Rosja czy sowiety?
Motto:
W rewolucji rzecz wcale nie idzie o Rosję – pluję na Rosję. Rosja jest tylko stadium w drodze do rewolucji światowej, do światowej władzy. Włodzimierz Iljicz Lenin
Kiedy międzynarodowa szajka opryszków zagarnęła władzę w Rosji na drodze przewrotu, który odtąd nazywany bywa górnolotnie „październikową rewolucją”, pierwszą ofiarą i największym wrogiem bolszewizmu była Rosja. Zarówno rosyjski naród, jak rosyjska kultura, były przedmiotem najbardziej brutalnych prześladowań. Zarówno rosyjska Cerkiew, jak wszelkie przejawy rosyjskiej państwowości, poddane były najokrutniejszym represjom. Wszystko to co rosyjskie było prześladowane, bolszewicy ufali bardziej obcokrajowcom niż Rosjanom. Bolszewiccy oprawcy podkreślali na każdym kroku zerwanie nie tylko państwowej ciągłości Rosji, ale każdej ciągłości: kulturalnej, prawnej, moralnej i obyczajowej. Wkrótce z krwawej łaźni wyłonił się kadłub sowieckiego potwora, a bolszewicka wierchuszka prędko przejęła zewnętrzne przejawy rosyjskiej państwowości (nie przestając ich dławić wewnętrznie), by wykorzystać je na arenie międzynarodowej jako narzędzie w swej polityce; polityce, której jedynym celem była i jest wszechświatowa rewolucja.
Polityka wewnętrzna ze swym doktrynerstwem dla półgłówków i biurokratycznymi idiotyzmami, z nieludzkim terrorem i irracjonalnymi prześladowaniami, była zawsze i tylko funkcją polityki zagranicznej. I tak elementy z natury wrogie bolszewikom, stały się narzędziami w ich rękach. Nie tylko rosyjska kultura i tradycje, ale nawet rosyjska Cerkiew prawosławna, przeistoczyły się w instrumenty bezbożnej polityki sowieckiej. Zdruzgotane nieludzkim terrorem, przeistoczyły się w swe własne przeciwieństwo i poddały się żądaniom nowych władców. Tymczasem obserwatorzy wydarzeń w porewolucyjnej Rosji z miejsca wystąpili z teorią, że … nic się nie zmieniło! Cerkiew miała być przecież powolna carom „już od Iwanów”, więc czemu się dziwić, że teraz poddała się kompartii? Niewolnicza dusza wschodnia miała iść pod tatarskie jarzmo z tą samą rozkoszą, co pod bolszewicki knut.
„Pluję na Rosję. – powiedział Lenin – Rosja jest tylko stadium w drodze do rewolucji światowej, do światowej władzy.” [1] Lenin i jego następcy nigdy nie ukrywali swych zamierzeń, mówili bez osłonek o swoich celach i dążeniach. Rosja przestała istnieć w listopadzie 1917 roku, by nigdy się nie odrodzić. A jednak, kiedy bolszewickie hordy ruszyły na podbój świata, gdy „przez trupa Polski prowadziła droga ku zarzewiu światowego pożaru”, to obserwatorzy pominęli milczeniem cele napaści, za to z satysfakcją zauważyli, że … nic się nie zmieniło! Nawet drogi podboju pozostały te same. „Rosja biała” czy „Rosja czerwona” – co za różnica? Rosja zawsze pragnie tylko jednego: zagarnięcia i zrusyfikowania Polski. I tak powstała chorobliwa teoria, którą streszcza najlepiej tytuł słynnej książki Kucharzewskiego: Od białego do czerwonego caratu. Jest to teoria infantylna. Jest to teoria, która bierze pozory za istotę rzeczy; teoria, jakby stworzona dla celów bolszewickiej propagandy. Toteż Lenin nie zwlekając, zaprzągł ją do pracy na rzecz światowej rewolucji. Zaczęło się od generała Brusiłowa, który jeszcze w 1917 roku był naczelnym dowódcą armii carskiej, a już w 1919 nawoływał oficerów do wstępowania do armii czerwonej, dla obrony „Rosji”; poprzez smienowiechowców, którzy skutecznie rozbrajali antykomunistyczną emigrację przy pomocy nacjonalistycznych haseł; aż do stalinowskiej wojny ojczyźnianej, do carskich epoletów na mundurach czerwonoarmiejców.
Lenin z typową dla siebie przenikliwością spostrzegł, że zaślepieni nacjonalizmem wrogowie rewolucji, będą chcieli widzieć w leninowskim nowotworze tylko kolejne wcielenie Rosji. Dlatego to rozgłaszał na zewnątrz „prawo narodów do samostanowienia”, a bolszewikom radził nie tylko podsycać nacjonalizm wrogów, ale wręcz rozpalać nacjonalizm Rosjan, by wykorzystać go dla celów światowej rewolucji:
„Polskę posiądziemy i tak, jak wybije godzina, a zresztą projekty stworzenia ‘silnej Polski’ są wodą na nasz młyn, bo póki Polska rościć je będzie, póty Niemcy będą po naszej stronie. Im silniejszą Polska będzie, tym bardziej nienawidzić jej będą Niemcy, a my potrafimy posługiwać się tą ich niezniszczalną nienawiścią. Przeciwko Polsce możemy zawsze zjednoczyć cały naród rosyjski i nawet sprzymierzyć się z Niemcami.” [2]
„Niezniszczalna nienawiść” jednego narodu wobec innego, jako paliwo napędzające motor rewolucji. Jakże niestety miał rację, twierdząc, że bolszewicy „potrafią się nią posługiwać”. Trzeba mu przyznać, że było to posunięcie na granicy geniuszu. Lenin przewidział, że Niemcy zechcą wyciągnąć rękę do sowietów ponad głową Polski i tak dokładnie się stało w Rapallo, a potem w pakcie Ribbentrop-Mołotow. Przewidział także, z jak wielką łatwością jego następca zdoła ubrać rewolucyjną ekspansję w szmatki imperialnej polityki rosyjskiej (nie, żeby Stalin liczył się z uczuciami „rosyjskiego” narodu…). Przewidział także, że „Polska niepodległa nie będzie dla sowietów wielkim niebezpieczeństwem”; że „Polskę posiądą i tak, gdy wybije godzina”.
I tak widmo komunizmu krążyło po Europie przez wiele dziesiątków lat, trzymając się leninowskich wskazówek, przystrajając się w piórka narodowe, aż nagle – choć nadal nie odbiegając od nauk wielkiego Iljicza – znikło. Przepadło jak mara. Jak wiadomo najlepszą sztuczką diabła, jest przekonanie ludzkości, że nie istnieje. Widmo zawieruszyło się więc, a na jego miejscu pojawiła się „Rosja”. Borys Jelcyn podarł partyjną legitkę i sowiety rozpłynąć się miały, jak zły sen. Tylko że dzisiejsza „Rosja” uznaje się za spadkobierczynię sowietów. W przeciwieństwie do Lenina, który na przykład odmówił honorowania carskich długów, współczesna „Rosja” podkreśla nieprzerwaną ciągłość państwową, prawną, militarną, gospodarczą, symboliczną, a nawet duchową z sowietami. W przeciwieństwie do Lenina, ale jak najbardziej w zgodzie z nim.
Dzisiejsi władcy na Kremlu także wiedzą, że mogą posiąść Polskę, kiedy wybije godzina, a na Rosję plują tak samo, jak ich nauczyciel, Wołodia Iljicz. Wystarczy prześledzić serię prowokacji znaną pod nazwą operacji „Burza w Moskwie”, by się przekonać, że polityka wewnętrzna jest nadal wyłącznie funkcją polityki zagranicznej. kgb gotowe było wysadzać w powietrze bloki mieszkalne (najlepiej w nocy, dla zwiększenia ilości ofiar), by móc stworzyć wrażenie zagrożenia terrorystycznego, a tym samym posłużyć się „niezniszczalną nienawiścią” wobec Czeczeńców. W ciągu niespełna trzech tygodni w pięciu atakach bombowych zginęło prawie 300 osób, a 700 zostało rannych. Pisałem o tej operacji obszernie na niniejszej stronie [3], nie będę się więc powtarzał.
Gotowość dokonania masowych mordów na śpiących Rosjanach, wydaje mi się działalnością antyrosyjską (jest to w rzeczywistości praktyka antyludzka, ale owi Rosjanie zginęli tylko dlatego, że jako Rosjanie mogli byli być celem ataków czeczeńskich), coś mi jednak mówi, że jestem odosobniony w tym osądzie wśród rodaków. Mord na setkach rodaków wydaje mi się działaniem typowo leninowskim, całkowicie zgodnym z leninowskim mottem: Pluję na Rosję! Mamy tu do czynienia z zabawnym paradoksem. Otóż z mojego punktu widzenia, zbrodnie Putina i Lenina były zbrodniami przeciw ludzkości, a nie zbrodniami na narodzie rosyjskim. Wydawać by się mogło, że w oczach nacjonalistów powinny one być widziane jako zbrodnie przeciw rosyjskiemu narodowi – ale nie są. Polrealizm odmawia uznania w Rosjanach ofiar komunizmu, twierdząc uparcie, że Rosjanie są wyłącznie oprawcami. Rosjanie byli ofiarami zarówno putinowskich zamachów, jak leninowskiego terroru, gdy sprawcami byli komuniści. Rosjanie najbardziej ucierpieli z rąk bolszewików, ale Polacy, utożsamiając sowiety z Rosją, nie chcą tego dostrzec: co kacapy robią między sobą, to nie nasza sprawa; ale kiedy przychodzą do Polski, to już nie są komunistami, wtedy są ruscy, albo jeszcze lepiej Żydzi. Marchlewski i Dzierżyński, Gomułka i Bierut, Jaruzelski i Kiszczak, Mazowiecki i Geremek – albo ruscy, albo Żydzi.
Ilekroć zdarzy mi się rodakom wytknąć, że nazywanie sowietów – obojętne: Lenina czy Putina – „Rosją”, graniczy z politycznym analfabetyzmem, to zwykle słyszę w odpowiedzi coś o „azjatyckich hordach”, o „niewolniczej duszy wschodu”, o „rosyjskiej specyfice”. Aż natrafiłem na coś takiego:
„Pojęcie „rosyjskiej duszy” zostało zmitologizowane do granic obłędu. Jest to, dodam, mitologizacja bardzo wygodna, stosowana zamiennie z ględzeniem o „rosyjskiej wrażliwości”, tudzież „rosyjskiej specyfice”.
Zabili? Rosyjska dusza. Ugościli samogonem i słoniną? Rosyjska dusza. Zachlali mordę? Wytrzeźwieli? Też rosyjska dusza. Rozjechali czołgami? Zgwałcili więzienną modą „w kolejarza”, przykutego do transportera Czeczeńca? Taka, widać, dusza. Darowali zdrowiem? Cytowali godzinami Puszkina i Lermontowa? Wszystko – rosyjska dusza. Malowali pejzaże? Komponowali, pisali, grali, wystawili balet, śpiewali? Dusza.”
Przeczytawszy to, pomyślałem: „Nareszcie!” Nareszcie ktoś widzi, że narody nie mogą mieć duszy, nareszcie ktoś wyśmiewa ten bełkot, łatwiznę stereotypów, idiotyzm uproszczeń. Na szczęście narody nie mają duszy, a charakter narodowy jest co najwyżej skrótem myślowym, bo oczywiście nie może determinować zachowania jednostek. Zacząłem więc czytać dalej i zdębiałem. Takich idiotyzmów nie udało mi się znaleźć w blogosferze, odkąd zamilkł emisariusz ivrp.
„Tymczasem, epatowanie pojęciem „rosyjska dusza” to zręczna demagogia mająca skryć cienko pozłocone „kulturnym” blichtrem barbarzyństwo. Osłonić przepaść cywilizacyjną między łacińskim Zachodem a rosyjskim zmongolizowanym bizantynizmem. Jest to zarazem wygodna wymówka – zarówno dla samych Rosjan, jak i dla rozsianych licznie u nas i w świecie przedstawicieli „partii Rosji”, czyli mówiąc wprost – agentów wpływu.” [4]
Autor tych rewelacji podpisuje się Gadający Grzyb, być może więc nie powinniśmy go traktować poważnie, może to tylko takie gadanie na niskim szczeblu ewolucji? O ile pamiętam z lekcji biologii, grzyby są reducentami w łańcuchu pokarmowym, redukują wszystko i upraszczają. Nie trzeba o nich źle mówić, bez grzybów wszyscy zginęlibyśmy pod nieredukowalną masą opadłych liści i zwykłego łajna, ale w intelektualnym dyskursie, sprowadzanie wszystkiego do najniższego wspólnego mianownika nie jest dobrym pomysłem. To tak właśnie działają staliny i hitlery. Pan Bóg w swej nieskończonej mądrości miał jak zwykle rację, nie dając grzybom głosu.
Jest to oczywiście przykład drugorzędny i pozbawiony wielkiego znaczenia, ale temu podobny galimatias myślowy, niesłychane pomieszanie pojęć i rozpaczliwa ignorancja, są niestety typowe dla polskiego dyskursu, pożal się Boże, „politycznego”. Polska myśl polityczna – nawet ta najpoważniejsza – cierpi od lat na chorobę: nie dostrzega mianowicie wroga, jakim jest komunizm, ponieważ zidentyfikowała go z Rosją. W rezultacie walczy z Rosją, a komunizm ma się znakomicie.
Wywodzenie źródeł komunizmu z historii Rosji jest pożałowania godnym ahistoryzmem, który uwłacza tyleż zdrowemu rozsądkowi, co śladowej choćby wiedzy historycznej. A więc zbrodniczy komunizm ma być kontynuacją morderczych inklinacji wśród Rurykowiczów, czy tak? A dlaczegóż by nie książąt andegaweńskich? Byłbym gotów bronić tezy, że Anjou było bliższym wzorem dla stalinowskiego Kremla, niż księstwo moskiewskie. No, a może oszalały Iwan Groźny, ze swymi skrytobójstwami, z potwornymi torturami, z absolutną władzą, da się namalować jako poprzednik Stalina? Tak, ale tylko jeżeli przymkniemy oczy na to, co w tym samym mniej więcej czasie wyprawiano na dworze Walezjuszy w Paryżu, Plantagenetów i Tudorów w Londynie, albo w królestwach Kastylii i Aragonii; tylko jeśli zapomnimy, że Henryk VIII był gorszym tyranem niż Iwan, choć nie miał nawet w połowie tak groźnych i potężnych wrogów, jak bojarzy. Rosyjskie jedynowładztwo nie różniło się wcale od francuskiego absolutyzmu, a z kolei jakobiński terror różnił się tylko w technicznych szczegółach od terroru bolszewickiego. Nie ma niczego specyficznie „wschodniego”, „azjatyckiego”, „mongolskiego” bądź „bizantyjskiego” w historii ruchu komunistycznego, a w każdym razie nie więcej niż „jakobińskiego”, „oświeceniowego”, „makiawelicznego” bądź „cezarystycznego”. Zmierzam do tego, że jakkolwiek da się znaleźć pre-bolszewickie elementy już u Tukidydesa, na przykład w opisie rewolucji na Korkirze, to bolszewizm pozostaje nowym zjawiskiem, nieredukowalnym do zjawisk wcześniejszych.
Historia nigdy nie determinuje przyszłych wydarzeń. Wbrew Marksowi, historia nie rozwija się w przewidywalny, określony z góry sposób; nie istnieją żadne „prawa rozwoju procesu historycznego”, ale to nie ma wielkiego znaczenia wobec idiotycznego konceptu „duszy rosyjskiej” rzekomo determinującej istnienie i rozwój bolszewizmu. Za powstanie takich nonsensów winę ponosić musi nacjonalizm, a nie materializm historyczny. Nacjonalizm bowiem, nie potrafi sobie poradzić z ponadnarodowym zagrożeniem sowieckim i sprowadzić je musi do swojego własnego poziomu, do czegoś bliskiego i znanego, do owej „niezniszczalnej nienawiści”, którą bolszewicy tak znakomicie potrafią się posługiwać.
__________
-
Nie zdołałem umiejscowić źródła tego cytatu. Wódz rewolucji był niestety grafomanem i na zgubę świata pisał zbyt często. Na domiar złego, przeszukiwanie 45 tomów dzieł zebranych Iljicza przekracza niestety skromne możliwości intelektualne niżej podpisanego, a już sama myśl o czytaniu tego bełkotu nastraja mnie melancholijnie. Wyjątek ten jest atoli szeroko cytowany, np.:
http://www.time.com/time/magazine/article/0,9171,870884-3,00.html
-
I tego cytatu także nie udało mi się umiejscowić. Niektórzy umieszczają tę wypowiedź na II kongresie kominternu, we wrześniu 1920 roku
(por. http://lebiest.bloog.pl/d,16,id,2832423,m,stycznia,r,2008,title,
Testament-Lenina,index.html?ticaid=58e5f).
Kłopot jednak w tym, że nie zdołałem znaleźć takiego cytatu w przemowie Wołodii Iljicza zamieszczonej w dziełach.
-
http://wydawnictwopodziemne.rohnka5.atthost24.pl/2008/03/21/burza-w-moskwie/