Zamknij
Michał Bąkowski

Wraża pieczeń

18 listopada 2008 |Michał Bąkowski, Wycisk Prezesa
Źródło: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2008/11/18/wraza-pieczen/

Asumpt do niniejszych rozważań dały artykuły profesora Jacka Bartyzela zamieszczone na www.konserwatyzm.pl oraz dyskusja z nimi związana. Pierwszy tekst profesora [1] zwrócony był bezpośrednio pod adresem samego Prezesa Wielomskiego we własnej osobie i dotyczył uczestnictwa w Paxie. Bartyzel, słusznie w moim przekonaniu, wskazywał oraz szeroko uzasadniał, że nie może być jakiejkolwiek analogii pomiędzy oczywistą agenturalnością Paxu a zachowaniem de Bonalda wobec Napoleona czy uczestnictwem Dmowskiego w Dumie. Zwracał się wprost do Prezesa tymi słowy:

„Czy naprawdę Autor nie widzi żadnej różnicy pomiędzy zasiadaniem w fasadowym Sejmie PRL z nominacji Luny Brystygierowej czy Zenona Kliszki a byciem wybranym do Dumy jako autentyczny reprezentant narodu (wiem, że to „legitymizacja demokratyczna”, ale nie dyskutujemy przecież na płaszczyźnie ideowej i ustrojowej, tylko pragmatycznej)?”

Nie, Prezes nie widzi. Prezes omamiony swoim rzekomym „realizmem” i pokrzepiony łatwością z jaką obrzucać może swych oponentów epitetem „romantyków”, nie jest zainteresowany rzeczowymi argumentami – ale nie on jest przedmiotem niniejszych refleksji. Bo oto w dyskusji, jaka wywiązała się w związku z artykułem Profesora, Mirosław Habowski zapytał autora, co, zważywszy jego stosunek do Paxu, „skłoniło go do publikacji kilkanaście lat temu na łamach kolaborującego z PRL-em Tygodnika Powszechnego”?

Pytanie wydaje mi się uprawnione, ponieważ Powszechny Obłudnik, wraz z całą grupą Znaku, stał bez wątpienia na gruncie legalności prlu (delikatnie mówiąc, bo mówiąc wprost także był agenturą). Jednakże Bartyzel dostrzegł w pytaniu wyłącznie „wycieczkę osobistą” oraz zarzucił polemistom sprowadzanie dyskusji do absurdu:

„Sugerowanie, że naganną z moralno-patriotycznego punktu widzenia kolaboracją jest współpracowanie z jakimkolwiek pismem, które ukazywało się w okresie PRL, ma dokładnie tyle sensu, co twierdzenie, że kolaborantem był każdy, kto przyjmował podówczas dyplom ukończenia szkoły wyższej. Pogląd ten przenosi w taki rejon absurdu, z którym dyskutować racjonalnie niepodobna.” [2]

Zbyt wysoko cenię Profesora, żeby mu stawiać zarzuty, nie mogę się wszakże oprzeć wrażeniu, że powyższy cytat z profesorskiej repliki jest bardziej winny błędu reductio ad absurdum niż rzekomo impertynenckie pytanie Habowskiego, ponieważ uczęszczanie na wyższe uczelnie czy przyjmowanie dyplomów jest aktem innej kategorii niż publikacja artykułu. To raczej Habowski jest w powyższej dyspucie konsekwentny:

„Wszak to ja wystąpiłem w obronie tej organizacji [tj. Paxu] przed zarzutami ze strony Pana Bartyzela, przypominając mu, że przyjmując tak stanowcze stanowisko w sprawie kolaboracji z PRL może sam się spotkać z podobnym co Piasecki zarzutem. Nie mam pretensji, że pan Bartyzel publikował w koncesjonowanym przez komunistyczne władze Tygodniku Powszechnym, Ładzie czy Znaku (zwłaszcza, że pisał znakomite artykuły). Mam natomiast pretensje o to, że teraz przyjmuje pozę twardego antykomunisty w stylu Mackiewicza.”

Nie muszę dodawać, że jestem całym sercem przeciwny stanowisku Habowskiego, nie można mu jednak odmawiać logiki i konsekwencji poglądów. Z jego punktu widzenia, prl był państwem polskim i cokolwiek czyniło go bardziej znośnym było mile widziane. Problem wydaje mi się jednak głębszy, niż by na to wskazywała dotychczasowa dyskusja i chyba godny poważniejszego rozważenia. Jest to problem „wrażej pieczeni”, jak to określił Henryk Elzenberg, nb. kolejny wybitny współpracownik Znaku.

Elzenberg sformułował trudność w taki mniej więcej sposób: rozpaliłem sobie swoje uczciwe ludzkie ognisko i piekę sobie w tym uczciwym ogniu moją własną ludzką pieczeń, gdy tymczasem podstępny wróg cichaczem i pokątnie piec począł w moim ogniu swoją wrażą pieczeń. Cóż wypada mi czynić? Czy mam obowiązek zgasić ognisko? Ale także z przeciwstawnego punktu widzenia: czy mam prawo ugasić ogień? Postawa i pisarstwo Elzenberga wyraźnie wskazują, że nie miał żadnych złudzeń co do tego, w jaki sposób bolszewicy wykorzystywać będą jego uczciwe ognisko – wykłady, publikacje, tłumaczenia klasyków – dla upieczenia swojej wrażej pieczeni, tj. dla stworzenia fałszywego obrazu prlu jako normalnego państwa, w którym tłumaczy się klasyków, publikuje Kłopot z istnieniem, wykłada aksjologię itp., ale pomimo to był zdania, że uczciwa pieczeń jest ważniejsza, i że cena jest warta zapłacenia. Być może cena nie była zbyt wygórowana, bo wśród jego słuchaczy znalazł się także młody Zbigniew Herbert i przyjaźń, jaka wywiązała się między nimi, była warta podtrzymania ognia, nawet jeśli bolszewiccy barbarzyńcy i to zdołali wykorzystać dla swoich celów.

Józef Mackiewicz natomiast na tak postawioną kwestię byłby bez wahania odpowiedział: natychmiast zgasić ogień! Nie wolno bowiem podejmować żadnych działań, które mogą być wykorzystane przez największego wroga ludzkości. Ceną zgaszenia ognia byłyby złamane kariery, ale być może, choć nie ma co do tego żadnej pewności, być może, bolszewizm mógł był zostać obalony.

Kiedy przed laty medytowałem nad problematem „wrażej pieczeni”, dotarłem niestety do klasycznego pata, który najlepiej ilustruje inne powiedzenie: psy szczekają, karawana jedzie dalej. Na pierwszy rzut oka, to jest jasne: przejściowy jazgot nie powstrzymuje kół historii. Ale kto tu jest psem, a kto karawaną, zależy oczywiście od punktu widzenia. Czy karawaną jest postęp komunistów na drodze do Świetlanej Przyszłości, gdy szczekaniem psów praca profesora Ingardena nad przekładem Krytyki czystego rozumu, Kanta? A może na odwrót? Karawaną byłby wówczas wąski strumyk godnych ludzkich działań, eseje Elzenberga i wiersze Herberta, gdy szczekaniem psów są komunistyczne gromkie plany na przyszłość. Otóż ja po prostu nie potrafię tego rozstrzygnąć. Widzę racje po obu stronach, ale też straszliwe pole do popisu dla bolszewickich prowokacji. Ów pat doprowadził mnie do myślowego kompromisu, co zawsze jest złym znakiem (bo w myśleniu trzeba być bezkompromisowym, gdy działanie jest dziedziną kompromisu), ale w tym wypadku wydawało mi się, że postawa Elzenberga była słuszna w prlu, a postawa Mackiewicza słuszna na emigracji (choć to jest intelektualnie mało satysfakcjonujące).

Życie pod komunistami – czy choćby w najlepszym z prlów, w dzisiejszej tzw. iiirp – jest bezustannym kompromisem, który w końcu prowadzi do kompromitacji każdą postawę. Ale bez kompromisów życie w takich warunkach nie jest w ogóle możliwe. Mackiewicz dostrzegał to jasno. W Drodze donikąd główny bohater zastanawia się, co będzie dalej i dochodzi do wniosku, że jego opór na dłuższą metę jest bez sensu. W prl też nie można było się opierać inaczej, niż to robił kor lub Solidarność, tj. legitymizując ich władzę. Jednym z nielicznych wyjątków było tu podziemie we wczesnych latach osiemdziesiątych, na krótko po wprowadzeniu stanu wojennego, ale też bardzo prędko przeflancowano je na „opozycję”.

Pytanie jest takie: czy można żyć pod bolszewikami, nie przestając legitymizować ich władzy, a jednocześnie pozostać wolnym (bo tylko będąc wolnym, można piec tę ludzką pieczeń)? Otóż wydaje mi się teraz, że można, choć tkwi w tym paradoks. Można zachować wolność, radykalnie dokonując biblijnego rozdziału: oddania cesarzowi co cesarskie, a Bogu co boskie. To znaczy, wyrzekając się polityki. Można żyć wolnym życiem, bo wolność jest wewnętrzna i wolnym można być nawet w więzieniu. Nie da się nie iść na kompromisy, zwłaszcza jeśli ma się rodzinę, ale można nadal próbować odciąć się od całej reszty. Tak żyło pod komunizmem wielu wspaniałych ludzi. Elzenberg jest klasycznym takiej postawy przykładem, nawet jeśli w oczach Józefa Mackiewicza byłby niczym więcej niż poputczikiem. Nie mam wątpliwości, że wykładając filozofię, tłumacząc klasyków, pisząc, przyczyniał się do stworzenia kłamliwego obrazu prlu jako normalnego państwa, ale jednocześnie tworzył w wolny sposób wartości, których oni tknąć nie mogli.

Elzenberg przeżył sowiecką i niemiecką okupację Wilna, pisząc do szuflady. W grudniu 1941 roku zapisał, że „na miejsce zwątpienia przyszło spokojne opowiedzenie się przy kulturze; zwiększenie poczucia jej wagi i dostojeństwa”.

„Umocnienie się w przekonaniu – nie! w afirmacji istotniejszej od wszystkich przekonań – że wbrew wszystkiemu te stare zręby warto podtrzymywać, śród świata zbrodni dźwigać ten gmach rozjaśnienia.”

Pozostał temu przekonaniu wierny poprzez wiele lat życia w prlu, ale przypuszczam, że nawet on sam byłby się zdziwił, widząc w jak niecny sposób przykroił go do swych celów Adam Michnik [3]. Próba sprowadzenia prawdziwie „ponadczasowej” filozofii Elzenberga do „myślenia na czas władzy głazów” jest zaiste zbyt już perfidną „wrażą pieczenią”. Być może wiedząc o michnikowym zamachu, nawet sam Elzenberg zdecydowałby się ugasić ogień…

Warto jednak pamiętać, że kiedy Bolesław Piasecki wchodził w układy z Luną Brystygierową, inni usiłowali z bronią w ręku walczyć przeciw bolszewickiej okupacji Polski. Zygmunt Szendzielarz, Łupaszka, też w jakiś sposób podtrzymywał ogień, ten sam ogień, któremu wierny pozostał Józef Mackiewicz na emigracji. Zapłacili za swoją wierność najwyższą cenę, zapłacili męczarniami w bolszewickich kazamatach i śmiercią, a nie wyrzuceniem z partii, jak prlowscy opozycjoniści.

A wracając do publikowania w prlowskiej prasie oraz studiowania na prlowskich uniwersytetach, to doprawdy żaden z tych aktów nie wydaje mi się „naganną z moralno-patriotycznego punktu widzenia kolaboracją”. Jest oczywiście możliwe, że nie dostrzegam wagi przestępstwa po prostu dlatego, iż nie czuję się powołany do wydawania „moralno-patriotycznych cenzurek”. Agenturalność organizacji takich jak Pax czy grupa Znaku wydaje mi się niepodważalna, ale ja nie będę rzucał kamieniem w posłów na sejm prl ani w publicystów Paxu (są od tej zasady wyjątki, jak np. Jasienica, były adiutant Łupaszki, który był zdrajcą, ale niech mu ziemia lekką będzie). Być może wartość przedsięwzięć takich jak szkoła św. Augustyna, w której miałem szczęście pobierać nauki, jak książki wydawane przez Pax, jak wydanie dzienników Elzenberga przez Znak, być może to wszystko usprawiedliwia tę wrażą pieczeń wysmażoną nam przez bolszewików i ich towarzyszy podróży. Wymagać trzeba zawsze w pierwszym rzędzie od siebie, toteż ja sam odmawiam udziału w jakichkolwiek prlowskich instytucjach, pozostaje bowiem dla mnie niezaprzeczalnym faktem, że dzisiejsza Polska jest w całej swej treści „państwowej”: legalną, moralną i kulturalną, polityczną, faktyczną i fizyczną kontynuacją prlu; że w sercu tego tworu leży tajny układ, określający granice suwerenności prlu bis, a pomimo to, wszelkie autorytety „moralno-patriotyczne” uznają ów twór za Wolną Polskę. I to jest prawdziwie wraża pieczeń, jaką udało się wrogom upiec w naszym uczciwie ludzkim ognisku.

 

1. O „zapisywaniu się do PAX-u”, http://www.konserwatyzm.pl/publicystyka.php/Artykul/1421/

2. Pro domo sua, http://www.konserwatyzm.pl/publicystyka.php/Artykul/1431/

3. A. Michnik, Filozofia na czas głazowładztwa, w: Dzieje honoru w Polsce. Wypisy więzienne, Paryż 1985

Źródło:
Adres artykułu: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2008/11/18/wraza-pieczen/
Kategorie: Michał Bąkowski, Wycisk Prezesa
Zamknij
 |  https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2008/11/18/wraza-pieczen/