Kapitan Klos w drugim prlu
Smarkateria pokłóciła się na temat jakiegoś prlowskiego serialu. Jeden drugiemu nawyzywał, a potem się przestraszył i poprosił mnie, starca, żebym interweniował. Jeden niedorostek uważa się za „antykomunistę”, a drugi nawet za „Ostatecznego Łowcę Komuchów” („komuchów”, nie „koniuchów”). Zbyt stary ze mnie chrzan, żeby się w takie rzeczy wdawać. Odmówiłem więc bez przykrości, bo ani mnie ziębią, ani grzeją, spory między młodzikami, a spory o prlowską produkcję telewizyjną, mogłyby się równie dobrze odbywać na księżycu, jeśli chodzi o moją skromną, starczą i chrzanową osobę, której zastały reumatyzm nie pozwala nachylać się nad żywiołkami drobniejszego płazu. Odmówiwszy, zapytałem grzecznie na pożegnanie, o jaki film poszło… O, ja naiwny! Dziecko, a nie żaden stary chrzan. Zęby zjadłem na prlowskiej formie i prlowskiej treści – albo raczej „zębym zjadł”, jak to mawiał Bezzębny do Rzeźniczomordego w nieśmiertelnym sporze o Formę – a tu masz, taki placek. Przecież wiem doskonale, jak to działa: najpierw zadynda coś na niteczce, błyśnie tylko na chwilutek, człowiek – zwłaszcza taki stary chrzan jak ja – ma się na baczności, obserwuje z dala – ho ho! mnie się tak łatwo nie da wciągnąć! – ale ani mrugniesz, a już cię mają. Złapany, omotany, wciągnięty jak w bagno, schwytany w pułapkę i zbałamucony. Okazało się, że młódź pokłóciła się o serial pt. Stawka większa niż życie.
Poróżnili się pozornie o drobiazg: czy był to „naprawdę niezły serial sensacyjny, który z przyjemnością można oglądać i dziś”, czy nachalna bolszewicka propaganda. Nie widzę sprzeczności pomiędzy tymi dwoma stwierdzeniami, więc gdyby tylko o to chodziło, to pozwoliłbym szczeniakom kłócić się dalej. Filmy Sergiusza Eisensteina, np. Październik czy Pancernik „Potiomkin”, są nachalną bolszewicką propagandą, a jednocześnie wielkimi dziełami sztuki filmowej. Symfonie Dymitra Szostakowicza to są „naprawdę niezłe kawałki, których słucham z przyjemnością i dziś”, choć wiele z nich zostało wykorzystanych dla celów sowieckiej agit-prop. To są w stanie zrozumieć nawet młodzieńcy z mózgami rozmiękczonymi przez internet i inne świństwa. Ale sprawa ze Stawką większą niż życie jest bardziej skomplikowana i w jakimś sensie bardziej znacząca choćby z prozaicznych względów. Otóż prlowski serial nie jest dziełem sztuki, nie ma nawet takich pretensji, i być może dzięki temu właśnie ma – wraz z drugim podobnym dziełem pt. Czterej pancerni i ich suka czy jakoś tak – od czterdziestu lat zdumiewający wpływ na mieszkańców prlu.
Oczywiście najprostsza odpowiedź na smarkate zapytania jest taka, że wszystkie dzieła sztuki, cała literatura i produkcja filmowa krajów komunistycznych, jest częścią ich wysiłku propagandowego. Propaganda bowiem nie składa się tylko z wierszy o ustach towarzysza Stalina, co były jak malina; nie tylko z czerwonych plakatów wysławiających przewodnią rolę partii, nie tylko z produkcyjniaków, ale także z bardziej subtelnych wysiłków. Kiedy na przykład towarzysz Jeremi Przybora pisał swoje burżujskie Kabarety Starszych Panów, z galerią reakcyjnych postaci, to nie była to przecież produkcja podziemna, nie była to wcale działalność poza marginesem kontroli. Wręcz przeciwnie, Przybora i Wasowski przyczynili się swym kabaretem do stabilizacji prlu, a także do ukazania obrazu prlu jako normalnego państwa. A ten dreszczyk, który przenikał prlowskich telewidzów, gdy słyszeli o problemach z marsjańską ankietą personalną, gdzie w rubryce „pochodzenie” trzeba było wpisać „były Ziemianin”, ta emocja i wyszeptane z wypiekami na twarzy „jak im to cenzura puściła?”, to już należało do folkloru prlowskiego razem z wybrykami kabaretu „Dudek” czy „Pod egidą”. Prześmiewcom zawsze łatwiej. Rejs Piwowskiego także należy do tej kategorii, jest z jednej strony obrazem rzeczywistości prlu, a z drugiej strony listkiem figowym, bo przecież nie jest tak źle, skoro dają kręcić takie filmy…
Serial o bohaterskim kapitanie Klosie (wiem, że pisze się to nazwisko przez dwa „s”, ale jestem upartym starzykiem i pozostanę przy pisowni, która lepiej oddaje prlowską proweniencję kapitana) jest innego gatunku. Tu nie ma dialektyki, subtelnej gry, jak w kabaretach, tu jest jasne przesłanie propagandowe. Przesłanie, które jest przemycane pod pokrywką sensacyjnej rozrywki, pod przykryciem patriotycznego triumfu nad wrogiem. Myśl przewodnia propagandy da się tu ująć w jednym słowie: wyzwolenie. Polska została wyzwolona spod niemieckiej okupacji przez ludowe wojsko polskie, walczące u boku armii czerwonej. Ta teza jest wbijana Polakom do głów od sześćdziesięciu lat z górą i większy sukces w jej propagowaniu odniosły seriale o Klosie i czterech pancernych niż walka z antykomunizmem.
Kim jest kapitan Klos? Do niewoli sowieckiej dostaje się oficer Abwehry, Hans Kloss. Polski oficer wywiadu, który jest niezwykle fizycznie podobny do Klossa, ofiarowuje swe usługi sowieciarzom i jest odtąd agentem sowieckim w niemieckim kontrwywiadzie. Ale skąd wziął się polski oficer w sowietach? I dokładnie kiedy „zaofiarował swe usługi”? W latach 1939-41, gdy Polska zaatakowana z dwóch stron podzielona była na dwie strefy okupacyjne? Kiedy setki tysięcy deportowano do Kazachstanu, a dziesiątki tysięcy zginęły bez wieści? Przed mordem katyńskim czy po? Czy może po czerwcu 1941 roku, kiedy rząd Sikorskiego postanowił machnąć ręką na agresję 17 września i ukuł tezę o „sojuszniku naszych sojuszników”? W każdym wypadku, „polski” oficer byłby dla sowieciarzy niezwykle podejrzany i wysłanie go na tak niebezpieczną misję, w której łatwo ludzie Canarisa obrócić mogli agenta przeciw jego szefom – mało prawdopodobne. Chyba że… chyba że „polski oficer” był w sowietach od dawna, bo nie był żadnym Polakiem, ale komunistą.
Pierwowzorem Klosa był Artur Ritter-Jastrzębski, oficer nkwd i gru, członek kpp i ppr, ale co ważniejsze, zaufany agent sowiecki. W istocie ufano mu tak bardzo, że przerzucono go do Warszawy wraz z żoną i dwojgiem dzieci. Tu rozpracowywał emigrację rosyjską, ale także brał udział w akcji przeciwko AK w lutym 1944 roku, kiedy to na ul. Poznańskiej komuniści przejęli archiwum AK, po czym Ritter przekazał je Gestapo. W 1945 roku znalazł się w ub, jako szef wydziału do walki z podziemiem. Potem był jeszcze politrukiem i prlowskim attaché w Rzymie. Służył wiernie przez całe życie. Tylko komu? Polsce? Czy raczej wrogiemu mocarstwu, które zaatakowało Polskę w 1939 roku, zajęło połowę jej terytorium, po czym powróciło w latach 1944-45 i zajęło całość?
Stawka większa niż życie nie jest historią życia Rittera. Jest, jak słusznie mówił jeden z kłótliwych wyrostków, filmem sensacyjnym, w którym widz z łatwością, niepostrzeżenie przyjmuje czarno-biały schemat „wróg-swój”. Ale też na tym właśnie polega propagandowa siła takich filmów, że największego wroga pokazuje się jako swojego. Nie trzeba wówczas mówić wprost, bo rzecz rozumie się sama przez się: kiedy przyszli „swoi”, to przynieśli wyzwolenie. I tak mąci się klarowne wody: zamiast okupacji mamy „wyzwolenie”, zamiast wroga „sojusznika”. Zamiast terroru „walkę z reakcją”, zamiast bohaterów „zaplutych karłów”, zamiast prawdy Stawkę większą niż życie, zamiast Wolnej Polski prl nr 2.
Tak, konsekwencje niedostrzegania potężnej dawki propagandowej takich dzieł, są aż tak poważne. Powody, dla których było możliwe przeprowadzenie skomplikowanej operacji „rewolucyj ‘89”, są złożone, ale podstawową konstatacją bolszewików w owych czasach musiał być poziom sowietyzacji. Jeśli poziom sowietyzacji w Polsce był taki, że kapitan Klos, Gustlik i pancerne suki, wznosili się na nowe szczyty popularności, to można było zdobyć się na manewr pozornego oddania władzy, bo co mogło im grozić? A jakie są szanse dziś na wyjście z marazmu prlu nr 2, skoro w Roku Pańskim 2009 otwiera się muzeum Hansa Klosa, oficera nkwd, polskiego bohatera walki z faszyzmem? Żadne.
Klos, tak samo jak Ritter, poświęcił życie zniewoleniu Polski, oddaniu jej w ręce sowieckie i przekuciu społeczeństwa z polskiego na sowieckie. Ten proces zwykło się nazywać sowietyzacją. Popularność filmu, który świętuje sukcesy oficera nkwd w walce o oddanie Polski sowieckiemu najeźdźcy, jest tej sowietyzacji przerażającym znakiem, bo oto film o zniewoleniu, uznany został przez całe pokolenia Polaków za film o wyzwoleniu. Czy można sobie wyobrazić coś bardziej obraźliwego?
Od Redakcji: Jeden z redaktorów Wydawnictwa Podziemnego zwrócił się do Starego chrzana z prośbą o interwencję w sporze, który rozpoczął się na innej stronie i potoczył się, jak zwykle, swoimi torami. Stawka większa niż życie była wyłącznie drugorzędnym przykładem w argumentacji jednego z dyskutantów, ale stała się punktem wyjścia innego sporu. Dziękujemy Staremu chrzanowi za jego uwagi. Musieliśmy zmienić jego idiosynkratyczną interpunkcję i pisownię niektórych wyrazów, żeby uczynić tekst bardziej zrozumiałym. Jestem pewien, że Stary chrzan nie będzie miał o to żalu, a zresztą, on nie ma dostępu do internetu.
Porównaj Krasowskiego marzenie o całowaniu http://ellenai.salon24.pl/