Współczesny faryzeizm
W grudniu zeszłego roku, nowy metropolita warszawski, arcybiskup Stanisław Wielgus wyraził pogląd na temat pojawiających się od czasu do czasu, z monotonną natarczywością, prób tropienia tajnych współpracowników służby bezpieczeństwa, działających w kościele katolickim: bałbym się bardzo – powiedział hierarcha – żeby lustracja nie stała się formą współczesnej inkwizycji. Osobiście, kościelny dostojnik nie jest przeciwnikiem lustracji, obawia się jednak, że przy tej okazji może dojść do zniszczenia człowieka na podstawie półprawd i wątpliwych informacji ludzi, którzy nie byli nastawieni na prawdę. Wystąpienie nominata nie mogło być zaskoczeniem dla tzw. opinii publicznej, która podobne w tonie i z ducha wypowiedzi wielokrotnie zdołała usłyszeć z ust najwyższych dostojników kościelnych.
Tym razem słowa kolejnego katolickiego hierarchy, usiłującego zamazać obraz rzeczywistego charakteru stosunków państwo-kościół, nabrały wymiaru profetycznego. Jeszcze dobrze nie obeschła farba na uroczystej deklaracji ekscelencji, a już do głosu doszli ludzie podejrzewani o instrumentalne podejście do prawdy. Doniesienia Gazety Polskiej, według której Stanisław Wielgus miał współpracować ze służbami specjalnymi peerelu, zostały uznane za jaskrawy przykład dzikiej lustracji i ostro napiętnowane w mediach.
Arcybiskupia reakcja, pełna nieskrywanego oburzenia, byłaby ze wszech miar zrozumiała, gdyby nie fakt, że gazetowe doniesienia okazały się prawdziwe. Jak na zatwardziałego grzesznika przystało, pełen dobrej wiary w manipulacyjne talenty chlebo- i mocodawców, hierarcha konsekwentnie kłamał. Kapłan ów widać dobrze zapamiętał lekcję katechezy, mówiącej o jednym grzeszniku milszym Bogu…
I słusznie pokładał wiarę w solidarne uczucia katolickich dostojników, jak i Bożą łaskę. Podczas wielkich uroczystości, na których miał się dokonać niedoszły ingres, głosem swojego autorytetu przemówił najwyższy rangą peerelowski dostojnik, ciskając gromy na tych, co to odważyli się naruszyć sacrum obowiązującego porządku. Wbrew oczywistym faktom, prymas Glemp mówił: Cóż to za sąd na podstawie świstków, dokumentów trzeci raz odbijanych? Wychodząc zapewne z założenia, że to swoiste zwerbalizowane przemilczenie najskuteczniej zamiecie nieczystości pod dywan, prymas wyniósł sztukę faryzeizmu w najwyższe rejony profesjonalnej obłudy.
A jednak to nie obłuda rodzimych hierarchów wydaje się najciekawsza, ale konsternacja, jaka w związku z tak dramatycznymi wydarzeniami, zapanowała wśród wiernych, a której podłoże wydaje się niejasne. Przypadek kapłana Wielgusa nie odbiega bowiem od schematu obowiązującego w krajach komunistycznych. Młody, ambitny ksiądz poszukający metody na zrobienie kariery, albo tylko sposobu na wyrwanie się z granic przeciętności, musi dokonywać niekiedy trudnego wyboru pomiędzy złem mniejszym a większym, odpowiednio oszacować sytuację, określić zawczasu własną intelektualną, a przede wszystkim duchową rangę. Czy mam zostać wiejskim plebanem, czy może przewidziany zostałem do wyższych celów? – Takie zapewne pytania nękały wielokrotnie młodego, ambitnego księdza. Z perspektywy kariery jaką zrobił, zaszczytów, które go spotkały, pracy jaką wykonał dla dobra Kościoła – rzec by można, z niewielką dozą ironii, że jego wybór okazał się trafny. Jak wielu sobie podobnych, wybrał drogę chwały, okraszoną jedynie niewielkim piętnem zaprzaństwa. Zapewne bardzo wielu dzisiejszych purpuratów podjęło w przeszłości analogiczną decyzję. Ale to Wielgusowi powinęła się noga. Pozostali mogą spać spokojnie.
Wydawać by się mogło, że wierni, praktykujący katolicy powinni zdawać sobie sprawę z realiów, w jakich żyją. 50 lat komunizmu odcisnęło niezatarte piętno na pasterzach Kościoła. Powinni choć trochę znać i pamiętać historię wspólnoty, do której przynależą. Problem tkwi jednak nie tyle w pamięci lub jej braku, ale w tej elementarnej prawdzie, że o pewnych sprawach lepiej w ogóle nie myśleć.
Przychodzi jednak moment, gdy nie sposób dłużej umykać przed natarczywością pytań. W jaki przedziwny sposób bezbożny komunizm, wróg każdej religii, a religii katolickiej, jak się zdaje, w szczególności, pozwolił na tak wspaniały rozwój rodzimego katolicyzmu? Na budowanie nowych świątyń i pielęgnowanie starych, na katolickie szkoły i uniwersytety, na katolickie gazety? Jak to się działo, że w teoretycznie ateistycznym państwie prawie 100% populacji deklarowało przywiązanie do wiary, niemal wszyscy przyjmowali sakramenty, a wielkie uroczystości kościelne gromadziły miliony wiernych? Odpowiedź na wszystkie te pytania może się okazać nieprzyjemna.
Ceną, jaką należało zapłacić, był kompromis, umowa zawarta pomiędzy bezbożnym bolszewizmem a świętym Kościołem, moralny relatywizm, przy którym ciemna karta w biografii arcybiskupa Wielgusa jest jedynie drobnym występkiem.
Nie znamy zbyt dobrze historii owych kompromisów, nie wiemy jak często, jak intensywnie krzyżowały się drogi, po których kroczyły obie strony, choć z perspektywy znikomej wiedzy, jaką mimo wszystko dysponujemy, wydaje się nie budzić wątpliwości, że nadto często kroczyli ramię w ramię. Od słynnej umowy z 1950 roku, poprzez wzywanie wiernych do głosowania na komunistów w 1957, aż po magdalenkowy sabat katolicko-bolszewickich dostojników, nieustannie wytyczano nowe ścieżki współistnienia, a raczej współegzystowania.
Dzieje współczesnego faryzeizmu nie mają wiele wspólnego z niecnym postępowaniem poszczególnych duchownych i hierarchów, z tysiącami kapłanów uwikłanych we współpracę z komunistycznym reżimem. Problem, o którym tu mowa, nie jest problemem masowej agentury w łonie Kościoła, ale współpracy z totalitarnym reżimem. To owa współpraca i wypływające z niej dziejowe konsekwencje, w większej, niż jakiekolwiek inne okoliczności, mierze wpłynęła na mizerny stan duchowy i elementarny brak moralnego i politycznego rozeznania rodzimego stadła. Dzięki autorytetom pokroju Wyszyńskich, Glempów, Wielgusów, a nawet znacznie wyżej uplasowanych w hierarchii purpuratów przeciętny Polak-katolik nie zdaje sobie nawet sprawy z miałkości własnej egzystencji, a przecież powinien jak najrychlej zadać sobie pytanie, czy droga ku zbawieniu, aby na pewno wiedzie przez bramy tego Kościoła.
Straszny jest współczesny bolszewizm, przyczajony, ukryty, pozbawiony cienia, ale jakiż straszny wydaje się także modernistyczny faryzeizm!