Zamknij
Michał Bąkowski

Składany komunizm. Część I (*)

4 grudnia 2007 |Cykle, Michał Bąkowski, Składany komunizm
Źródło: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2007/12/04/skladany-komunizm-czesc-i/

Komunizm upadł.

„Skurczył się w sobie,
Chodzić nie może,
Zmniejszył się chyba o głowę;
Nie znam się na tym, ale wygląda,
Jakby miał żeber połowę.”

Komunizm, który od połowy XIX wieku krążył po świecie jak widmo, ale też ciążył nad światem w zupełnie nie-widmowy sposób; komunizm, który panował nad ponad połową ludzkości – zniknął, przepadł, ot, tak sobie. Potężna centrala międzynarodowego komunizmu w Moskwie po prostu zwinęła się w kłębek i znikła. To historyczne wydarzenie zostało spowodowane przez „nieudany przewrót sierpniowy w Moskwie”. Tak zwany Beton, z którego wywodzili się nieudaczni spiskowcy, skutecznie zniszczył kompartię, rozbił niesławnej pamięci aparat bezpieczeństwa, ale także zakończył zimną wojnę. Podchmieleni konspiratorzy zadali śmiertelny cios doktrynie marksizmu-leninizmu i w jednym, króciutkim wybuchu błyskotliwej niezdarności, olśniewającej głupoty, raźnego opilstwa i pryncypialnego niezdecydowania, zdemontowali potężny związek socjalistycznych republik sowieckich.

„The Party is over”, jak to ze smakiem określał popularny londyński The Sun. „Określał”, bo czynił tak bez ustanku od trzech lat. Na długo przed moskiewskim puczem, znawcy tych spraw ogłosili nieuchronny upadek komunizmu. Faktem jest jednak, że upadek komunizmu ogłaszano wielokrotnie wcześniej; w każdej niemal dekadzie, pod oświeconym przewodem każdego nowego genseka. Komunizm upadał, a potem… upadał znowu, i potem jeszcze raz. Może więc lepiej byłoby powiedzieć składał się i rozkładał, jak składana zabawka? Coś na kształt składanego komunizmu?

Ściśle rzecz biorąc, „zimna wojna” na przykład, skończyła się w połowie lat pięćdziesiątych, kiedy Malenkow, sowiecki premier i następca Stalina, przybył do Londynu. Czy składa się przyjazne wizyty w kraju, z którym jest się w stanie wojny, choćby „zimnej wojny”? Od tego czasu mieliśmy jedną odwilż, jedno odprężenie, jedną głasnost’, wiele spotkań na szczycie i jeszcze więcej rozmów telefonicznych między przywódcami. Zdarzały się także krótkie okresy jaśniejszej świadomości ze strony Zachodu, że nic się nie zmieniło, że to wszystko tylko prowokacja i że Sowiety naprawdę są Imperium Zła. Jednak odkąd Gorbaczow ogłosił radośnie, że wraz z prezydentem Bushem „pokonali zimną wojnę”, nagle świat cały zaakceptował nową wykładnię zimnej wojny i sowiecka interpretacja najnowszej historii stała się obowiązująca.

Tak wyglądał pierwszy filar nowej sowietologii: cieszmy się, radujmy się, bo wojna się skończyła (nawet jeśli była to tylko zimna wojna). Koniec wojny otwiera rynki zbytu i zupełnie nowe perspektywy robienia pieniędzy, trzeba było zatem przekonać inwestorów, że odtąd będzie można robić interesy.

Jeżeli zdefiniować komunizm przez odniesienie do raczej mglistej teorii i znacznie bardziej konkretnej praktyki centralnego zarządzania gospodarką (co samo przez się jest co najmniej dyskusyjne, ale krytyka tej fałszywej definicji przekraczałaby ramy tego artykułu), to komunizm upadł o wiele wcześniej, bo w 1917 roku, by nigdy się nie podnieść. Tymczasem w latach osiemdziesiątych, młodzi dziennikarze zachodni, zaszokowani poziomem życia w Sowietach, zdecydowali, że „komunizm dowiódł swej nieskuteczności”, że zatem jego upadek jest nieuchronny. W rzeczywistości jednak jakość życia pod Sowietami zmieniała się tylko na gorsze. Komuniści nigdy nie zamierzali podnieść poziomu życia – nic ich to nie obchodziło. Nie po to przejęli kontrolę nad produkcją i dystrybucją każdej główki kapusty, żeby uszczęśliwić ludzkość, ale dla samej kontroli. Czy ktokolwiek ośmieliłby się utrzymywać, że komunizm dowiódł swej nieskuteczności w kontrolowaniu? W ten sposób normalna gospodarka mogła być (a także faktycznie była oraz powinna być) utrzymywana w stanie permanentnego upadku, ponieważ „brak” jest lepszym instrumentem kontroli niż „dostatek”. Od samego początku, upadła gospodarka służyła jako instrument sowietyzacji wewnątrz, a w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych służyła także podtrzymaniu obrazu słabości: Sowiety są słabe, chaos gospodarczy jest tego najlepszym dowodem, jak można zatem twierdzić, że takie parciane mocarstwo kiedykolwiek zagrażało potędze Stanów Zjednoczonych?

Sowiety chętnie podkreślały swą rzekomą słabość, zupełnie tak samo jak kiedyś tworzyły obraz rzekomej potęgi, gdy na każdym kroku byli daleko z tyłu za zachodnią technologią. A jednak wydaje się, że przynajmniej w jednej sferze – w technologii wojskowej – zupełnie oczywista techniczna przepaść pomiędzy Ameryką a sowieciarzami, przestała istnieć na przełomie lat 80/90. Stało się tak głównie dzięki wysoce konkurencyjnej „alternatywnej gospodarce” pod sowiecką kontrolą. Podczas pierestrojki sowieckie instytuty badawcze i biura projektowe wyprodukowały cały arsenał nowoczesnej broni, na który Zachód nie znalazł odpowiedzi, ponieważ nigdy jej nie szukał.

MiG-29, żeby użyć najbardziej oczywistego przykładu, spotkał się z niedowierzaniem ze strony zachodnich ekspertów. Musieli być zdziwieni jeszcze bardziej niż nieszczęsny nabywca samochodu marki Łada był zadziwiony jakością swego pojazdu. Łada była produktem upadłej gospodarki i głównym celem jej istnienia było zadziwiać. Podczas gdy łodzie podwodne, helikoptery, karabiny, pociski balistyczne, czołgi i samoloty mają inne cele. Ciekawe, że te inne cele jakoś nie bardzo docierają do świadomości publicznej na Zachodzie. Nikt nie rozumie, co się tam dzieje, bo wszyscy są stale zadziwieni. Jak np. wytłumaczyć, że pomimo głodu, pomimo notorycznych „braków w zaopatrzeniu” (genialny eufemizm!), o których czytało się bezustannie za Gorbaczowa, a także później za Jelcyna, zachodnie samoloty myśliwskie nie wytrzymywały porównania z MiGiem-29? Doprawdy, jak to wytłumaczyć? Jak można nadal wierzyć w upadek komunizmu? A przecież na MiGu-29 się nie skończyło. Biuro projektowe Mikojana było w ostrej konkurencji z biurem Suchoja, którego Su-27 do dziś posiada światowy rekord w prędkości wznoszenia. Sowieckie – czy jak jest teraz w modzie mówić „rosyjskie” – lotnictwo jest dziś wyposażone w myśliwce MiG-33 i 35 oraz Su-35. Nie będę tu nawet wspominał rakiet międzykontynentalnych typu Topol-M, przeciw którym Ameryka nie ma żadnego systemu obronnego.

Wracając do końca lat osiemdziesiątych, masa oczywistych sprzeczności w opisie Sowietów domagała się jakiegoś wytłumaczenia. Sowietolodzy wymyślili więc nową, składaną wersję komunizmu (nie bez pomocy sowieckich przyjaciół). Stojąc wobec fenomenu państwa, które doprowadza ludność do granic powszechnego głodu, a jednocześnie wydaje miliony na budowę nowoczesnych systemów militarnych, obserwatorzy wskazali na słabość aparatu państwowego, jako wyjaśnienie paradoksu. Władze centralne były rzekomo tak słabe, że zajmowały się rakietami balistycznymi i samolotami myśliwskimi, a nie głodującą ludnością i w rezultacie nie potrafiły zapobiec rozpadowi związku. Czy nie jest oczywiste, że musiały być raczej niezmiernie silne, żeby móc sobie na to pozwolić? Jak meble z Ikei, można nagle komunizm złożyć, by go potem rozłożyć ponownie w całej okazałości.

Ale przecież Sowiety rozpadły się na naszych oczach. Musi to przyznać każdy! – Tak brzmiała trzecia teza wyznawców upadku komunizmu. Bałtowie byli wolni, Mołdawia przyłączyć się miała niebawem do Rumunii prezydenta Iliescu; Ukraina miała stoczyć walkę o niepodległość z „Rosją”. Azjatyckie republiki były tak bardzo wolne, że nawet poczęły wchodzić w układy z Ameryką.

Zastanówmy się jednak. Odkąd Królewiec nie nazywa się Koenigsberg, ale Kaliningrad, państwa bałtyckie straciły na znaczeniu – nikt już dziś nie będzie bić się o Inflanty. Podobnie wygląda sytuacja Besarabii, o którą toczono tyle wojen. Ukraina pozostaje bez wątpienia niezmiernie ważna strategicznie, ale czy „niepodległość” wywalczona pod przywództwem towarzysza Krawczuka i umocniona następnie przez „demokraturę”, warta była tej nazwy? To samo dotyczy wszystkich azjatyckich respublik z byłymi członkami politbiura w roli prezydentów.

Zyski z dezintegracji Sowietów były ogromne – dla Sowietów. Miliony dolarów płynęły do Moskwy w postaci już nie kredytów, nie zapomóg, ale inwestycji. „Gorbi” stał się politycznym mędrcem, do którego Zachód zwraca się w momencie kryzysu; NATO utraciło znaczenie; Ameryka rozbroiła się jednostronnie (nazywali to „dywidendą pokojową”).

Skoro jednak zyski były aż tak ogromne dla Sowietów, to czy nie wydaje się raczej dziwne, że zwlekali tak długo? Dlaczego nie udawali upadku wcześniej? Dlaczego na przykład opierali się „wyzwoleniu” państw bałtyckich? Jest psychologiczną prawdą, że słodycz zwycięstwa docenia się w prostej proporcji do oporu, jaki trzeba było pokonać na drodze do tryumfu. Poza tym opór nadaje pozory wiarygodności wycofaniu się. Jesteśmy w domenie propagandy, gdzie percepcja jest wszystkim. Ważniejsze jednak wydaje się, że przygotowywali się do tej zmiany od kilkudziesięciu lat, jak to trafnie wyraził towarzysz Kiszczak, nadzorca polskiej wersji składanego komunizmu: „Okrągły stół i stan wojenny, to były dwa końce tej samej polityki.”

Ktoś kto wierzy w upadek komunizmu, twierdziłby, jak sądzę, że jakiekolwiek były intencje władz sowieckich, w rezultacie zmian, które zaszły pod koniec osiemdziesiątych lat, ich wpływy zmalały. Czy jednak rzeczywiście tak się stało? Ich rola została początkowo zredukowana do roli koordynatorów polityki zagranicznej, reformy gospodarczej i dowództwa wojskowego. Kreml „opiekował się” arsenałem nuklearnym i rezerwami złota, podczas gdy prezydenci ludowi – Krawczuk, Nazarbajew, Jelcyn itd. – byli zajęci tworzeniem pozorów niezależnych państw. Jednocześnie ludzie tacy, jak Havel, Iliescu, Wałęsa i inni, zarządzać poczęli swymi republikami na swój własny sposób, wedle doktryny sformułowanej przez Gierasimowa, rzecznika Szewardnadze, od słów piosenki Sinatry: I’ll do it my way!… Tak więc doktryna Breżniewa została zastąpiona doktryną Sinatry.

Zachód zawsze pragnął pokojowej dezintegracji Sowietów. Wydawałoby się, że kiedy marzenia się realizują, skrupulatny sceptycyzm powinien był wypłynąć na powierzchnię. Bez rzetelnej falsyfikacji informacji tak chętnie podsuwanych przez sowieciarzy, niechybnie wyłonić się musiał obraz zabarwiony wishful thinking. Niestety, wrodzony ludzkiej naturze optymizm, odrzucić każe wieści, które nie pasują do różowego obrazu. Obserwatorzy widzą to, co chcą widzieć, a sowieciarze dostarczają im dowodów, potwierdzających słuszność ich analiz.

Mamy więc „cztery filary sowietologicznej mądrości”: koniec zimnej wojny, dla szerokiej publiki; upadek komunistycznego modelu zarządzania, dla biznesmenów; rozpad związku sowieckiego, dla wojskowych; a dla intelektualistów, uroczysty pogrzeb marksizmu-leninizmu. Oto bowiem ludzie sowieccy wyzwoleni zostali z obcęgów doktryny, mówią co chcą, są świadomi swej wolności.

Jest bez wątpienia prawdą, że Sowiety były przez całe dziesięciolecia objęte ciasnymi ramami doktryny, ale byłoby niesłusznym twierdzenie, że Lenin, Trocki, Stalin czy Chruszczow byli doktrynerami. Wręcz przeciwnie, byli niezmiernie giętcy i pełni inwencji. Ich twórcze podejście do taktyki w polityce, stało się zasłużenie charakterystycznym znamieniem bolszewickiej polityki; dowiedli wielokrotnie, że potrafią w niezrównany sposób dostosować swą taktykę do okoliczności. Ich ideologiczne wychowanie, wbrew powszechnemu mniemaniu, zachęcało i rozwijało takie podejście do taktyki. Leninowski NEP widziany w ideologicznych kryteriach był herezją (kolejny przykład „upadku komunizmu”, z czego jasno widać, że koncepcja „składanego komunizmu”, wywodzi się od samego Wołodii Ilicza); podobnie jak stalinowska teza o „socjalizmie w jednym kraju”; podobnie jak „destalinizacja” Chruszczowa. Niezależnie od taktycznych wolt, każdy z tych przywódców trzymał się podstawowych zasad marksizmu-leninizmu: długoterminowym strategicznym celem było dla nich zawsze panowanie nad światem.

Nawet państwo, które stworzyli, było wyłącznie narzędziem do osiągnięcia władzy absolutnej. Sprawy wewnętrzne tego „państwa” postrzegane były zawsze w kontekście sytuacji na międzynarodowej szachownicy. Pełna kontrola jaką mieli nad swą ludnością – m.in. dzięki doktrynie – umożliwiała im kształtowanie procesów wewnątrz tak, by zwiększać zyski na zewnątrz. Polityka wewnętrzna podporządkowana być musi wymogom polityki zagranicznej, ponieważ marksizm-leninizm jest doktryną polityki zagranicznej.

Gorbaczow był godnym następcą Ojców i Doktorów bolszewickiego kościoła i pozostał wierny leninowskim celom i leninowskim naukom. Skonstruował głasnost’ i pierestrojkę jako narzędzia propagandowej ofensywy na Zachód. Pierwszym celem była integracja Sowietów w globalną gospodarkę, zbudowanie „wspólnego europejskiego domu”. Cel strategiczny pozostał niezmieniony. Jego polityka rozwijania ścisłych związków gospodarczych z tzw. wolnym światem nie była niczym nowym. Połączenie sowieckiej ekonomii z normalną, wolną gospodarką wygląda trochę tak, jakby kto chciał zintegrować Atlantyk z kontynentem europejskim; w pierwszym rzędzie likwidujemy zapory przeciwpowodziowe…

Ruiny światowej gospodarki byłyby płodnym gruntem dla odrodzenia składanego komunizmu. Zanim to się jednak stanie, trzeba podbudować wrażenie, że komunizm upadł. Zostaliśmy więc potraktowani spektaklem zmieniania nazw ulic i miast, zakładania komitetów ocalenia tego lub odrodzenia owego, burzenia pomników. Ewentualnie można też zmieniać nazwy pomników, burzyć komitety, a odradzać ulice – dowolność jest wielka, bo energia ludzka daje się łatwo ująć w karby w takich przedsięwzięciach. Zmiany nazw są widomym znakiem przemian, gniew wyładowany na pomniku nikomu nie grozi, komitety wreszcie uniemożliwiają wybuch, nie pozwalają ludziom brać spraw w swoje ręce. Ciekawe, w jaki sposób pojawił się pomnik Stalina, twarzą w błocie, w moskiewskim parku, skoro nie było takiego pomnika w Moskwie? (The Times, 10.9.91) Nie wolno jednak sugerować, że ktoś cynicznie porzucił Stalina w parku, żeby zaspokoić gniew ludu! O, nie. To byłby nieodpowiedzialny konspiracjonizm. Komunistyczne władze miałyżby zakładać komitety przeciw sobie samym? Nie, doprawdy, to przecie idiotyzm.

Lenin uczył jednak, że wszechświatowa rewolucja jest celem, który usprawiedliwia wszelkie środki. Taktyczny odwrót, bądź wielka prowokacja, żeby mogły być przeprowadzone skutecznie, domagają się otoczenia tajemnicą zarówno planów jak i mechaniki ich koordynacji. Czy jest to konspiracja? Czy raczej sprawna manipulacja? Zadziwia mnie niezmiennie, że na przykład komentator, wskazujący na sposób, w jaki Michael Heseltine podpuścił Johna Majora do porzucenia poll tax (sztandarowej polityki Margaret Thatcher), jest „analitykiem politycznym”, a ktoś kto wskazuje na komunistyczną prowokację – „konspiracjonistą”. Mniejsza. Sowietologia daje skuteczny odpór „konspiracjonistom” i w zamian proponuje nieśmiertelną walkę o władzę jako wytłumaczenie wszystkiego, co się dzieje pod Sowietami.

Jonathan Steele napisał np. w swej korespondencji z Moskwy (Guardian, 4.11.1991):

„Rosjanie uwielbiają teorie na temat konspiracji i zadziwiająco wielu ludzi tutaj jest przekonanych, że pucz był udawany. Cokolwiek innego bolszewicy zdołali osiągnąć w ostatnich 74 latach, to skutecznie wpoili ludziom wiarę, że polityka nie jest chaosem (shambles that they seem), ale skomplikowanym scenariuszem, w którym kilka silnych intelektów manipuluje milionami.”

Kluczowym zwrotem w powyższym fragmencie jest owo politics are not the shambles that they seem. Zastanówmy się: polityka jest niczym więcej jak grą interesów, słusznym więc być musi określanie takiej gry mianem chaosu. Zarówno w parlamentarnej demokracji jak w absolutnej monarchii, polityka jest domeną intryg. Intrygi i kontr-intrygi czynią całość chaosem. c.b.d.d. – Brawo, Jonathan Steele! Atoli, czy da się to samo powiedzieć o totalitarnym państwie? W przeciwieństwie do swych nieudanych krewniaków – państw autorytarnych – totalitaryzm używa totalnej kontroli nad swą ludnością dla osiągnięcia długoterminowych celów. W ten sposób, polityka przestaje być zwyczajnym chaosem. Wszystko poddane jest celowi, stwarza się wrażenie chaosu – celowo.

Ruch komunistyczny, od samego początku, używał prowokacji. Marks pisał już w Manifeście o eksploatowaniu chaosu burżuazyjnej polityki, przez alianse z innymi partiami politycznymi dla krótkoterminowych zysków, dla podsycania niezadowolenia, ale nigdy nie tracąc z oczu rewolucyjnego celu. Lenin wprowadził tę teorię w praktykę. Manewrując pomiędzy komunizmem wojennym a Nepem, bez wahań dążył zawsze do tego samego celu. W latach trzydziestych, jego następca, pomimo oczywistej słabości (słabości gospodarczej i militarnej, ale przede wszystkim politycznej, ponieważ państwo oparte na terrorze obawia się swoich własnych obywateli) stworzył obraz mocarstwa, by wybić potencjalnym agresorom z głów pomysły o inwazji, a także by dać podstawę swym globalnym aspiracjom. Podczas wojny, Stalin wprowadził szereg zewnętrznych zmian, aby podtrzymać przekonanie zachodnich aliantów, że jego reżym ewoluuje w kierunku normalnego, jakkolwiek poniekąd despotycznego, narodowego rządu (coś na kształt składanego komunizmu). Sukces Stalina należy przypisać w równej mierze jego geniuszowi, co „chęci bycia oszukanym” ze strony Zachodu. Churchill przyznał w swej słynnej mowie w Fulton o „żelaznej kurtynie”, choć przyznał raczej nie wprost, że został nabity w butelkę przez Stalina. (Nawiasem mówiąc, postawa Churchilla jest o wiele bardziej tajemnicza, bo trudno go nawet nazwać „oszukanym”. Jest to przecie ten sam Churchill, który we wczesnych latach trzydziestych nazwał bolszewizm „zarazą” i pokazał, że nie ma żadnych złudzeń, co do natury tego systemu. Był równie dosadny w swej analizie, gdy mówił o Żelaznej Kurtynie, ale w obu wypadkach pozbawiony był władzy! Kiedy natomiast był u władzy, to debatował ze Stalinem w Teheranie, Jałcie i Poczdamie, ochoczo przesuwał zapałki po stole, wydawał bez oporów Kozaków i Własowców w ręce sowieckie, wspomagał z chęcią Tito i wydał na męczeńską śmierć Michajłowicza. Dlaczego?) Niewielu oszukanych przywódców potrafi dokonać choćby tyle co Churchill, to znaczy przyznać się (nawet jeśli niezupełnie wprost) do porażki, tak jak on to uczynił w Fulton. Całe nieszczęście w tym, że polityka wojenna Churchilla miała wielki wpływ na powojenną politykę Zachodu wobec Sowietów. Otóż odtąd tylko minione prowokacje będą rozpoznawane, to co się dzieje aktualnie, trzeba brać za dobrą monetę. Pomimo że elementy prowokacji są znane wszystkim, dokonanie ostatniego kroku i nazwanie rzeczy po imieniu, równałoby się narażeniu na epitet „konspiracjonisty”.

Zostawmy na boku osławioną „konspiracyjną wersję historii”: masońskie spiski, międzynarodowe żydostwo i temu podobne dyrdymałki możemy spokojnie między bajki włożyć. Ale wykluczyć z góry, że nikt nigdy nie będzie używał tajnych układów, że nikt nigdzie nie będzie manipulował za kulisami wydarzeń, to chyba przesada, nie? Czyżby Książę, Machiavellego, był fikcją literacką? Czy też raczej historia dostarcza dowodów na bezustanną manipulację. Dzisiejszy świat, z milionami ludzi przylepionymi do ekranów telewizyjnych, nadaje się do manipulacji łatwiej niż szesnastowieczne Włochy.

Oddajmy jednak sprawiedliwość anty-konspiracjonistom: gotowi są zazwyczaj przyznać, że polityka jest domeną cienia i szeptu; co więcej, szept i kontr-szept są naczelnym argumentem przeciw „skomplikowanemu scenariuszowi” prowokacji obliczonej na długie lata, bo w wielopłaszczyznowej grze sił, żaden scenariusz nie ustałby na nogach. Konspiracja wydaje się im zbyt prostym, żeby nie powiedzieć „prostackim”, wytłumaczeniem. Widzą konspiracjonizm jako lenistwo umysłowe – i chwała im za to. A jednak mylą się co do komunizmu. Sowiety, i ich pochodne, są klasą dla siebie. Podczas gdy konwencjonalne państwo narodowe powoduje się w swej polityce chęcią poprawy bytu przynajmniej części ludności – np. klasy rządzącej bądź mitycznej większości – Sowietom było to zawsze zupełnie obojętne. Gdy interesy choćby małej grupy ludzi były zazwyczaj motywem, ukrytą sprężyną wojen i traktatów pokojowych, to w Sowietach tak się nie dzieje. Popularny obraz sowieckiego społeczeństwa, który przeciwstawiał „nową klasę” uprzywilejowanych, masom wyzutym z wszystkiego, pomijał ten istotny drobiazg, że uprzywilejowani woleliby zostać wyzuci, byleby gdzie indziej: „zamienię urlop w Leningradzie na więzienie w Kanadzie”. Sowiecka ekspansja nie miała nigdy nic wspólnego z konwencjonalnym imperializmem bądź kolonializmem – poziom życia w Pradze czy Warszawie pozostawał wyższy niż w Moskwie. Skoro wszystko jest podporządkowane ideologicznym celom, to można podjąć się przeprowadzenia długoterminowej operacji, ponieważ naturalny balans intrygi i kontr-intrygi (dyktowanych sprzecznymi interesami), zastąpiła wyższa strategia.

Pucz sierpniowy w Moskwie był kapitalnym przykładem tego procesu.

Był to zdumiewający spektakl. Warto przyjrzeć mu się uważnie.

(*) Jest to zmieniona i rozszerzona wersja tekstu, pisanego jesienią 1991 roku, którego druga część ukazała się w Soviet Analyst w 1992 roku.

Źródło:
Adres artykułu: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2007/12/04/skladany-komunizm-czesc-i/
Kategorie: Cykle, Michał Bąkowski, Składany komunizm
Zamknij
 |  https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2007/12/04/skladany-komunizm-czesc-i/