Polski październik i okrągły stół. Część IV
Anatolij Golicyn i sentymentalna panna S
„Ponieważ Zachód nie zdołał zrozumieć ani strategii komunistycznej, ani potęgi dezinformacji, ani uznać faktu zaangażowania do nich wszystkich zasobów służb bezpieczeństwa i wywiadów Bloku, z agentami wysokiego szczebla, posiadającymi wpływy polityczne, pojawienie się Solidarności w Polsce zostało przyjęte jako spontaniczne wydarzenie, porównywalne do Powstania Węgierskiego z roku 1956 i zwiastujące upadek komunizmu w Polsce.” Anatolij Golicyn
Z punktu widzenia uczestnika tamtych wydarzeń – obojętne, związkowca czy studenta, czy choćby zaciekawionego obserwatora, który przeżył owych szesnaście miesięcy z sentymentalną panną S – główna zaleta analizy Golicyna jest jednocześnie gigantycznym przeoczeniem i źródłem ciągłej irytacji. Golicyn pomija całkowitym milczeniem to, co dla nas wówczas było najważniejsze: ekscytację. Intelektualne, duchowe, jakkolwiek to nazwiemy, podniecenie wydarzeniami wokół, zachłyśnięcie się wolnością, uniesienie, w jakie wprawiało wszystkich odkrywanie prawdy, to bezustannie powtarzane: „Ach! Więc to tak było naprawdę!…” Wszystkich? Nie, na pewno nie wszystkich, na pewno nie rzekomych 10 milionów członków Solidarności, ale z pewnością wielu. I tych wielu wystarczyło dla stworzenia rozgorączkowanej atmosfery intelektualnego wrzenia. Ów porywający ferment duchowy, niezapomniany stan ciągłego poruszenia, przyczynił się do stworzenia mitu – mitu sentymentalnej panny S. Ten sam głód wiedzy i to samo odurzenie musieli odczuwać uczestnicy i obserwatorzy wydarzeń praskiej wiosny, a także ludzie w Budapeszcie w 1956 roku. Jak można zarzucać im brak spontaniczności?! Samo wzburzenie było bez wątpienia autentyczne we wszystkich trzech wypadkach, choć prawdopodobnie tylko najwcześniejszy z nich nie był manipulowany.
Ale czy nie tkwi w tej ostatniej tezie wewnętrzna sprzeczność? Czy zachowania ludzkie mogą być jednocześnie autentyczne i manipulowane? W najprostszym sensie, oczywiście mogą. A to dlatego, że autentyzm jest osobistym odczuciem, a manipulacja jest obiektywnym faktem, a także z tego powodu, iż najskuteczniejsza manipulacja pozostaje tajemnicą dla jej przedmiotu. Brzdąc pełza na czworaka po podłodze, w swoim przekonaniu dążąc uparcie do jakiegoś celu, ale nie ma pojęcia o tym, że ojciec stworzył mu „tor przeszkód”, który skierował go do tego celu. Nie inaczej niestety jest z dorosłymi ludźmi, a już zwłaszcza wtedy, gdy pozwolą przemienić się w masy, bo masami manipulować jest łatwo.
„Podszedł z brudną w mydlinach wodą w miednicy i pokazał: ledwo widoczne drgnienie ręki i woda chlapie w jedną stronę, ledwo widoczne drgnienie drugiej ręki i woda przelewa się z powrotem. – To są masy. Rozumiesz? Masy wodne, czy masy ludzkie, na jedno wychodzi. – Chlusnął z obrzydzeniem brudną wodę na klepisko chaty. – I tyle samo warte, co te pomyje po mnie, Janie Wiktorowiczu.”
Paradoks jest chyba jednak głębszy, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Manipulatorom zależy bowiem w pierwszym rzędzie na autentyzmie zachowań. Powodzenie każdej prowokacji opiera się na spontanicznych działaniach. Bez udziału spontanicznych uczestników, prowokacja składałaby się z samych agentów, co mijałoby się z celem. Spontaniczność zachowań jest tak istotna, że można nawet powiedzieć, iż są one pośrednio jej celem: prowokuje się właśnie autentyczne poczynania.
Książki Golicyna zwrócone były do czytelników zachodnich, nie interesowało go, co myśleli o wydarzeniach ich bona fide uczestnicy – tym ciekawszy powinien być dla Polaków jego punkt widzenia. A zatem kiedy Golicyn pomija milczeniem to, co nam wydawało się najważniejsze w epoce Solidarności, to jest niezmiernie irytujący, ale jednocześnie fascynujący, ponieważ wznosi się ponad nasze własne zaślepienie, daje dystans tam, gdzie nie mogliśmy go mieć. Patrzy na nasze – przyznajmy, trochę infantylne, bardzo sentymentalne i wstydliwie panieńskie – upojenie, z chłodnym obiektywizmem i twierdzi, iż nie sposób zrozumieć, co się wydarzyło, jeśli patrzy się na ów okres jako ciąg spontanicznych wydarzeń. Dajmy więc spokój melancholii wspomnień o bezustannych dyskusjach na temat „podmiotowości”, o nie kończących się zebraniach, których celem było np. ustalenie metody głosowania, o manifestacjach, strajkach i nielegalnych wydawnictwach – a w zamian przyjrzyjmy się sentymentalnej pannie z surowością i bez sentymentów.
Wzoru dla okresu Solidarności ponownie dostarczyła prowokacja polskiego października (muszę podkreślić raz jeszcze, że to nie jest teza Golicyna). Wydaje się, że pierwsze strajki w lecie 1980 roku wybuchły spontanicznie, tak samo jak zamieszki w Poznaniu w 1956 roku, jednak tym razem, zamiast strzelać do demonstrantów, kompartia czekała z gotowym planem. Stworzyć należało pozory, że wszelkie ustępstwa dokonywane są z niechęcią i tylko pod największym naciskiem ze strony społeczeństwa. Żadne jednolite społeczeństwo oczywiście nie istnieje, a nie istniejąc, nie może naciskać, ale istnieją grupy ludzi, którzy występują w imieniu społeczeństwa, samozwańczo utrzymując, że je reprezentują. Dokonywanie ustępstw wobec nacisku ze strony tych grup, nadało im (grupom, nie ustępstwom) niespotykany dotąd pod komunizmem, i stale rosnący autorytet – i to właśnie było celem nadrzędnym całej prowokacji. Ich prestiż został przypieczętowany aresztowaniami i prześladowaniami stanu wojennego. Czy mam nazywać te grupy po imieniu? Dam spokój. Wystarczy powiedzieć, że wszyscy zasiedli w kilka lat później wokół okrągłego stołu z tymi samymi bolszewikami, którzy tak ciężko się napracowali, by nadać im autorytet.
Golicyn przypomina niejaką Zofię Grzyb, jako dowód na infiltrację Solidarności. Nie wydaje mi się, żeby miał w tym punkcie rację. Towarzyszka Grzyb zasiadała w politbiurze i jednocześnie należała do Solidarności, z czego niewiele naprawdę wynika. Są poważniejsze dowody na istotną zbieżność celów komunistów i Solidarności niż tow. Grzyb czy legitymacja partyjna Bogdana Lisa, i Golicyn wylicza je sumiennie: uznanie przewodniej roli kompartii, dostęp do kontrolowanych przez państwo mediów, łatwość z jaką przywódcy Solidarności podróżowali zagranicę itd.
Solidarność była w oczach Golicyna „produktem dojrzałego socjalizmu”. Innymi słowy, mogła zaistnieć wyłącznie w społeczeństwie skutecznie zsowietyzowanym. Teza postawiona przez Jadwigę Staniszkis jesienią 1980 roku najlepiej określa podsowiecki charakter Solidarności: „samoograniczająca się rewolucja”. Staniszkis miała na myśli głównie to, co zobaczyła na własne oczy w stoczni gdańskiej. Opisywała pseudo-rewolucjonistów, którzy odmawiali przejęcia władzy. Gdyby nawet jakimś cudem komunizm zniknął, to nie kiwnęliby palcem, żeby wypełnić tak powstałą próżnię. Wręcz przeciwnie, Wałęsa nazwałby taki cud prowokacją!
Jako motyw stworzenia Solidarności, Golicyn podaje „poszerzenie bazy politycznej dla partii komunistycznej wewnątrz związków zawodowych oraz przekształcenie wąskiej, elitarnej dyktatury Partii, w leninowską dyktaturę całej klasy pracującej, która ożywiłaby polski system polityczny i ekonomiczny”. „Poszerzenie bazy” to w terminologii Golicyna tyle co „uwłaszczenie dysydentów”; mowa tu o stworzeniu szerokiego frontu o pozorach pluralizmu, zgodnie z doktryną „państwa całego narodu”. W takim „pluralizmie” będzie można następnie pozwolić na ostensywnie wolne wybory, ponieważ władza nie może wyjść poza krąg wspólnego frontu.
„Polskie związki zawodowe przed odnową cierpiały z powodu piętna kontroli partyjnej. Ewentualne próby zastosowania leninowskich zasad do tworzenia nowej organizacji związku zawodowego poprzez odgórne decyzje rządowe, nie usunęłyby tego piętna. Nowa organizacja musiała więc jawić się, jako utworzona całkowicie od dołu. Jej niezależność musiała zostać ustanowiona poprzez starannie wykalkulowaną i kontrolowaną konfrontację z rządem.”
Starannie wykalkulowana i kontrolowana konfrontacja, w której szeregowym uczestnikom wydawało się, że biorą udział w spontanicznej i wolnej od zewnętrznych wpływów organizacji. Ta organizacja, pod portretem Lenina, z Międzynarodówką na ustach, łącząc się solidarnie z proletariuszami wszystkich krajów, miała stanąć przeciw leninowskiej partii… I w ten sposób Solidarność zdołała znieść „piętno kontroli” z wielu aspektów podkomunistycznego życia, nie znosząc wcale kontroli. Ta sama taktyka, która odniosła niespodziewany sukces w 1956 roku, stała się od początku lat 60. świadomym wzorcem. Poprzez kontrolowaną konfrontację tworzyła się koncesjonowana opozycja.
Nawiasem mówiąc, czy można się dziwić, że Józef Mackiewicz pisał w tamtych czasach o „powszechnym chceniu, aby być oszukanym”? Dostrzegał wówczas to, czego nikt inny nie chciał widzieć. Zakrzyczany na emigracji i nieznany w prlu, pisał w 1982 roku:
„Niewątpliwie, ruch Solidarności w PRL nie był nigdy dążącym do obalenia komunizmu, lecz do ulepszenia go. Poprawienia, zarówno warunków ekonomicznych, jak i społecznych. – Więcej chleba i wolności! Był w tym konsekwentny. Zgodził się na dominującą rolę partii komunistycznej, byle w jej polsko–katolickim wydaniu. Nie można zresztą dążyć do czegoś (obalenie ustroju), gdy się samo takie dążenie (kontrrewolucja, użycie siły, etc., etc.) przezywa oszczerstwem, prowokacją etc. W tym swoim dążeniu do Porozumienia Narodowego znalazł też pełne poparcie ze strony Kościoła. Od prymasa Wyszyńskiego począwszy, na papieżu Janie Pawle II skończywszy. I tu rozwarła się dziedzina niekonsekwencji, a częściowe zakłamanie w słowach i hasłach, gestach i komentarzach, przymykanie oczu na rzeczywistość. Bo: porozumienie narodowe z kim?”
Kościół i koncesjonowana opozycja zmierzały w tym samym kierunku, co kompartia. Praca nad fundamentami państwa całego narodu została ukończona.
Sowieccy stratedzy mieli także szersze zyski na oku. Istnienie Solidarności miało utwierdzić polityków Zachodu w przekonaniu o słabości bloku, a jednocześnie o powszechnej i zasadniczej akceptacji systemu, skoro nawet opozycja nie pragnęła go zmienić. Z taktycznego punktu widzenia, Solidarność mogła się przydać do „propagowania wspólnych działań z wolnymi związkami zawodowymi, socjaldemokratami, katolikami oraz innymi grupami religijnymi, dla dalszego wspierania celów strategii komunistycznej w krajach wysoko rozwiniętych” czyli ogólnej strategii rozbudowywania lewicowych wpływów, którą Gramsci nazywał eufemistycznie „marszem przez instytucje”.
Golicyn pisał o Solidarności w 1984 roku i tak określał sens sowieckiej strategii:
„Utworzenie Solidarności i początkowy okres jej działania jako związek zawodowy, może być odczytywane jako eksperymentalna, pierwsza faza polskiej ‘odnowy’. Mianowanie Jaruzelskiego, wprowadzenie stanu wojennego, oraz zawieszenie Solidarności, stanowi drugą fazę, przeznaczoną na wprowadzenie tego ruchu pod ścisłą kontrolę oraz zapewnienie stanu politycznej konsolidacji. W trzeciej fazie można oczekiwać [podkreślam raz jeszcze: pisane w roku 1984!], że zostanie uformowany rząd koalicyjny, skupiający przedstawicieli partii komunistycznej, reprezentantów reaktywowanej Solidarności oraz Kościoła.”
Drugą i trzecią fazą, czyli stanem wojennym i okrągłym stołem, zajmiemy się w dalszym ciągu tych rozważań. Ale co się stało z sentymentalną panną S? Przeszła do legendy. Długowłosi chłopcy „tęsknili za nią jak idioci”, i choć surowo było to zabronione „malowali imię jej na płotach, listy pisali jej ulotne na czarnych bębnach powielaczy”.
„Oczom zdumionej publiczności,
Gdy ukazała się w teatrze,
Nie była w pełni w moim typie,
Ale lubiłem na nią patrzeć.
Szczególnie kiedy w pierwszym akcie
W tej scenie z długowłosym chłopcem
I młodym w kasku robotnikiem
– jakbyśmy byli w Europie.
Pstrymi barwami swych plakatów
Zdobiła naszych ulic szarość
– jakbyśmy byli w Europie –
Bez krwi i szminki makijażu.
Nie była w pełni w moim typie,
Szczególnie raził mnie jej język.
I żyłem znowu trochę z boku
I tak jak zwykle bez pieniędzy
Nie była w pełni w moim typie,
Ale lubiłem to, że jest.
Trochę złośliwie ją nazwałem:
Sentymentalna panna S.”
Ale sentymenty nie są nigdy dobrym doradcą. Zwłaszcza w polityce.
Wszystkie cytaty z Anatolija Golicyna pochodzą z: Nowe kłamstwa w miejsce starych, komunistyczna strategia podstępu i dezinformacji, op. cit.
Inne źródła: Józef Mackiewicz, Lewa wolna, Zwycięstwo prowokacji
Jan Krzysztof Kelus, Sentymentalna panna S.