu, kiedy to Czu En-laj opuścił niespodziewanie Moskwę. Nowa, „nacjonalistyczna twarz” komunizmu nieprzypadkowo została przyjęta na samym początku wielkiej prowokacji.
Błąd umieszczania początków komunizmu na „tajemniczym Wschodzie” jest równie męczący. Kipling i Churchill są zazwyczaj przywoływani dla dodania intelektualnej mocy temu, co jest w istocie abdykacją ducha dociekań. Wschód ma być tak dziwaczny i tak zagadkowy, że racjonalny umysł człowieka Zachodu nie jest w stanie go objąć. Jednym z najbardziej zabawnych aspektów tego monumentalnego nieporozumienia jest rzekoma nieumiejętność poradzenia sobie z koncepcją „długofalowej strategii”. Rzeczywistość jest o wiele bardziej prozaiczna i nie zawiera w sobie żadnych misterów. Planowanie na dłuższy czas jest niemożliwe w demokratycznych społeczeństwach, gdyż jakikolwiek plan sięgający poza najbliższe wybory jest skazany na porażkę, ale nawet gdyby nie był, to demokratyczni politycy są z definicji niezdolni do sformułowania takiego planu. To jednak nie oznacza wcale, że idea długofalowej strategii jest jakoś specyficznie „wschodnia”. Wszystkie kościoły, w swych działaniach politycznych, doczesnych, planują na bardzo długi czas – czy Watykan jest „wschodni”? Każda potężna dynastia w historii planowała na wieki naprzód – czy Burbonowie byli Chińczykami, a Hohenzollernowie Rosjanami? Każdy dyktator zawsze planuje na dłuższy termin niż jego demokratyczny odpowiednik – komuniści po prostu posunęli się dalej, rozwinęli pojęcie długofalowej strategii i wprowadzili ją w życie. Nie ma w tym niczego dziwnego ani tajemniczego, ani tym bardziej niemożliwego do pojęcia. Co rzekłszy, jest prawdą, że przeciętny mieszkaniec Zachodu – jak to mówili Wiktorianie: człowiek, który używa autobusu w dzielnicy Clapham – z uwagą chomika, wyostrzoną na intelektualnej diecie reality tv (czy jak tam się takie rzeczy nazywają) – nie jest w stanie pojąć czegoś równie skomplikowanego jak sowiecka długofalowa strategia. Ale jakie to ma znaczenie?
Zawsze tak było, że większość ludzi nie jest w stanie spojrzeć prawdzie w oczy – chyba że za prawdę ma uchodzić rzygowna papka podana im na ekranach telewizorów – tudzież sformułować swoich własnych opinii. Lewicowcy zdali sobie z tego sprawę dawno temu i sformułowali ideę elit opiniotwórczych, których rola polegać ma na wytwarzaniu obiegowego języka i obiegowych pojęć, oraz na podsuwaniu ich innym do powtarzania – jak papugi. Ale my nie jesteśmy na lewicy. Nie powinniśmy zatem rzucać starożytnej i szlachetnej koncepcji intelektualnych elit w błoto „opiniotwórczości”, nawet jeżeli niektórzy z opiniotwórców są sympatyczni i inteligentni. I w ten sposób dotarliśmy do ostatniego tematu: dlaczego nie powinniśmy pozwalać, by obiegowe pojęcia dyktowały zasady dyskursu.
________
-
Wickham Steed, Genoa, The Times, 24 kwietnia 1922