Zamknij
Michał Bąkowski

Co to jest komunizm? – czyli ciąg dalszy przybijania kisielu do ściany

26 października 2009 |Michał Bąkowski, Przybijanie kisielu do ściany
Źródło: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2009/10/26/201/

Publikujemy poniżej (za wiedzą i zgodą wydawcy) fragment książki Votum separatum, zaadaptowany co nieco do potrzeb dyskusji toczącej się na naszej witrynie od jakiegoś czasu.

 Co sprawia, że komunizm jest tym, czym jest? Jest to niełatwy problem, zważywszy taktyczną ruchliwość komunistów i głośną reklamę ewolucjonistów. Spróbujmy zatem wyobrazić sobie, jaka zmiana sprawiłaby, że komunizm przestałby być sobą. Dokładnie w ten sposób, w jaki, chcąc dociec, co czyni stół stołem, wyobrażamy go sobie np. bez czterech nóg – i już wiemy, że cztery nogi nie stanowią o stole. 

Na początek śmiała hipoteza: istotą komunizmu są „socjalistyczne stosunki produkcji” czyli „społeczna własność środków”, centralne zarządzanie itd. Hipoteza taka musi być śmiała, bo pochodzi od większości sowietologów na świecie, a czyż można ich posądzić o nieśmiałość? A zatem czy decentralizacja zarządzania ekonomią, gospodarką rynkową lub po prostu: kapitalizm, to już destytucja komunizmu? „Nowa” polityka ekonomiczna Lenina, prywatna fabryka ołówków i piór Armanda Hammera za czasów Stalina, „kapitalizm parciany i krwiożerczy” późnych lat 80., czy wreszcie czarny rynek w sowietach albo elementy gospodarki rynkowej w chrl – czyżby rozłożyły komunizm? Obawiam się, że bolszewicy używają gospodarki tak, jak im się akurat podoba. Komunizm w pełnej symbiozie z mechanizmami rynkowymi jest niestety zupełnie wyobrażalny: ba, nie trzeba nawet fantazjować, wystarczy przyjrzeć się gospodarce krajów komunistycznych. (Ależ to doprawdy wielka szkoda! Byłby to uroczy sposób obalenia wroga ludzkości: produkcja i sprzedaż bubli, na rynku tak wygłodzonym, że wszystko pożre. Ja sam byłem kiedyś zdania, ze pędzenie bimbru jest działalnością antykomunistyczną. Szkoda bimbru, a jeszcze bardziej szkoda tej pięknej, śmiałej hipotezy.) 

Szukajmy dalej. Może terror? Wielu uważało fizyczny i psychiczny terror za nieodłączny od komunizmu. Sądzili bowiem, że wyłącznie terror powstrzymuje antykomunistyczne masy przed zrzuceniem z siebie bolszewickiego plugastwa (tak nieokrzesani byli ludzie w dawnych czasach). Nieszczęśni! Nie mogli przewidzieć powstania nowego człowieka – hominis sovietici. Krwawy terror jest niezbędny w pierwszych latach po opanowaniu nowego terytorium, by fizycznie wyeliminować jednych i dać początek pierekowce pozostałych. Później wystarczy stosować go doraźnie.

Może zatem sama sowietyzacja? Stworzenie nowego człowieka jako cel? Jesteśmy bez wątpienia blisko istoty rzeczy.

Sowietyzacja

Terminem tym oznacza się proces przemiany duchowości i psychiki pod naciskiem komunistycznej rzeczywistości. Homo sapiens zamienia się w hominem sovieticum, tzn. przestaje być istotą myślącą, a w konsekwencji traci wolność. Precyzyjny opis przyspieszonej sowietyzacji (w śledztwie) dał Gustaw Herling-Grudziński w Innym świecie. Zrelacjonował tam analizę przeprowadzoną przez jego obozowego przyjaciela, inżyniera Kostylewa, analizę opartą na własnych przeżyciach. Tak wygląda przełomowy moment: 

„Za chwilę mechanizm ludzki, zatrzymany w punkcie zerowym i rozłożony na najdrobniejsze części, zostanie złożony na powrót, ale już inaczej; luki pomiędzy skojarzeniami wypełnią inne wiązania, myśli i uczucia dopasowane zostaną dokładnie do innych łożysk, pasy transmisyjne zaczną przekazywać nie przeszłość teraźniejszości ale teraźniejszość przeszłości, instynkt i wola zmienią kierunek działania, wskazówki w zegarach pomiarowych zatrzymują się na zawsze w maksimum.” [1]

 Inżynierski żargon tego opisu znakomicie oddaje istotę rzeczy: człowiek został zautomatyzowany. „Myśli i uczucia dopasowane” do czegokolwiek innego niż ich naturalny przedmiot, to już nie myśli i uczucia ludzkie; „instynkt i wola” o zmienionym kierunku, zasługują w pełni, by je brać w cudzysłów; „teraźniejszość transmitowana w przeszłość” nieodwołalnie niweczy przeszłość prawdziwą, czyli jedyne dziedzictwo do jakiego wolno się człowiekowi odwołać. Projektowanie teraźniejszości w przeszłość to jedna ze sprężyn sowietyzacji, ale to już odrębny wielki temat, którym nie będziemy się teraz zajmować. 

Na marginesie, Józef Mackiewicz opisywał efekty „automatyzacji” człowieka bardziej dosadnie: 

„W dziedzinie ‘ludzkiej’, jeżeli w ten sposób nazwiemy ten najbardziej nieludzki w dziejach eksperyment, bolszewicy dążą do przeistoczenia człowieka w bezduszną maszynę. Dotychczasowa jednak praktyka wykazała, że przeistoczyć w maszynę można raczej tylko kończyny, ewentualnie pewne części ciała ludzkiego. Natomiast całość człowieka, a zwłaszcza to co popularnie rozumiemy pod pojęciem „duszy” ludzkiej, przeistacza się pod wpływem tego eksperymentu w – szmatę. Określenie „szmata” nie jest w tym wypadku użyte jako połajanka, lecz świadoma definicja.” [2]

 Ogrom zamierzenia, mechanikę procesu oraz jego skutki w społecznej skali, przedstawił Michał Heller w książce pt. Maszyna i śrubki; pokazał, jak wszystkie elementy sowieckiego systemu nastawione są na wychowanie Nowego Człowieka. Jedną z głównych cech człowieka sowieckiego widział Heller (za Zinowiewem) w: „głębokim przekonaniu, mistycznej wierze, że niczego nie da się zmienić; że system jest wieczny i że skazana nań jest (…) cała ludzkość”. [3] Wydaje mi się to, nie tyle może główną cechą, co raczej „poziomem minimum”. Bo niewątpliwie sowietyzacja podlega stopniowaniu. Niżej rozwinięty homosos „nie ma obowiązku” wierzyć w nic więcej niż nieodwracalność przemian. Bolszewicy chcą ów graniczny stan osiągnąć jak najprędzej, ponieważ jest to najniższy poziom ich bezpieczeństwa.

Mackiewicz dał najwspanialszą formułę minimalnego poziomu sowietyzacji, choć cała gloria należy się wcale nie jemu a ułomnemu kamieniarzowi z okolic Wilna. Ów kamieniarz przeplatał był wyzwiska rzucane pod adresem bolszewików i ich rodzicieli z radosnymi okrzykami na cześć Stalina podczas manifestacji – nic w tym nadzwyczajnego. Ale po kolejnej serii przekleństw Mackiewicz nie wytrzymał i zapytał:

„– To po jaką cholerę darliście się `Niech żyje!’; jeśli teraz przeklinacie. – Nastała chwilka ciszy, i tylko w ostatnim skwarze brzęczały jesienne muchy.

– No… a to jakże inaczej?… – odpowiedział kamieniarz i odwrócił ku mnie swą nalaną twarz, na której malowało się szczere zdziwienie.” [4]

Przyznajmy, jest to znacznie lepsze usprawiedliwienie zachowania wobec bolszewików niż skomplikowane konstrukcje realistów politycznych. Bezwarunkowa akceptacja zwycięstwa komunizmu jako konieczności historycznej wraz z akceptacją nieodwracalności zmian przez komunizm dokonanych – oto minimum sowietyzacji. Zejście do tego minimum musi być dla bolszewików przykrym przeżyciem w porównaniu z radościami budowy Nowego Człowieka. Te radości i kłopoty opisał precyzyjnie Michał Heller w swojej książce. Odnoszę jednak wrażenie, że pomylił się w ocenie stanu sowietyzacji w prl. Być może dlatego, że nie zwrócił uwagi na stopniowanie zniewolenia; prl może zmylić niejednego badacza. Miliony ludzi – dosłownie: miliony – werbalnie antykomunistyczne, tysiące czynnie zaangażowane w działalność przeciw komunistycznemu państwu, to robi wrażenie znacznie większe niż komunistyczny senat.

Otóż wydawało mi się w latach 80. – i wydaje mi się nadal – że sowietyzacja w prl spadła właśnie do owego poziomu minimum. Polacy byli wówczas jak ten kulawy kamieniarz: choć zamiast samego pyskowania drukowali kilogramy bibuły wypełnionej pyskowaniem, to musieli przecież żyć – zaczem, na każdym kroku, wchodzili w nieuchronne kompromisy, no, bo „jakże inaczej?” Komuniści nie wymagali okrzyków hurra!, ale bardziej pragmatycznie: frekwencji wyborczej, ratowania gospodarki, zabiegania o kredyty. Nakładał się na to polski tzw. patriotyzm i tak oto powstawała formułka: „jak nie ratować polskiej gospodarki?” Jaruzelski, Kiszczak, Rakowski to przecież bardziej Polacy niż bolszewicy. (Mackiewicz mówił na to: „Polak, który pod sowietami staje się bolszewikiem, a po ich obaleniu przestaje być bolszewikiem, nie jest ani Polakiem, ani bolszewikiem, tylko – szmatą.” [5]) Nic zatem dziwnego, że dziś, pod koniec roku 2009, Polacy uznają prl bis za wolną Polskę, co też prawdopodobnie może być uznane za nowy minimalny poziom sowietyzacji.

Dziś wszyscy wyzywają „komuchom”, wygrażają aferzystom ze specsłużb, ale śledzą z zapartym tchem partyjne popisy, bo jak poskrobać, to każdy uważa, że żyje w wolnej Polsce, no… a to jakże inaczej?  W 1989 roku ludzie głosujący na „sejm” złożony w 65% z komunistów, a w 35% z ich towarzyszy podróży, nie obawiali się prześladowań, jak ów wileński kamieniarz, choć z pewnością bali się stanąć poza „solidarnością narodową mas pracujących”, więc szli głosować trochę z prlowskiego patriotyzmu, a trochę z polrealizmu geopolitycznego. Jakkolwiek wzniosłe hasła wykrzykiwali, nie groziła im „utrata posady, prześladowania, więzienie, głód, wrota NKWD”. Jedno pozostało tak samo: „… a to jakże inaczej?”

Przykład prl wcale nie świadczy o odwracalności sowietyzacji, jak utrzymywał Heller, a wręcz przeciwnie, jest kolejnym dowodem niewystarczalności opozycyjnych metod działania. Opozycja wobec komunistów, to tyle co „lojalność baranów względem rzeźnika” [6] i należy to traktować jako ścisłą analogię, zważywszy cel komunizmu. „Opozycja” może sprowadzić sowietyzację społeczeństwa do poziomu minimum, bo akceptacja tzw. podstaw ustroju, czyli tegoż poziomu minimum, jest warunkiem jej istnienia. Ale to wszystko. Ów poziom minimum został wyznaczony przez grubą czerwoną krechę, która przekraczana być nie może. Michał Heller z przenikliwością dostrzegał sowietyzację dysydentów w ZSSR [7], sowietyzację elit w wolnym świecie [8], a nagle twierdzi, że w prl „liczne podziemne książki, gazety i czasopisma z lat 1976-1980 przerwały zaczarowany krąg sowieckiego języka” [9]. To nieprawda. Podziemie było ogromną straconą szansą, właśnie dlatego że nie potrafiło wyrwać się z kręgu prlowskiego bełkotu. Podobnym złudzeniem jest, iż Kościół w prl zdołał uchronić się przed sowietyzacją. Kościół w pełni uznał prl za państwo polskie, bo Kościół katolicki w prl jest bardzo polrealistyczny. M. Heller uważa jednak uczucia narodowe i religijne za „najważniejsze bastiony oporu przeciw ideologii sowieckiej” [10]. A mnie się wydaje, że nacjonalizm to instrument stworzony dla komunistów, toteż posługują się nim z wirtuozerią.

Jednak książka Michała Hellera jest doprawdy nieoceniona. Dążenie do stworzenia nowego człowieka jest bez wątpienia pierwiastkiem komunizmu i zapoznanie tego faktu mści się na myśli politycznej. Ale czy jest istotą rzeczy? Czy jest celem, czy środkiem do celu?

Władza

W Roku 1984 Orwella, O’Brien łaskawie objawia torturowanemu Smithowi: „Władza to nie środek do celu: władza to cel.”

I mnie się tak zdaje. Celem i istotą komunizmu jest czysta władza. Marksizm-leninizm jest teorią zdobycia i utrzymania władzy. Praktyka 70 lat komunizmu wytworzyła na tej podstawie niezawodną jak dotąd Metodę. Przetworzenie ludzkiej natury jest w tym świetle środkiem ułatwiającym utrzymanie i umożliwiającym rozszerzanie zakresu władzy. „Środek” nie oznacza tu pośredniego celu, którego realizacja poprzedza w czasie i warunkuje osiągnięcie celu właściwego. Nie. „Sowietyzacja” i „władza” są tak ściśle ze sobą sprzężone, wzajemnie się warunkują i uzupełniają, że można rozsądnie uznać oba te czynniki za istotę komunizmu. Jednakże „władza” jest w tej parze pojęciem prostszym, a więc – w moim przekonaniu – bardziej podstawowym. Dla utrzymania władzy konieczne jest minimum sowietyzacji; utrzymanie władzy potrzebne jest dla kontynuowania pierekowki. Wszystko podporządkowane jest utrzymaniu władzy: organizacja gospodarki ma być taka, jaka jest potrzebna na danym etapie, stosowanie bądź niestosowanie terroru zależy WYŁĄCZNIE od okoliczności.

„W myśl kolejnych wskazań Lenina, należy zatem użyć wszelkich środków działania będących w ludzkiej mocy – politycznych, militarnych, gospodarczych, ale też psychologicznych, emocjonalnych i każdych innych z dziedziny strategii i taktyki (kamuflażu, oszustwa, dezinformacji, prowokacji etc.) – które by mogły okazać się skuteczne w zabezpieczeniu przed rozpadnięciem Bazy Międzynarodowego Komunizmu, a jednocześnie skuteczne w dalszej walce o spotęgowanie jej siły, wpływów i dążeń w opanowaniu świata.” [11]

Bolszewików często nazywa się doktrynerami. Jakże niesłusznie! Wedle leninowskich wskazań, wiązanie się jakimikolwiek doktrynalnymi pętami – choćby to miały być pęta dialektyki Marksa – byłoby dopiero herezją. Doktryna służy wyłącznie kontroli własnego aparatu, bo i po co ma aparatczik myśleć sam za siebie? A także kontrolowaniu ludności podbitej, innymi słowy służy sowietyzacji.

Warto jednakże zastanowić się, co mamy na myśli mówiąc „władza”? Jest to jedno z tych podstawowych pojęć, które, choć intuicyjnie zrozumiałe, wymykają się precyzyjnej definicji. Czy na przykład, ojciec ma władzę nad dzieckiem tylko tak długo, jak dziecko wykonuje jego polecenia? Czy aby nie jest tak, że władza rozciągać się może dalej niż jej oczywiste prerogatywy? Władza wydaje mi się raczej skomplikowaną psychologiczną i socjologiczną grą, niż prostym mechanizmem wydawania rozkazów. Klasyczny podział władzy politycznej, na ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą, nie na wiele się nam tu przyda. Większość ultra-demokratycznych rządów Zachodniej Europy, wygrawszy wybory, kontroluje inicjatywę prawodawczą, ma nieograniczoną władzę wykonawczą, może wreszcie wpływać na powoływanie i odwoływanie sędziów – a jednak w podobnych ramach jeden rząd okazuje się słaby a inny silny. Jak to wytłumaczyć? Osobistymi cechami przywódców?

Jeżeli spojrzeć na systemy mniej przejrzyste, jak sowiety czy chrl, okazuje się, że tylko post factum możemy określić, kto sprawował władzę w danym momencie, ale rzadko z pewnością. Na jakiej podstawie na przykład, cały świat utrzymuje, iż Deng Siao-ping sprawował władzę w Chinach aż do śmierci? Deng nie pełnił w ostatnich latach życia żadnej funkcji – ani partyjnej, ani „państwowej” – miał więc „władzę” czy nie? Czytelnik relacji prasowych z pierwszych miesięcy po rewolucji bolszewickiej ze zdumieniem stwierdzi, że większość korespondentów uważała Trockiego za przywódcę bolszewików. Kto naprawdę sprawował władzę w sowietach od śmierci Stalina do tajnego przemówienia Chruszczowa? Kto sprawował władzę w latach 90.? Partia komunistyczna? Organizacja używająca tej nazwy była popularna jak nigdy dotąd, ale była w opozycji. Borys Jelcyn? Duma? Rząd? Wszyscy razem jakby się sprzysięgli, żeby NIE sprawować władzy, żeby pozwolić sowietom osunąć się w anarchię. Czy zatem osławiona „rosyjska mafia” była u steru? Otóż wydaje mi się – a pewności ani dowodów w takich sprawach nie ma – że żadna „mafia” nie istnieje. Jest tylko kgb.

kgb nadal kontroluje spektakl zza kulis; spektakl, który wolny (jeszcze) świat obserwuje czasem ze zdumieniem, czasem z irytacją, ale zazwyczaj bez większego zainteresowania. Jedno się nie zmieniło: tak jak w starych sowietach, nie można było mieć pewności, kto osobiście dzierży ster władzy, ale z całą pewnością był to jakiś komunista; tak i teraz, w sowietach bis, wiele jest niejasności, ale jedyna organizacja zdolna do jakiejkolwiek kontroli, tj. kgb, jest w rękach komunistów.

Komuniści tracili niekiedy władzę lokalnie – na Węgrzech w roku 1919, w Hiszpanii w rezultacie wojny domowej, w Chile dzięki przewrotowi Pinocheta – ale tylko tam, gdzie nie zdążyli jeszcze przerobić człowieka. Nie wiemy więc nic o hipotetycznej sytuacji, w jakiej znalazłoby się społeczeństwo zsowietyzowane pozbawione cudem komunistycznej władzy. Rzecz w tym, że społeczeństwa „post-komunistyczne” zostały w swoim mniemaniu „cudem pozbawione władzy komunistycznej”, podczas gdy w istocie komunistyczna władza nie została usunięta ani cudem, ani w ogóle. Nieuniknioną konsekwencją takiego qui pro quo jest dzisiejszy stan „państw” Europy Wschodniej. Zamiast gospodarki mamy więc uwolniony czarny rynek – w przeciwieństwie do gospodarki wolnorynkowej – z którego najwięcej korzyści czerpią bolszewicy czyli leninowski NEP po raz Bóg wie który. Wybory są wolne, o ile „wybór” między jawnymi bolszewikami, „byłymi” bolszewikami i tajnymi bolszewikami, można nazwać elekcją. Zamiast „byłych republik związkowych” mamy „państwa” kierowane przez członków politbiura kompartii i cały świat uznaje te dziwne twory za „niezawisłe państwa”.

Zdołali więc komuniści stworzyć atrapy rzeczywistości, które wszystkich zdają się zadowalać. Słyszę ze wszystkich stron, od ludzi, których lubię i cenię, że ludność prlu bis jest bardzo zadowolona ze swego losu – i dlatego nazywam toto „najlepszym z prlów”.

Może więc istotą rzeczy nie jest ani władza, ani sam mechanizm sowietyzacji, ale oba te elementy złączone ze sobą dynamicznie w Wielkiej Prowokacji? Ale o tym traktuje następny rozdział książki.

_________

 

  1. G. Herling-Grudziński, Inny świat, Paryż 1965, s.75.
  2. Sowiety i antysemityzm. Żydzi nie stanowią wyjątku, Wiadomości 12(364)1953
  3. M. Heller, Maszyna i śrubki, Paryż 1988, s.113.
  4. Fakty, przyroda i ludzie, Londyn 1984, s.86. Opis tego wydarzenia znalazł się także w Drodze donikąd ss.28-30.
  5. Droga Pani, Londyn 1984, s.335
  6. por. Jak się zachować? w: Nudis verbis, Londyn 2003
  7. M. Heller, op.cit., s.253: „Język sowiecki – na tym polega jego siła – tworzy złudzenie symbiozy między władzą i narodem i rodzi poczucie jedności w stosunku do reszty świata. W ten sposób staje się elementem wyróżniającym swoich od obcych – ci pierwsi rozumieją w pół słowa, czytają między wierszami. Władza staje się swoja, a jej przeciwnicy – wrogami. Dysydenci zaczynają mówić po sowiecku.”
  8. Ibidem, s.248: „W strefie niesowieckiej nowomowa poczyniła największe postępy w dziedzinie języka politycznego, języka dyplomacji i języka „krzewicieli kultury”: od niej zależy pozycja wśród elity.” A także s.250: „Naczelnym celem sowieckich dyplomatów jest sowietyzacja języka, tzn. wprowadzenie do pertraktacji słów, terminów, wyrażeń i pojęć niosących sowieckie treści.”
  9. Ibidem, s.247
  10.  Ibidem, s.197
  11.  „Trust” nr. 2, w: Optymizm nie zastąpi nam Polski, Londyn 2005, s.73-4
Źródło:
Adres artykułu: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2009/10/26/201/
Kategorie: Michał Bąkowski, Przybijanie kisielu do ściany
Zamknij
 |  https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2009/10/26/201/