Dość tej zabawy w eufemizmy
Na śmierć zdrajcy
Kilka tygodni temu zmarł jeden z dwóch, sprawujących swoje funkcje równolegle, Prezydentów Rzeczpospolitej Polskiej na Uchodźstwie, jedynej legalnej kontynuacji II RP, funkcjonującej w oparciu o zapis Konstytucji RP z 23 kwietnia 1935 roku. Śmierć ta przeszła bez echa, nie licząc kilku nekrologów oraz paru niewybrednych dowcipów pod adresem nieboszczyka. Prezydent S. nie cieszył się popularnością równą popularności jego politycznych rywali (licząc od roku 1972 było ich aż czterech), a zdecydowana większość peerelowskiego społeczeństwa nigdy o nim nawet nie słyszała. Jak do tego doszło, dlaczego to nie on, a jego polityczni przeciwnicy zdobyli uznanie emigracyjnych mediów i resztek politycznego establishmentu, w jaki sposób w ogóle doszło do bulwersującego w skutkach rozłamu z roku 1972, wszystkie te niezmiernie frapujące sprawy odkładam na bok. Znacznie bardziej ciekawa wydaje mi się inna kwestia: jak to się stało, że genialny zapis Konstytucji Kwietniowej, mówiący o przekazaniu najwyższego urzędu w państwie w przypadku wojny, w rzeczywistości zapewniający ciągłość instytucji państwowych w sytuacji braku terytorium, w efekcie poczynań obu stron został jakże haniebnie zmarnowany?
Nie interesuje mnie przebieg politycznych intryg, które doprowadziły do aktu kapitulacji. Kto kogo namawiał, przekonywał, kusił, straszył; kto jeździł z tajną misją z Warszawy do Londynu, kto w kierunku przeciwnym; jakie formułowano argumenty i jakie roztaczano wizje. Nie interesuje mnie w tej chwili kuchnia bolszewickiej prowokacji i mechanizmy dochodzenia do zdrady. Niezależnie od metod, jakie wobec nich stosowano, podstawowym zadaniem obu było właściwe rozpoznanie sytuacji i podjęcie stosownych kroków. Tego jedynego istotnego obowiązku, obrony symbolu niepodległego państwa, nie dopełnili.
Obaj panowie prezydenci dotrwali na swoich fotelach do roku 1990, aby w ostatnich chwilach urzędowania przejść jednomyślnie (acz w niezgodzie) na bolszewicką stronę, przekazując insygnia sprawowanej przez siebie nominalnie władzy w ręce peerelowskich urzędników. Obaj pogrzebali w ten sposób symbol praworządnej władzy. Nie tylko zaprzepaścili tradycję niepodległego państwa, pielęgnowaną z mniejszym lub większym powodzeniem od roku 1939, ale także uwiarygodnili swoimi decyzjami komunistyczną prowokację z 1989 roku, której zgubne skutki trudno ocenić w pełni nawet dzisiaj. Przy okazji zmarnowali jedyną na przestrzeni dziesięcioleci szansę na otrzeźwienie zbolszewiczałego narodu solidną dawką politycznego realizmu. Wystarczyło tylko jedno słowo protestu, aby zachwiać fundamentami bolszewickiej prowokacji. Kto wie, być może nawet odwrócić bieg historii.
Wybrali inną drogę. Jako „legitymiści” z zawodu wybrali drogę legitymacji, bynajmniej jednak nie własnych urzędów, ale drogę legitymacji fikcji, i to podwójnej: rzekomego upadku komunizmu i zwycięstwa wolności. Nieważne z jakich przyczyn: braku politycznego rozumu, nieśmiałości, chciwości, a może z obawy przed śmiechem innych, jednym gestem przekreślili dorobek kilkudziesięciu lat pracy. Że przyjdzie im z tego tytułu odpowiedzieć jeszcze przed „Bogiem i historią”, marne doprawdy pocieszenie.
Dlaczego ludzie gotowi za ojczyznę umierać z bronią w ręku, znosić trudy wygnania, konspiracji i więzienia, kiedy tylko pojawi się szansa na możliwie dyskretne spuszczenie z tonu, nie, broń Boże, nie na dezercję w blasku jupiterów, ale jakieś tam modus vivendi z wrogiem, dlaczego ludzie ci zwykle porzucają wartości i śmiało wkraczają na drogę kompromisu?
Historia dwóch emigracyjnych prezydentów, zdrajców nieistniejącego państwa, których nazwiska nie zasługują nawet na wzmiankę, to nie jedyne przypadki, gdy pokusa doczesnych korzyści wygrywa z nawykiem trzymania się imponderabiliów. Zdarzało się to wielokrotnie na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat. Tak było w przypadku zawartego przez Sikorskiego porozumienia polsko-sowieckiego z 1941, późniejszej o kilka lat decyzji Mikołajczyka o przystąpieniu do „tymczasowego rządu jedności narodowej”, euforii gomułkizmu wywołanej rzekomo buntowniczym uplasowaniem towarzysza Wiesława na stanowisku pierwszego sekretarza – w każdym z tych przypadków akceptacja prowokacji pociągała za sobą euforyczny aplauz rzeszy rodaków.
Swąd ulatniającej się koniunktury
W maju 1989 roku porozumienie organizacji politycznych wydało wspólne oświadczenie, w którym pisano między innymi:
„Ugrupowania i organizacje niezależne działające na rzecz pełnej demokracji i niepodległości Polski odmawiają zgody na udział w wystawieniu świadectwa lojalności dla nielegalnej władzy. Władzy, która była i jest przyczyną społecznych, gospodarczych, politycznych i ekonomicznych klęsk dotykających nasze społeczeństwo od z górą 40 lat.
Wszystkich tych, dla których słowa niepodległość i demokracja nie są frazesami, lecz wyznaczają drogę ku wolności, wzywamy do solidarnej odmowy udziału w wyborach.”
W innym tekście z tego samego okresu dowodzono:
„Czwartego czerwca mamy dać świadectwo, że odnowa komunizmu nam wystarcza. Jeśli je damy, zostanie to w świecie przedstawione jako zwycięstwo demokracji w Polsce. Wprowadzenie systemu prezydenckiego i unormalnienie kraju. Domaganie się wolności i niepodległości straci wszelką siłę nośną i zrozumienie.
Współudziału w tym oszukańczym procederze, w samodzielnym budowaniu sobie obszerniejszego więzienia, w zapewnieniu sukcesu komunistycznej strategii, nie są w stanie usprawiedliwić żadne argumenty.”
Nic dodać, nic ująć. Kolejne miesiące i lata w pełni potwierdziły trafność powyższej prognozy. Udział w porozumieniu z komunistami oznaczał w pierwszym rzędzie zgodę na zamazanie rzeczywistości i to nie tylko przed samym sobą. „Polacy wybrali wolność (wedle swojej miary i wagi) – widać taka im wystarczy” – domniemywać poczęły establishmenty świata.
Dajmy jednak spokój zachodnim politykom oraz ich reakcjom na wydarzenia roku 1989. Nie po raz pierwszy w zetknięciu z bolszewicką prowokacją wykazali ignorancję. Zważywszy aurę tego czasu, ich naiwność może być do pewnego stopnia usprawiedliwiona. Tym razem nie oni oszukiwali, a padli ofiarą oszustwa.
O wiele ciekawsza wydaje się reakcja ludzi, którzy jeszcze wiosną 1989 roku twierdzili słusznie, że współudziału w oszukańczym procederze nie mogą usprawiedliwić żadne argumenty. Co stało się z grupką antykomunistycznych działaczy skupionych w kilku partiach? Na jak długo starczyło im animuszu, wytrwałości, uporu, aby przeciwstawiać się dyktatowi bolszewickiej koalicji, zanim zdecydowali się na współudział w „oszukańczym procederze”?
Nie minął nawet rok od bojkotu czerwcowych wyborów a przedstawiciele wszystkich bez wyjątku antykomunistycznych organizacji odnaleźli swoje miejsce w korycie nurtu „demokratycznych przemian”. Ujawniono podziemne struktury i rozpoczęto działania w oficjalnych instytucjach politycznych peerelu, biorąc udział w wyborach (casus Morawiecki), a nawet zgłaszając akces do komitetów obywatelskich przy… Lechu Wałęsie (ldpn).
Cóż spowodowało tak radykalną odmianę? Czyżby „sejm kontraktowy” zdobył nagle w ich oczach legitymację? Jaruzelski wymazał swoją komunistyczną przeszłość? „Wicepremier” Kiszczak okazał się szczerym demokratą? Tadeusz Mazowiecki wyrósł na przywódcę wolnościowego zrywu? Jaki element gry politycznej przekonał wątpiących? A może żaden? Może to jedynie swąd ulatniającej się koniunktury na antykomunizm, radykalizm, konsekwencję? Czy rzeczywiście naiwnie sądzili, że wyjście na powierzchnię pozwoli na odwrócenie biegu spraw?
Coraz popularniejszy staje się obecnie pogląd, że „rewolucja” roku 1989 była komunistyczną prowokacją, która jednak wymknęła się z rąk planistów. Tak można bez końca i do zanudzenia. Rzecz w tym, że AD 1990 myśl podobna nie mogła zagościć w umyśle w miarę rozgarniętego antykomunisty, pilnego studenta bolszewickiej tradycji, dzieł Mackiewicza, czy choćby tez wyartykułowanych przez Golicyna (te ostatnie znane były dzięki obszernemu, w formie broszury, streszczeniu niejakiego Józefa Darskiego). Nie było takiej opcji, iluzji, prowokacji, na którą bolszewicy złapać by mogli któregoś z owych doświadczonych antybolszewików. Jedyne co było to przemożne pragnienie wyjścia z mysiej dziury, czy, jak kto woli, chęć „współudziału w /…/ oszukańczym procederze, w samodzielnym budowaniu sobie obszerniejszego więzienia”.