Nieświęte przymierze (*)
Carl Bernstein, ten sam, co sprawił łotergacie Nixonowi i „wszystkim ludziom prezydenta”; ten, co obnażył skorumpowaną administrację amerykańską w słynnej książce All the President’s Men, podważając tym samym na lata całe zaufanie Amerykanów do jakiejkolwiek władzy – tym razem postanowił zająć się Solidarnością. Gdyby tylko wynik był ten sam!… Gdybyż tylko podważyć zdołał bezrozumną wiarę Polaków w Solidarność – ale nie ma na co liczyć. „The Holy Alliance”, The Time Magazine, 24.2.1992, jest kolejnym dowodem na to, że inteligentny zachodni dziennikarz, porzuca wszelkie detektywistyczne dociekania, ba, zostawia rozum w domu, kiedy staje wobec rzeczywistości manipulowanej przez komunistów. Jak tylu korespondentów przed nim, niestety, i on dał się nabrać. Iluż to dziennikarzy jechało do Moskwy w celu „obnażenia”, by po powrocie wciskać czytelnikom kit bolszewickiej propagandy. W latach osiemdziesiątych, korespondenci tak bardzo byli pod wrażeniem fatalnych warunków życia, że przywieźli na Zachód zdumiewającą myśl: komunizm chyli się ku upadkowi! Bernstein, jak tylu przed nim, przyjmuje za prawdziwą, tę wersję podkomunistycznej rzeczywistości, w której wszystko układa się zgrabnie, wydarzenia mają jasno określone przyczyny i skutki, wszystkie elementy pasują do siebie jak ulał. Zabawne, że gdyby stosował taką logikę wobec „wszystkich ludzi prezydenta”, to nie byłoby Watergate. No, ale Bernstein zostawił swój rozum na Zachodzie.
Kiedy jest w Polsce, nie ma zamiaru zastanawiać się nad sensem wydarzeń, nie będzie dociekać ani kwestionować, w zamian weźmie każdą informację za dobrą monetę. Jego ignorancja idzie w zawody z naiwnością. Dla przykładu, podpis pod zdjęciem manifestacji ulicznej ze sztandarami Solidarności, wyjaśnia nam, że 6 milionów Polaków witało Papieża w roku 1979, czyli na ponad rok przed powstaniem Solidarności. No, dobrze, powie ktoś, każdy może się pomylić. Ale w innym miejscu Bernstein cytuje anonimowego rozmówcę: „Powiedziano nam, że Papież ostrzegł Sowieciarzy, że jeśli odważą się wejść do Polski, to on przyleci i zostanie ze swym narodem.” – i pozostawia tę wypowiedź bez komentarza.
Jego artykuł jest przygnębiająco jednostronny, w swej „odgórnej” perspektywie. Bernstein widzi Solidarność w terminach „przywództwa i mas”; nie dostrzega, że Solidarność w podziemiu była luźnym amalgamatem małych, niezależnych grup, które nie podlegały żadnej kontroli; nie widzi także, że podziemie ulegało zupełnie zrozumiałej ewolucji. W konsekwencji, beznadziejnie przecenia Bernstein Solidarność jako sprawnie kierowany, masowy, tajny związek, co nawet gdyby było prawdą, byłoby ciekawą, bo podwójną sprzecznością: albo masowy, albo tajny; albo sprawny, albo popularny. Prawdę mówiąc, żadne z tych określeń nie przystaje do podziemnej Solidarności. Podziemie było zdecydowanie niepopularne; nie jestem specem w kwestiach „masowości”, ale chyba nie było zjawiskiem masowym, a sprawność i tajność „konspiry” można między bajki włożyć. Najważniejszym jednak składnikiem historii podziemia, który całkowicie umknął uwagi Bernsteina, była rola Kremla.
Wprowadzenie stanu wojennego zdołało w ciągu jednej nocy przemienić ogromny, nieruchawy, związek zawodowy w ruch oporu. Solidarność była do tego momentu niezgrabną mieszanką ruchu związkowego z nacjonalizmem, rozdartą przez przeciwstawne tendencje, niepewną swej tożsamości, niezdecydowaną czy być częścią systemu – opozycją Jego Kurewskiej Mdłości – czy zakwestionować go. 13 grudnia związkowe fatałaszki zostały zrzucone. Solidarność stała się sztandarem, symbolem, wspólnym mianownikiem, parasolem dla setek drobnych, niezależnych komórek, które z miejsca rozpoczęły zaciekłą debatę – debatę prowadzoną w druku. Polem walki z komunistami nie była wcale ulica – tu ubecja panowała wszechwładnie – ale podziemne wydawnictwa. Wydawanie książek, raportów, czasopism, gazet, ulotek (z jakiegoś powodu zwanych „kwitami”), było ogniskiem działalności politycznej, ale też często jedynym namacalnym znakiem tej działalności.
Prowadzenie wydawnictwa było „interesem”, który miał zarabiać na siebie sam, przez co miał być „istotnie antykomunistyczny”. (To był bardzo ważny element, którego znaczenie przez lata całe przeceniałem; wynikał on z błędnego uznania jednego z fundamentów bolszewickiej propagandy, twierdzenia o istotnej opozycji komunizmu i kapitalizmu. Wedle tej wykładni, pędzenie bimbru było działalnością antykomunistyczną, bo łamało monopol państwowy. Nic więc dziwnego, że tylu było w prlu antykomunistów…) W rzeczywistości jednak „interes” utrzymywany bywał przy życiu, szczególnie w pierwszej, kluczowej fazie, przez jedwabne chustki mojej mamy, farbę drukarską zrobioną z pasty „Komfort” i drewnianą ramkę, raczej niż przez „faxy, kserokopiarki i teleksy”, rzekomo przemycane z Zachodu, jak utrzymuje Bernstein. To rzecz jasna nie oznacza, że nie było pomocy – albo, że była bez znaczenia – ale bardzo często delikatny sprzęt zachodni był nie do użytku, gdy musiał być bezustannie przenoszony z łazienki do garażu, z garażu na strych itd.
Polski samizdat lat osiemdziesiątych był na swój sposób zdumiewającym fenomenem, ale nie sądzę, żeby kiedykolwiek osiągnął rozmiary sugerowane przez Bernsteina. Nakład 30 tysięcy egzemplarzy mógł był, być może, osiągnąć Tygodnik „Mazowsze”, ale tylko w porywach… Wiadomości np., w których druku maczałem niestety palce, wychodziły w najlepszym wypadku w 2 tysiącach nakładu, ale często kończyło się na 500 egzemplarzach. Z książkami było jeszcze gorzej: wystarczy wyobrazić sobie skomplikowaną logistykę składania dwóch tysięcy egzemplarzy 200-stronicowej książki w prywatnym mieszkaniu, żeby zrozumieć, że przerastało to doprawdy możliwości ogromnej większości grup. Próbowaliśmy różnych pomysłów – składania części nakładu w różnych miejscach, bądź też składania w jednym a obcinania w innym – ale największe ryzyko wykrycia przez ubecję wiązało się z transportem, więc jedynym wyjściem było ograniczenie nakładu. (Dodam tylko na marginesie, że największym ryzykiem był naprawdę alkohol, bo wydawanie książek prędko stało się towarzyską okazją…) Tak czy owak, fakt że nakłady nie były w przybliżeniu nawet tak wysokie, jak chce Bernstein (bądź jego rozmówcy), wynikał z całkowicie zdecentralizowanej struktury podziemia. Był to w istocie prawdziwie „oddolny” ruch, marzenie wszystkich lewaków, jak świat długi i szeroki. Tak zwani „liderzy” podziemia, którzy zdołali uniknąć aresztowań i ukrywali się, mieli wyłącznie symboliczne znaczenie, nie było żadnej pionowej struktury. Było to boleśnie widoczne podczas zamieszek ulicznych, kiedy to tysiące młodych ludzi, wywołanych na ulice przez apele Bujaka, zostawionych było bez jakiejkolwiek organizacji wobec pałek ZOMO i gilz z gazem. Luźny charakter podziemia miał jednak tę zaletę, że nawet jeśli łatwo było ubecji infiltrować poszczególne grupy, to stosunkowo trudniej było manipulować całym ruchem.
Po roku względnie delikatnych prześladowań (narażę się tu piewcom martyrologii podziemnej, ale zbyt dobrze pamiętam o żołnierzach z odbezpieczonymi karabinami i okrzykiem na ustach: – Kto powiedział „Jaruzelski chuj”? – którzy puścili wolno moich przyjaciół, kiedy im wyjaśniono, że to były tylko takie żarty.) – otóż po roku takich prześladowań, stało się jasne, że wychwalani pod niebiosa internowani przywódcy, z Wałęsą na czele, nie posuną się dalej niż żebranie o „odnowienie dialogu”. Kapral Wałęsa został zwolniony z internatu po złożeniu hołdowniczego oświadczenia, ale z jakiegoś powodu wszyscy myśleliśmy wtedy, że jest strasznie cwany. Dlaczegoś, chcieliśmy wierzyć, że wystrychnął komuchów na dudków, gdy naprawdę wystawił nas do wiatru; pragnęliśmy wierzyć, że komunistów da się pokonać, więc tym bardziej daliśmy się naciągnąć.
Pojednawczy ton przyjęty przez „liderów” miał dwa przeciwstawne skutki. Pogłębił poczucie beznadziejności w społeczeństwie, ale jednocześnie wzmocnił tzw. „ekstremę”. O ile beznadziejność wśród mas jest zrozumiała i należy poniekąd do natury mas, bo szerokie rzesze zawsze pragną spokoju (przypomina mi to „ankietę”, którą przeprowadziliśmy kiedyś na Tamce, pytając przechodniów: – Uwolnić Lecha? Uwolnić Lecha? Uwolnić Lecha? Tak czy nie? – na co nikt nie odpowiedział „tak”. Na usprawiedliwienie tych obojętnych na cierpienia uwięzionego przywódcy związkowego przechodniów, warto może dodać, że byliśmy pijani i pewnie wszyscy brali nas za prowokatorów ubecji. A może powinniśmy pytać: – Uwolnić Bolka? Zupełnie tak samo, jak na wakacjach w zabitej deskami głuszy, ludzie bali się nas jako „dzieci ludzi z KC”, bo darliśmy się po nocy: – Niech żyją hemoroidy towarzysza Szydlaka!…), zatem mniejsza o masy. A jednak jednoczesne wzmocnienie sił jawnie antykomunistycznych było znaczące.
Mam na myśli, po pierwsze, powstanie czasopisma Niepodległość, które bez owijania w bawełnę poddało ostrej krytyce brak politycznej myśli w podziemiu, a po wtóre, i ważniejsze, pojawienie się książek Józefa Mackiewicza. Obie tendencje musiały poważnie niepokoić kremlowskich nadzorców. Wbrew Bernsteinowi, Solidarność miała więcej wspólnego z Moskwą niż z Rzymem czy Waszyngtonem. Sowieci potrzebowali Solidarności i potrzebne im było, żeby CIA tkwiła w przekonaniu, że „związek robotniczy ‘przeciwny był wszystkiemu, co pochodziło od Sowietów’”. Podczas gdy w rzeczywistości, w latach 1983-84, Solidarność stawała się marginalnym zjawiskiem, a podziemie zamierało. Coraz trudniej było znaleźć ludzi chętnych udzielić swych mieszkań na składanie książek, coraz trudniej było o nabywców książek! I nic dziwnego. Sklepy były puste, wódka na kartki – żeby się uchlać, trzeba było pić szybko i bez zagryzki – i nie widać było jakiejkolwiek nadziei na poprawę. Z punktu widzenia sowieckiego stratega, musiały to być niebezpieczne znaki. Sowieccy stratedzy byli zawsze oczytani w dziełach Lenina i wiedzieli dokładnie, co to jest „sytuacja rewolucyjna”. Solidarność miała być eksperymentalnym fundamentem dla władzy komunistycznej w nowym stylu. Nowa władza miała się oprzeć na nacjonalistycznej ideologii – „państwo całego narodu”, jak to ze smakiem określali bolszewicy. Marazm społeczny i rosnący ekstremizm są wybuchową mieszanką; mogą z łatwością zrodzić nieprzewidywalne zachowania, nawet wśród najbardziej przewidywalnych ludzi. Co gorsza, mogą zagrozić nadrzędnym celom strategicznym całej skomplikowanej, od lat przygotowywanej operacji. Należało więc ożywić główny nurt Solidarności, z jego narodowymi rytuałami, które pochłaniały energię zupełnie nieszkodliwie, i tym samym zepchnąć autentyczny antykomunizm ponownie na margines.
Na każde wydarzenie patrzeć można z różnych punktów widzenia. Młody człowiek zaangażowany w pracę wydawniczą w podziemiu, dumny był z tego, że udawało mu się wywieść w pole tajną policję i bardzo rzadko patrzył poza najbliższą datę w napiętym kalendarzu opozycjonisty. Chciał wydać lepsze książki niż konkurencja, zarobić pieniądze i nie dać się złapać. Ach, i jeszcze bawić się dobrze przy tym wszystkim. Oczywiście, możliwość manipulacji ze strony ubecji była zawsze brana pod uwagę i szeroko dyskutowana, toteż liderzy podziemia uprzedzali często podobne wątpliwości przy pomocy standardowego oskarżenia o defetyzm. – Nawet jeżeli opozycja jest manipulowana – mówili, bo uważali się za lojalną opozycję – to alternatywą byłoby nie robienie niczego. Musimy zatem działać tak, jak gdybyśmy byli wolni. (To określenie, „jak gdyby”, zrobiło z czasem wielką karierę na Zachodzie; a mnie kusi, żeby powiedzieć, że wszystko co nastąpiło, było „jak gdyby”: jak gdyby wolne wybory, jak gdyby niezawisłe państwa…) Podziemni władcy dusz (ho ho! to brzmi bardzo diabolicznie, choć całkiem niezamierzone to konotacje) proponowali także, by rozróżniać pomiędzy liberałami i betonem w przywództwie partii komunistycznej. Beton, dla mniej poinformowanych, to gatunek komunisty z gazrurką w ręku, zawsze o krok od osiągnięcia pełnej władzy, ale też zawsze wywiedziony w pole w ostatnim momencie przez sprytnych i pełnych uroku liberałów, przy akompaniamencie owacji zachodnich korespondentów. Postrzeganie wydarzeń w Polsce jako gry pomiędzy odmóżdżonym betonem a rozkosznymi liberałami, było jedną z ulubionych interpretacji zachodnich korespondentów. Inni widzieli podziemie jako przedłużenie walki Polski z odwiecznym wrogiem, Rosją, bo rusofobia jest niestety zawsze obecna w polskiej polityce. Niewielu tylko chciało walczyć z komunizmem.
Możemy wybaczyć młodemu człowiekowi – który narażał się na pobicie, malując znak Solidarności na murze, z charakterystycznie ciasno stojącymi literami i biało-czerwonym sztandarem wyrastającym z litery „N” – że nie pojmował szerszych implikacji swej odwagi. Ale czy możemy wybaczyć władcom dusz? Odpowiedzialność jest wprost proporcjonalna do zajmowanej pozycji. Dziesiątki artykułów, esejów, nawet książek, napisanych przez luminarzy opozycji w więzieniu, zostało przeszmuglowane na Zachód i wydane na emigracji, by następnie wrócić do Polski w postaci podziemnych przedruków. Czy nigdy nie przyszło autorom na myśl, że pozwolono im na taki przywilej? Czy nigdy nie pomyśleli, że gdyby tylko ich dozorcy zechcieli, to mogli im odebrać papier i ołówek, i uniemożliwić napisanie czegokolwiek? Czy ktokolwiek wyraził niepokój, co do ilości sprzętu drukarskiego, który z taką łatwością przedostawał się do Polski (zwłaszcza zważywszy, jak efektywna była blokada w pierwszych miesiącach stanu wojennego)? Czy szefowie CIA nie powinni byli pomyśleć, że ich raczej łatwe do przewidzenia akcje wykorzystane być mogą przez drugą stronę? Czy kiedykolwiek spróbowali wspiąć się na schody gigantycznej prowokacji, subtelnie operowanej z Moskwy, i spojrzeć z innego punktu na to, co sami zrobili? Jak interpretowali powolne zamieranie Solidarności, pomimo tak wielkich wysiłków z ich strony? A jak znajdowali nagły i niespodziewany obrót koła fortuny, który miał wkrótce nastąpić? Nie warto szukać odpowiedzi na te pytania u Bernsteina.
Zabójstwo księdza Popiełuszki
W październiku 1984 roku porwano i zamordowano księdza Popiełuszkę. Okoliczności zbrodni były co najmniej dziwne, ale konsekwencje zupełnie naturalne. Nastąpiły masowe demonstracje, wielodniowe czuwanie „pod Kostką” na Żoliborzu. Zabójstwo poety-maturzysty, Grzesia Przemyka, półtora roku wcześniej wywołało podobną, choć krótkotrwałą, reakcję. Tym razem moralne oburzenie przełożone zostało na zwiększoną cyrkulację podziemnych książek. Cudem ożywiona Solidarność przyjęła agresywnie antykomunistyczną retorykę, której ostrze zostało jednak skutecznie stępione przez łagodzący wpływ duchowieństwa. O ile natychmiastowa reakcja społeczeństwa była znowu łatwa do przewidzenia, to wydarzenia, które miały nastąpić, były zupełnie bez precedensu: czterej oficerowie służby bezpieczeństwa zostali aresztowani, postawieni przed sądem i skazani. „Cały naród”, jak to lubili mówić i komuniści, i opozycjoniści, wstrzymał oddech, oglądając bolszewicki sąd w akcji, na ekranach państwowej telewizji. Ku swemu wielkiemu zdziwieniu, „cały naród” znalazł się po tej samej stronie, co znienawidzona junta Jaruzelskiego. Wydawało się, że komuniści zrobili wszystko, co w ich mocy, by zdystansować się od zabójców; wszystko co mogło było zrobić praworządne państwo w podobnej sytuacji. I w ten sposób złożono kamień węgielny do rozmów Okrągłego Stołu.
Patrząc wstecz na tamte wydarzenia, pozwolę sobie wysunąć hipotezę, że zabójstwo księdza Popiełuszki było wysoce ryzykowną szaradą, podjętą przez kgb, dla ożywienia głównego nurtu Solidarności. Ryzyko opłaciło się w tym wypadku wielokrotnie.
Nie mam wcale na myśli bezpośredniej ingerencji sowieckich służb bezpieczeństwa, jak zasugerował Kiszczak. Nie wydaje mi się, żeby zachodziła taka potrzeba. Cała struktura komunistycznego państwa w Polsce zbudowana była przez Sowiety i Kiszczak był niczym innym, jak wysokim urzędnikiem bolszewickim, odpowiedzialnym za wprowadzenie w życie polityki ustalonej w Moskwie. Nie był wcale żadną marionetką, ale zaufanym wykonawcą. Jego niedawno opublikowane „rewelacje” są kolejnym aktem dezinformacji, w czym zresztą nie różnią się ani trochę od podobnych wynurzeń ex-oficerów kgb.
Zastanowić się musimy nad dwoma elementami. Po pierwsze, przeanalizować należy pozornie odizolowany fakt, jakim jest zabójstwo księdza Popiełuszki, w kontekście szeroko rozumianej strategii. Po drugie, przemyśleć trzeba operacyjną wykonalność takiego planu.
Ramy wielkiej sowieckiej prowokacji, dostarczają o wiele lepszego wyjaśnienia morderstwa, niż jakakolwiek inna znana mi hipoteza. Sprawa Popiełuszki widziana była od początku jako polityczna prowokacja. Kiszczak mówi we wspomnianym już wywiadzie, że był to spisek betonu przeciw ugodowej polityce Jaruzelskiego. Trudno jednak dociec, w jaki sposób miałby beton wyciągnąć korzyści z zabójstwa, skoro oczywiste były wyłącznie natychmiastowe zyski podziemia. Nie może być wątpliwości, że to właśnie Kiszczak i Jaruzelski autoryzowali agresywne podejście policji politycznej do wybijających się jednostek podziemia. Ta agresywna polityka doprowadziła do porwania i zabójstwa Popiełuszki, jednak rozpoczęto ją odgórnie nie z obawy przed jakąkolwiek jednostką z podziemia, tylko dlatego że potrzebne im były dramatyczne wydarzenia, które można byłoby mianować punktem zwrotnym.
Dla zastanowienia się nad operacyjną wykonalnością takiego planu, zwrócić się musimy do zabójcy. Kapitan Piotrowski, inteligentny i wykształcony człowiek, legitymujący się dyplomem z matematyki, dał nam ciekawy wgląd w wielowarstwową psychologię tego rodzaju operacji. Przyznał, że nikt nigdy nie wydał rozkazu porwania, a co dopiero zabójstwa, Popiełuszki. A jednak utrzymywał, że jego działania były koordynowane i zaaprobowane na najwyższym szczeblu komunistycznej hierarchii. Dla wyjaśnienia tej sprzeczności, przytaczał przykład Zabójstwa w katedrze, TS Eliota. To zaiste inteligentnie wybrana analogia. Podobieństwa między zabójstwem biskupa Tomasza Becketa w Katedrze w Canterbury, a morderstwem księdza Popiełuszki, choć z pewnością powierzchowne, są nie mniej uderzające. Może warto zacytować szerszy fragment z poeamtu Eliota. Tak na przykład, wygląda obrona Williama de Traci, Trzeciego Rycerza:
The fact is that we knew we had taken on a pretty stiff job; I’ll only speak for myself, but I had drunk a good deal – I am not a drinking man ordinarily – to brace myself up for it. When you come to the point, it does go against the grain to kill an Archbishop, especially when you have been brought up in good Church traditions. So if we seemed a bit rowdy, you will understand why it was; and for my part I am awfully sorry about it. We realised this was our duty, but all the same we had to work ourselves up to it. And, as I said, we are not getting a penny out of this. We know perfectly well how things will turn out. King Henry – God bless him – will have to say, for reasons of state, that he never meant this to happen.
Nauka z tego jest taka, że warto mieć Eliota po swojej stronie. Tak samo jak Rycerze Eliota, Piotrowski był wierny swemu królowi, i obwiniał Popiełuszkę za prowokacyjne postępowanie, które musiało się spotkać z karą. Czwarty Rycerz, Richard Brito, tak to określa:
He used every means of provocation; from his conduct, step by step, there can be no inference except that he had determined upon a death by martyrdom. Even at the last, he could have given us reason: you have seen how he evaded questions. And when he had deliberately exasperated us beyond human endurance, he could still have easily escaped; (…) Need I say more? I think, with these facts before you, you will unhesitatingly render a verdict of Suicide while of Unsound Mind.
Piotrowski powołuje się na Eliota teraz, w rozmowie z księdzem Fredro-Bonieckim, opublikowanej pt. Zwycięstwo księdza Jerzego. Czy znał Eliota wtedy, podczas procesu? Wówczas, gdy zdołał zadziwić, i tak już zdumionych prlowskich telewidzów, swą śmiałą, wręcz wyzywającą postawą i wystąpieniami pozbawionymi jakichkolwiek śladów skruchy czy wyrzutów sumienia? Jego mowy w sądzie pozostawiły niezatarte wrażenie, stworzyły obraz wcielonego zła. Czyżby to właśnie miał na celu? Pomimo całkiem realnego zagrożenia karą śmierci, wydawało się, że Piotrowski traktował swe wystąpienia w sądzie jako kolejną operację służbową. Ale znowu, nikt mu nie kazał postąpić w taki właśnie sposób… W całej jego karierze w Służbie Bezpieczeństwa, zawsze dawano mu do zrozumienia, że pewne zachowania są oczekiwane bez rozkazu; w jego mniemaniu, kariera ta zależała w dużej mierze od tego czy prawidłowo takie oczekiwania odczytał; jego zadaniem było właśnie odczytywać w lot, czego zwierzchnicy oczekują, a żądanie jasnego rozkazu byłoby nie na miejscu.
Taką samą technikę zastosowano bez wątpienia wobec „spiskowców” w moskiewskim puczu. Ludziom takim jak Janajew, dano do zrozumienia, że muszą przedsięwziąć zdecydowaną akcję, że tego od nich oczekuje przywództwo i że mają tego przywództwa pełne poparcie.
Murzyn zrobił swoje, murzyn może odejść. Piotrowski rozumiał, że Król Henryk, niech go Pan ma w swojej opiece, dla nadrzędnych racji stanu, będzie musiał go poświęcić. Myślał jednak naiwnie, że Królowi zależało na pozbyciu się niesfornego klechy, podczas gdy jemu chodziło wyłącznie o wywołanie reakcji społeczeństwa; ksiądz Popiełuszko był tylko narzędziem. Król pragnął tylko, żeby to co postrzegał jako niebezpieczny ekstremizm, utonęło w morzu jojczenia bab pod kościołem:
„Ojczyzno ma!
Tyle razy we krwi skąpana,
O, jak wielka jest twoja rana,
Jakże długo cierpienie twe trwa.”
Częstochowskie rymy idą w zawody z tępą wzniosłością pseudo-treści, przesłanie polityczne natomiast, jest w zupełnej zgodzie z postulatami Któregoś Tam Zjazdu WKP(b) na temat budowania bolszewickiego „państwa całego narodu”.
Opowieść Bernsteina jest ciekawa i prawdopodobnie trafna, jeśli chodzi o opis amerykańskiej strony całej akcji pomocy dla Solidarności. Paradoks polega na tym, że CIA wykonywała tylko sowiecki plan. Skoro celem było stworzenie wrażenia „punktu zwrotnego”, (jak to pisał Urban, w swym znacznie skuteczniejszym „liście do przywódców”, niż służalczy oryginał Sołżenicyna), to im bardziej zaangażowana była CIA, tym mniej było wątpliwości, że komunizm upadał, bo im bardziej Zachód pchał, tym bardziej przekonująco wyglądał upadek.
Anonimowy agent CIA wyznał Bernsteinowi, że „sojusz Watykanu z Waszyngtonem nie spowodował upadku komunizmu. Jak wszyscy wielcy przywódcy, Papież i prezydent Reagan mieli szczęście i wykorzystali siły historii dla swoich celów.” To byłby chyba ostateczny dowód infiltracji CIA przez ideologię marksizmu-leninizmu. Zostawię jednak łatwy paradoks amerykańskiego szpiega, powołującego się na „siły historii”, bo niezamierzona ironia tego oświadczenia, czyni je niemal groteskowym i bez dialektyki historycznej. Przez pół wieku, komunistyczna propaganda mówiła o spisku Watykanu z CIA przeciw klasie robotniczej wszystkich krajów. Kiedy wreszcie udało im się doprowadzić do tego sojuszu, wykorzystali go bezlitośnie – dla swoich celów.
Celem nie było powstrzymanie podziemnych publikacji ani rozbicie podziemnej Solidarności. Celem był „Wspólny Europejski Dom” i dominacja nad światem. Tylko atmosfera stworzona przez „upadek komunizmu” doprowadzić ich może do tego celu.
A co się stało z młodzieńcem, który drukował nieczytelne kwity na sicie, niszcząc przy okazji jedwabne chustki swojej świętej pamięci mamy? Jest teraz o dziesięć lat starszy. Wędruje po ulicach Warszawy (albo Pragi, albo Budapesztu) i zastanawia się czy rzeczywiście obalił komunizm? Ani on, ani większość jego przyjaciół, nie byli agentami. Nie znalazł nigdy żadnych linek, przy pomocy których by nim manipulowano, a Bóg mi świadkiem, że ich szukał! A jednak wszystkie jego wolne czyny w jakiś dziwny sposób przysłużyły się wrogom.
Nowy nastrój „anarcho-kapitalizmu”, który tak prędko zapanował we wschodniej Europie, okazał się zaiste nowym opium dla mas. Dla mas rozczarowanych konspiratorów.
(*) Skrócona wersja tego tekstu ukazała się w Soviet Analyst w 1992 roku